wtorek, 27 marca 2018

Największą frajdę z dobrych występów mam ja!

Trefl jako ligowy "killer", objawienie sezonu? Coś jest na rzeczy, ale warto podkreślić, że latem niewiele brakowało, aby  Gdańskich Lwów nie było w Plus Lidze. Patrząc na to, co wyczyniają na ligowych boiskach, ich nieobecność byłaby stratą dla polskiej siatkówki. Dużo o minionych problemach, grze w klubie nieakceptującym porażek i odpowiedź na pytanie, czy mamy kryzys w polskiej siatkówce? Zapraszam do wywiadu z Arturem Szalpukiem - przyjmującym Trefla Gdańsk i polskiej reprezentacji.

 
Blondynka o sporcie: Chciałabym zacząć od serii dziewięciu ligowych spotkań bez porażki. Taka liczba robi wrażenie?

Artur Szalpuk: Seria serią, ale najważniejsze, że gramy fajną siatkówkę i wygrywamy mecze.





Okazała liczba zwycięstw sprawiła, że myśl o grze w fazie    play-off jest już niemalże pewna?
Istnieje jeszcze minimalne prawdopodobieństwo, że wypadniemy, ale osobiście w to nie wierzę. W pozostałych czterech spotkaniach musimy zdobyć jeszcze kilka punktów, by całkowicie przypieczętować awans.





Coraz śmielej myślicie też o medalach?

Może nie o medalach, bo najpierw trzeba awansować do półfinałów, a będą to strasznie ważne mecze. Jedna porażka w półfinałowych spotkaniach może przekreślić to, na co tak bardzo ciężko pracowaliśmy. Nie powiem, że straci to sens, ale bardzo nas  rozczaruje.





Wrócę jeszcze do Waszego zwycięstwa w Pucharze Polski. Kto był bardziej zaskoczony wygraną: Wy, czy środowisko siatkarskie?

Raczej wszyscy dookoła. Wierzyliśmy w to, że możemy zdobyć Puchar Polski. Podczas tych spotkań wszystko nam zapaliło, zagrało. Pokazaliśmy, że jako drużyna jesteśmy bardzo silni i umiemy zagrać świetną siatkówkę w tych najważniejszych momentach, oczywiście jak na tamtą chwilę.
źródło: facebook/ Trefl Gdańsk

Podobają się Wam występy w roli "niespodzianek"?

Przed Pucharem nie szło nam zupełnie z topowymi drużynami to fakt, ale zawsze wiedzieliśmy na jaką grę nas stać. Nie zawsze wszystko "trybiło" w naszej siatkarskiej maszynie, może potrzebowaliśmy więcej czasu niż inne ekipy? Z pewnością będzie co wspominać po tym sezonie.




Obserwując jak eliminujecie kolejne zespoły, które były faworytami, można Wam śmiało przypiąć łatkę "siatkarskiego killera".
Nigdy nie spojrzałem na drużynę jako "killerów", ale może coś w tym być.



Wasze dobre występy w lidze nie odzwierciedlają tego, że latem istniało wysokie prawdopodobieństwo braku Trefla Gdańsk w Plus Lidze.
To była bardzo niekomfortowa sytuacja dla nas, dużo niepewności. W pewnym momencie myślałem, że to wszystko upadnie. Trenowałem tutaj ze świadomością, że kiedy trzeba będzie szukać nowego klubu, będę w formie. Cieszy mnie fakt, że wszystko dobrze się skończyło. Wychodzi z tego ciekawa historia o klubie, który mógł nie wystartować w lidze, a zdobywa Puchar Polski i daj Boże, żeby dalej było tak dobrze. Początek był dla mnie bardzo trudnym okresem, ale kiedy się gra to takie sprawy ulatują, zapomina się o nich.



Macie już zagwarantowany spokój, który pozwala Wam się całkowicie skupić na grze?
Prezes na początku sezonu zapowiedział nam, że będą opóźnienia. Osobiście zagwarantował uregulowanie wszystkiego i mi daje to komfort i spokój, żeby myśleć tylko o siatkówce.




Deklaracje Prezesa Was uspokoiły, czy jednak szatnia była dobrym duchem, który nie pozwalał się łamać?

Zdecydowanie szatnia potrafiła się zebrać w tym trudnym momencie, dużo również pomógł Andrea. Wszyscy przychodzili na treningi, każdy dawał z siebie 100%, więc myślę, że spisaliśmy się jako grupa.



Wracając już do Twojej kariery. Odszedłeś z Bełchatowa po zdobyciu wicemistrzostwa Polski. Nie był to dla Ciebie udany sezon mimo trofea?
Medalu sam nie zdobyłem, byłem tylko w drużynie, która go wywalczyła. Nie zapadło to wyjątkowo w mojej pamięci, ale nie nazwałbym tego sezonu straconym, czy nieudanym. Grając w Skrze, w pewnym momencie musiałem wyłączyć myślenie, robić to co do mnie należy i skupiać się na trenowaniu. Dzięki temu mogę powiedzieć, że dobrze przepracowałem tamten okres, choć brakowało ligowego grania. Nie był to sezon całkowicie nieudany, tylko trochę pechowy i nie taki jaki bym chciał.




Głód gry był najważniejszym powodem Twojego odejścia ze Skry Bełchatów?
Tak, tylko ten. Był moment, że grałem w zespole, później nie grałem wcale, nawet wtedy, gdy szanse dostawali pozostali rezerwowi. Strasznie niefajny okres i bardzo się cieszę, że trafiłem do Trefla, czyli do klubu, w którym trener mnie ceni, podoba mu się mój styl gry i widzi mnie w składzie.
źródło: facebook/ Trefl Gdańsk

Wspomniałeś o trenerze. Jak Ci się współpracuje z trenerem Anastazim?
Bardzo dobrze, nie mogę na nic narzekać i jestem zadowolony z naszej współpracy. Myślę, że jest ona dla mnie bardzo korzystna.



Twój progres jako zawodnika pod wodzą włoskiego szkoleniowca wygląda tak jak zakładałeś?
Nie robię takich zestawień. Nie planuję, że w danym sezonie będę robił 60% w ataku, 60% w przyjęciu. Progres jest czymś takim, co często trudno zauważyć, bo nagle możesz zrobić na boisku coś, czego wcześniej nie wykonywałeś. Czuję, że się rozwijam, z roku na rok. Nawet w tym okresie, kiedy nie grałem w Bełchatowie.



Trener Andrea Anastazi bardzo Cię chwali w mediach, zachwala Twoją grę. Na treningach również jest tak miło, czy potrafi odpowiednio "wpłynąć" na drużynę?
Z tego co słyszałem to w tym sezonie jest bardzo spokojny, choć parę razy "dostało mi się po głowie". Na pewno na nikogo się nie obraża, co jest ważne. Jak trzeba to zwróci uwagę: czasem słusznie, czasem mniej, ale to normalne.





Zaufanie, którym darzy Cię Andrea motywuje Cię jeszcze bardziej?
Zaufanie jest bardzo ważne w siatkówce. Ciężko się gra w sytuacjach, kiedy popełnisz 2,3 błędy i trener cię zmienia. Wtedy próbujesz grać bezbłędnie, co czasami nie przynosi oczekiwanych efektów. Po ostatnim sezonie pomaga mi to grać i pokazywać się z lepszej strony na treningach.




Oprócz wyników drużyny, warto wspomnieć o Twoich nagrodach indywidualnych.
Indywidualne nagrody to już dodatki. Nie przywiązuję do tego większej wagi. Najlepsze są sukcesy drużyny, a kto zostanie doceniony indywidualnie, nie ma większego znaczenia.
źródło: facebook/ Trefl Gdańsk

Jednak wybrałeś najlepszy sposób na podziękowanie trenerowi za zaufanie.
Proszę mi wierzyć, że największą frajdę z dobrych występów mam ja. Jestem wtedy najszczęśliwszy i cieszy się także rodzina, dziewczyna. Robię to dla siebie przede wszystkim, bo nie lubię swoich słabszych występów. Roznosi mnie wtedy.




Jakie mankamenty dostrzegasz w swojej grze?

Żadnych. Nie no żartuję. Jest ich wiele i musiałbym tu podać każdy element siatkówki, bo widzę, że w każdym mógłbym się poprawić i rozwinąć.



Zanim trafiłeś do Gdańska, zwiedziłeś sporo polskich klubów. Okres tych częstych zmian dał Ci dużo zarówno sportowo jak i życiowo?

Każdy z klubów odegrał ważną rolę w moim życiu siatkarskim i prywatnym. Jak na młodego zawodnika to zwiedziłem sporo miast, ale nie przeszkadzało mi to. Brak stabilizacji, przeprowadzki raczej  mi pomogły, aniżeli zaszkodziły w życiu.



A siatkarsko?

W Warszawie były moje początki. Następnie poszedłem do Cerradu Radom, gdzie pod wodzą Raula Lozano zagraliśmy przyzwoity sezon, choć z perspektywy czasu myślę, że można było ugrać jeszcze więcej. O Raulu mówiło się, że wyciągnął polską siatkówkę z "czarnej dziury". Skra Bełchatów to klub z czołówki i tam zobaczyłem od środka jak to jest być faworytem w każdym meczu. W Bełchatowie nie akceptuje się porażki z nikim. Z jednej strony jest to przydatne, ale z drugiej bywa dodatkową presją. Zawsze miałem szczęście do szatni, ale w Gdańsku tworzymy świetną ekipą na boisku jak i poza nim. Może to wpływ morza?
źródło: www.nowiny.pl

Wcześniej zagaiłeś temat polskiej siatkówki. Często podkreślasz, że nie ekscytował Cię wybór nowego selekcjonera naszej kadry.
Drugi rok z rzędu wokół tych wyborów tworzy się medialna otoczka. Sporo spekulacji, sprzecznych informacji. Wiedziałem kto jest kandydatem, kto został wybrany do trójki. Wyboru i tak dokonywał Polski Związek Siatkówki, więc ja nie miałem wpływu na to. Interesuje mnie to, czy wybrany szkoleniowiec będzie mnie widział w swojej drużynie.





Wierzysz na tyle w swoje umiejętności, żeby mieć poczucie, że u każdego trenera zasługujesz na grę?
Wierzę w swoje umiejętności, ale nie na tyle, żeby być pewnym powołania u każdego trenera. On dobiera zawodników do swojej wizji zespołu. Moja rola sprowadza się do jak najlepszych występów na boiskach ligowych i jeśli trener kadry to zauważy i będzie mnie chciał u siebie, postaram się to wykorzystać i udowodnić, że warto było na mnie postawić.



Z siatkarskiego punktu widzenia, wierzysz w teorie mediów o "kryzysie polskiej siatkówki"?

Sądzę, że są to mocno przesadzone teorie. W Polsce jest tendencja, że wystarczy przegrać mecz, by dostać mocniej po głowie. Właśnie dlatego staram się nie czytać, odcinać od takich rzeczy.




Zbyt szybko Polacy przyzwyczajają się do dobrego?

Najlepiej byłoby gdybyśmy wszystkie zawody wygrywali 3:0 i przywozili złote medale. Odkąd pamiętam to tak funkcjonowała tylko reprezentacja Brazylii, choć im też zdarzyła się powinąć noga.


Odcinając się od spekulacji, narzekań, powiedz czego Ci życzyć na te trudne, nadchodzące tygodnie?

Zdrowia! Jak jest zdrowie to reszta sama się ułoży.


fot. Yesforphotos





Z okazji zbliżających się świąt Wielkanocnych przyjmijcie najserdeczniejsze życzenia! Zdrowych, pogodnych świąt, w gronie najbliższych Wam osób!


sobota, 10 marca 2018

Od bohatera z Pucharem do ligowego ogóra z utrzymaniem

"W pewnym momencie jesteś herosem, a później ligowym ogórem walczącym o utrzymanie" - słowa Damiana Zbozienia, które oddają chyba całkowicie obraz poprzedniego sezonu w wykonaniu Arki Gdynia. Jak mówi przysłowie: co było, a nie jest nie pisze się w rejestr. Zawodnicy wyciągnęli wnioski i walczą o to, by w fazie finałowej Ekstraklasy spokojnie się utrzymać.  O bogatej kartotece piłkarskiej Damiana Zbozienia, mitach piłkarskich, które wstrząsają  i heroicznej walce o utrzymanie przeczytacie w poniższym wywiadzie! Zapraszam do lektury!

Blondynka o sporcie: 10 lat temu zaczęła się Twoja przygoda z piłką seniorską. Z perspektywy czasu uważasz, że to była najlepsza, życiowa decyzja?

Nawet nie wiedziałem, że to już 10 lat. Bardzo dobra decyzja, niczego nie żałuję, choć te początki były trudne. Miałem swoje życie wcześniej, grałem na skrzypcach w kapeli góralskiej i nie do końca pasował mi wyjazd do Warszawy. Uznałem, że jest to szansa i trzeba ją wykorzystać, najwyżej później będę myślał o powrocie. Cieszę się, że wszystko ułożyło się właśnie tak, bo nie wyobrażam sobie obecnie innej ścieżki kariery.





Grając w sandeckich juniorach kiedykolwiek przeszło Ci przez myśl, że to piłka będzie motywować całe Twoje życie?

To było marzenie, ale bardzo odległe, a nawet nierealne. Sandecja grała wtedy w trzeciej lidze i myślało się głównie o możliwości gry w pierwszej drużynie, ale poza grą trzeba było mieć inne zajęcie, bo to nie były duże zarobki. Chłopaki grali i pracowali. Nigdy nie miałem do czynienia z piłką na najwyższym  poziomie. Całe szczęście życie udowodniło, że nie ma rzeczy niemożliwych.




Twój pobyt w Legii z zewnątrz nie wyglądał optymistycznie. Trener na Ciebie nie stawiał. Przeszło Ci przez myśl, że jednak warto było się trzymać skrzypiec i kapeli góralskiej?
Odbieram to inaczej niż wszyscy. Dla mnie mega sukcesem było to, że dostałem się do drużyny Młodej Ekstraklasy. Nigdy nie marzyłem o pierwszej drużynie Legii i może był to mój błąd. Dla chłopaka z Łącka gra w Młodej Ekstraklasie była ogromnym wyróżnieniem i przeskokiem. Nie patrzyłem na to, że wskakiwał Ariel Borysiuk, Maciej Rybus, a ja nie. Nie frustrowało mnie to. Wyznaczyłem sobie cel, żeby dostać się chociaż do I ligi, a gdzie to jeszcze do Ekstraklasy? Pobyt w Legii to dla mnie same plusy. 





Czyli bycie na uboczu Wojskowych można uznać za Twój sukces?
Dokładnie. Próbowano mi wmówić, że skoro trener Jan Urban nie dawał mi szansy w Legii to ja powinienem mieć do niego pretensje, a jestem mu za to wdzięczny. Wyciągnął mnie za uszy, dawał mi trenować z pierwszą drużyną. Trzymał mnie pod prądem i to dawało mi wielką nadzieję. Wiedziałem, że jestem słabszy od zawodników, którzy grali w Legii i nie zasługiwałem na miejsce w składzie. Żaden trener nie jest samobójcą i nie wystawi młodego i niegotowego chłopaka. Gdybym dostał szansę to pewnie bym jej nie wykorzystał, spaliłbym się, a tak szykowano mnie stopniowo. Poza tym ja wyciągam tylko pozytywy w życiu.




Późno zacząłeś swoją karierę piłkarską, bo wieku 19 lat. Obecnie bywa, że zawodnicy w tym wieku robią furorę. Z drugiej strony ominęło Cię to wieloletnie tułanie się po niższych ligach. Przyznasz, że dość nietypowo?
Też trzeba zwracać na to uwagę, że ja przychodząc do Legii nie byłem osiemnastoletnim wychowankiem akademii. Oni trenują od malucha dzień w dzień. Ja trenowałem 2 razy w tygodniu i było to dla mnie sporo. Gdy zobaczyłem jak się trenuje w Legii, dotarło do mnie, że to jest normalna praca. Lubimy to robić, ale mimo tego była to żmudna, ciężka praca. Nie byłem na coś takiego przygotowany, dlatego cieszę się, że grałem w Młodej Ekstraklasie. Dała mi otrzaskanie się z presją, stadionami. Później przyszły wypożyczenia do I ligi, którym sporo zawdzięczam, więc małymi krokami, stopniowo doszedłem do miejsca, w którym jestem obecnie.





Rozmyślasz czasem, co by było gdybyś zaczął szybciej?

Myślałem jak by to mogło wyglądać, ale nie da się wszystkiego zrobić idealnie. Nie mam też zamiaru płakać nad tym, że mogłoby być lepiej. Jestem zbyt pozytywnym człowiekiem. Wyciskam maksa z tego co jest tu i teraz, bo takie rozmyślania nikomu nic dobrego nie przyniosły.




Gra na wypożyczeniach i dobra postawa w nich była punktem kulminacyjnym w Twojej karierze?
Na pewno ważnym z tego względu, że to wychodziło ode mnie.  Wiedziałem, że jestem za słaby na Legię. Nie jest w moim stylu siedzenie i czekanie na szansę, choć nie ukrywam, że można. Spójrzmy na przykład Daniela Łukasika, Michała Kopczyńskiego, który wyczekali sobie szansę. Łukasikowi mówiliśmy "idź chłopie na wypożyczenie, bo się zakopiesz. Masz tyle lat i 0 występów" Co z tego, że się jest w Legii, przy pierwszej drużynie? W klubie cię szanują, ale w Polsce cię nie znają. Kończy się kontrakt lub zmienia się trener, a ktoś ma 25 lat i 5 występów w Ekstraklasie. Przecież to nawet w I lidze kogoś takiego nie wezmą. Warto jest udowodnić swoje umiejętności chociażby poziom niżej, ale grać. Sam walczyłem o te wypożyczenia, bo dyrektor uważał, że jeszcze nie jestem gotowy, ale wywalczyłem i poszedłem.




Zderzenie z I ligą po pobycie w Legii bolało?
Fakt, to było mocne zderzenie z rzeczywistością. Myślałem, że skoro jestem z Legii to jestem "Pan Piłkarz". Poszedłem do Sandecji, połowy zawodników z nazwiska  nie znałem i zobaczyłem, że oni świetnie grają w piłkę. Wszedłem tam i wcale nie rozdawałem kart jak z początku myślałem. Było to przeżycie, które też mocno mnie ukształtowało.




Nie ma jednej, najlepszej drogi na karierę?
Ścieżki są różne. Można być tak jak Michał Kopczyński i wyczekiwać tej szansy. Michał ją dostał, świetnie wykorzystał i idzie do przodu. Wielu jest takich, którzy czekają i staje się to dla nich wygodne: dobry kontrakt, co miesiąc płacone, wszystko podsuwane pod nos. Czasami taką szansę można przesiedzieć, przegapić. W piłce wszystko trzeba sobie wywalczyć na boisku.
źródło: http://www.slask.sport.pl

Istotne były dla Ciebie wypożyczenia z uwagi na możliwość ogrania się, ale nie bez znaczenia pozostawały osoby trenerów, z którymi współpracowałeś. Mam na myśli Pawła Janasa i Marcina Brosza.
Rola trenerów była kluczowa, bo to oni decydowali o tym, czy grałem i jak grałem. Jeśli się jest napastnikiem to zawsze ktoś go dostrzeże. Tłumaczę im, że jeden gorszy moment nie powinien być dla nich powodem do załamki, bo przyjdzie jedna dobra runda, strzelisz kilka bramek i wracasz na karuzelę. Obrońcy tak nie mają. W ich przypadku ważna jest regularność i jeszcze raz regularność. Z 21 spotkań zdarzy się jeden gorszy i wszyscy o nim będą mówić, a zapomną o 20 dobrych. Gdyby trener Brosz nie dał mi szansy, nie zmienił mi pozycji mogłoby to inaczej wyglądać. Szczęście się do mnie wtedy uśmiechnęło, ale wywalczyłem je sobie na boisku.




Patrząc na Twoją współpracę z Marcinem Broszem rozumiesz fenomen Górnika Zabrze?

Rozumiem i wcale mnie to nie dziwi. Podoba mi się system pracy trenera Brosza, bo jest człowiekiem, który chce wyciskać maksa z każdego zawodnika. Dużo można się u niego nauczyć, ale trzeba chcieć się uczyć. Widzę to podczas każdego okienka transferowego, kiedy buduje kadrę. Pamiętam, że w Piaście nie chciał mieć trudnych charakterów. Woli mieć gorszego zawodnika, który będzie pracował, realizował jego założenia taktyczne, niż lepszego, który będzie miał to w nosie i grał swoją piłkę.  Podchodził do nas profesjonalnie, pomimo, że nie byliśmy wielkimi nazwiskami w polskiej piłce. Chłopaki z Gliwic zrobili awans do Ekstraklasy, ja przyszedłem już na gotowe. Miałem zaledwie kilka występów w Ekstraklasie. Drużyna bardzo niedoświadczona, podobnie jak teraz Górnik, a mimo to zrobiliśmy 4. miejsce. Trener dużo wymagał, przelewał na nas swoją pasję, ale miał materiał, który chciał się rozwijać. W Górniku nie było żadnej rewolucji personalnej, bo trener wiedział, że z ludźmi, których ma chce pracować. Najłatwiej jest zakupić zawodników za miliony i myśleć, że sami będą grać. Sztuką jest stworzyć coś z niczego.




Dużo dzieliło Cię od przejścia z Zabrza do Lubina?
Bardzo niewiele, bo w momencie kiedy podjąłem decyzję, że rezygnuję z pieniędzy, bazy treningowej itp. łapała mnie "depresja piłkarska". Chciałem odejść za wszelką cenę.  Nie byłoby dla mnie żadną ujmą cofnąć się do I ligi, cieszyła mnie ta oferta. Plany pokrzyżowała Arka, która zadzwoniła w tym samym dniu. Dziwnie to zabrzmi, ale rozmawiałem z trenerem Broszem i dwie godziny później dostałem telefon od ludzi z Arki. Byłem zdecydowany na transfer do Zabrza, a tu nagle Gdynia. Byłem zły, bo wolałem mieć prostą decyzję do podjęcia, a tutaj nagle mam mętlik, trzeba wybierać. Górnik to duża firma, znałem trenera, ale z drugiej strony... Ekstraklasa. To przeważyło wszystko. U trenera Brosza wiedziałem, że będę grać, w Arce nikt mi takiej pewności nie dawał. Przychodziłem do rywalizacji. Podjąłem ryzyko. Gdybym tego nie zrobił plułbym sobie w brodę. Cieszę się strasznie z tego wyboru, bo jednak największe sukcesy osiągnąłem właśnie tutaj.





Stopniowy progres Twojej formy wypracowany w  Bełchatowie, Gliwicach przerwałeś wyjazdem do Rosji. Co motywowało Cię do podjęcia tak bardzo ryzykownej decyzji?
Chęć spełnienia marzenia, chciałem wyjechać za granicę. Każdy chciałby wyjechać do Niemiec, Anglii, ale znałem swoje miejsce w szeregu. W wieku 24 lat nie jest łatwo wskoczyć do tego typu rozgrywek. Wierzyłem, że jeśli bym się sprawdził w Rosji to moje szansę również by wzrosły. Ważny był aspekt finansowy, choć nie najważniejszy. Wszystko się zgrywało w jedną całość. Nie wyszło tak jak sobie zaplanowałem. Grali tam świetni zawodnicy, wszyscy to prawie byli reprezentanci, pokazujący wysoki poziom. Nie dziwię się, że tam nie grałem.




Teraz też byś zaryzykował?
Dzisiaj podjąłbym taką samą decyzję, nie żałuję tego wyjazdu. Na tamten moment to był dobry wybór.





Wzmocnił Cię ten wyjazd?
Trochę wzmocnił, trochę złamał, bo jednak nie grałem. Inaczej to sobie wyobrażałem. Myślałem sobie, że zrobię w Amkarze ogromną karierę, trafię do reprezentacji, kupi mnie inny, wielki klub i hulaj duszo, piekła nie ma. Życie zweryfikowało jednak moje plany i nie było tak łatwo i przyjemnie. Trener Czerczesow na mnie stawiał, ale podkupiło nam go Dynamo i sytuacja się skomplikowała. Gdybym grał dwa razy lepiej od innych zawodników to z grą nie miałbym problemów.




Po powrocie z Rosji rękę wyciągnęło do Ciebie Zagłębie Lubin. Trener Stokowiec chciał Cię mieć w szatni z uwagi na to, że byłeś jej dobrym duchem, ale na boisku na Ciebie nie stawiał.
Wiemy, że trener Stokowiec pałał "ogromną miłością" do Aleksandra Todorovskiego. Nie jest to tajemnicą, bo miał go jako zawodnika w Polonii Warszawa i on go ściągnął do Zagłębia. Przychodząc do Lubina miałem tego świadomość. Jestem inteligentnym zawodnikiem. Myślałem, że uda mi się wywalczyć miejsce w składzie. Nie mogłem też złapać rytmu meczowego. Trener zmieniał mnie po dobrym meczu w moim wykonaniu. Jeden występ nie dawał mi gwarancji gry w następnym i nie potrafiłem sobie radzić z tym, że jestem typową dwójką.





W Zagłębiu zetknąłeś się z dobrze prosperującą szkółką młodych piłkarzy. Polityka Miedziowych też słynie z promowania swojej młodzieży. Ich mentalność różniła się od tej, którą Ty miałeś będąc w ich wieku?
Starałem się pracować mentalnie nad nimi, bo nie zdają sobie sprawy jak cieplarniane warunki mają w Lubinie. Jest to klub, którego akademię można zestawić obok Legii i Lecha. Tam jest wszystko: boiska, siłownia, odnowa, odżywki. W Zagłębiu pozwalają się całkowicie skupić na graniu. Młodzież tam ma duże umiejętności, ale mają zepsute głowy, chore myślenie. Nie szanują tego co mają, bo nie wiedzą, że w innych klubach tego brakuje, albo nie ma wcale. Tłumaczyłem im, że na odżywki, które klub organizuje nie będzie ich stać, bo żaden nie zainwestuje w siebie z polskich wypłat. To były bardzo drogie rzeczy, a oni potrafili to raz wypić, innym razem gdzieś w kącie zostawić. Życzę im jak najlepiej, ale nie każdy zostanie na poziomie Ekstraklasy. Zejdą do niższych lig, słabszych klubów i dopiero wtedy docenią, że w Lubinie mieli takie rzeczy podstawione pod nos i to za darmo. Kiedyś udzieliłem podobnego wywiadu i trenerzy młodszych roczników z Lubina porozwieszali go po szatni jako przestroga. Człowiek się szybko przyzwyczaja do komfortu, ale trzeba go też umieć docenić.


Obecnie dużo zawodników ma wszystko podstawione pod nos, świetne warunki do rozwoju, ale mimo to, szukają szansy, żeby jak najszybciej wyjechać za granicę. Rozumiesz ich postępowanie?
Często się dyskutuje, że ktoś powinien zostać, ale ludzie z boku nie zdają sobie sprawy, że niektóre szanse zdarzają się tylko raz. Nie każdy jest tak dobry, że będzie miał ich wiele. Wiadomo, jak ktoś jest mega kozakiem to wyjedzie prędzej, czy później. Mam tutaj na myśli chociażby Roberta Gumnego, który bardzo mi się podoba jako zawodnik. Wielu piłkarzy jest dobrych, ma lepsze okresy, ale nie na tyle, żeby w każdym momencie móc przebierać w zagranicznych ofertach. Boją się, że to jest ich jedyna szansa. Nikt nie wie, czy nie zrobią tam większych postępów. Czytałem ostatnio wywiad z jednym z trenerów Borussii Dortmund, w którym powiedziano, że gdyby w Dortmundzie nie mieliby takiej cierpliwości do Roberta Lewandowskiego, to nie byłby w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dlaczego w dużym klubie ktoś miałby na niego chuchać i dmuchać? Widocznie widzieli w tym sens i udało się. Nie każdego droga jest taka sama.
źródło: polsatsport.pl

Jeśli masz do wyboru dwa pakiety: jeden z dużym klubem, dobrymi zarobkami, ale małą ilością minut, a drugi z mniejszym klubem, adekwatnie niższymi pieniędzmi, ale pewną grą. Co wybierasz?
Zdecydowanie ten drugi i pokazałem to swoimi czynami. Wszystko zależy od wieku, w którym podejmujesz takie decyzje. Co innego jak masz 34 lata, planujesz za niedługo kończyć karierę i bierzesz pierwszy pakiet. Wiadomo, że wtedy są też inne priorytety. Nie wyobrażam sobie jednak zawodnika młodego, w piłkarskim kwiecie wieku, bo za takiego się uważam, który dokonuje takiego wyboru, idzie po najmniejszej linii oporu. To nigdy nie wychodzi na dobre. Lepiej sobie powoli zarabiać grą. Grając, czuję się dowartościowany, spełniony. Jestem lepszym człowiekiem do życia.





Odżyłeś przy szkoleniowcach, których spotkałeś w Gdyni?
Odżyłem, bo gram i tak jest chyba z każdym. Trener postawił na mnie bardzo mocno, wierzy we mnie i ja się rekompensuję za to swoją postawą na boisku. Obecnie nie denerwuję się, podejmuję bardziej ryzykowne decyzje, gram automatycznie. Nie boję się, że zaraz trener mnie zrypie i ściągnie z boiska. Ciężko się gra pod presją, bo kiedy dostawałem szansę w Lubinie myślałem cały czas, żeby nic nie zepsuć, nakręcałem się. Nie wyszło mi jedno zagranie i bałem się, że trener zaraz mnie posadzi. Tutaj gram regularnie i mogę pokazać swoje umiejętności.





Czujesz, że tym co reprezentujesz sobą na boisku odpłacasz się trenerowi za zaufanie?
Daję zespołowi sporo, inni zawodnicy nie lubią na mnie grać, bo jestem agresywny. Ostatnio nawet z przodu zaczęło mi wychodzić, więc myślę, że tak.



Zmiany, których dokonał trener Ojrzyński po przyjściu za zwolnionego Grzegorza Nicińskiego były dla drużyny szokiem?

Zawsze to jest szok. Piłkarze tego nie lubią. To nie jest nic przyjemnego, więc strasznie denerwują mnie teksty typu "drużyna grała, żeby zwolnić trenera". Takich rzeczy nie ma, nic takiego nie funkcjonuje. Trener Ojrzyński przyszedł do nas z pewnymi spostrzeżeniami, świeżym spojrzeniem na drużynę, zaraził nas optymizmem. Początki tego nie udowadniały, ale ciągnął nas do góry. Jest mistrzowskim motywatorem, umie nas nakręcić.




Zawsze musi Was trener nakręcać? Są takie mecze, w których chyba zawodnicy są nakręceni aż nad to.
Racja, niekiedy trzeba tonować nastroje. Są mecze, że nie ma co mówić, bo my wszystko sami wiemy. Zachęca nas do odwagi, aby grać z zębem, z pasją.
źródło: www.trojmiasto.pl

Podejrzewam, że jako zawodnicy macie absolutnie dość tematu walki o utrzymanie, ale niezwykle mnie to nurtuje. Po wygraniu Pucharu Polski szybko musieliście wrócić do realiów ligowych, gdzie czekała na Arkę walka o utrzymanie w lidze. Poczucie, że zdobywcom Pucharu nie wypada spaść z ligi, nakładało na Was paraliżującą presję?
Presja była od początku, bo podstawowym celem było dla nas właśnie utrzymanie. Wygranie Pucharu wydawało się być nierealne. W szatni pewnie 80 % zawodników wolałoby utrzymanie, aniżeli Puchar. Wiemy jak kluby wyglądają po spadku. Ludzie mogliby traktować mnie jak najemnika, który po spadku ucieka. To jest duża odpowiedzialność. Z jednej strony wszyscy nosili nas rękach, byliśmy się bohaterami, a później szybko trzeba było wracać, bić się o utrzymanie i być "ligowym ogórem".





Jak Ty oceniasz poprzedni sezon?

Był strasznie ciężki i kosztował nas mnóstwo zdrowia, ale całe szczęście dobrze się zakończył. Łatwo na pewno nie było, bo rzeźbiliśmy do samego końca. Urlopy były dla nas ogromnym wybawieniem. Wyciągnęliśmy z niego wnioski i przekładamy to na ten sezon, żeby nie mieć powtórki z rozrywki. Poprzedni sezon to jedna wielka huśtawka nastrojów. Całe szczęście Puchar dał nam dużego kopa, podświadomie czuliśmy, że nie spadniemy. Zagłębie miało taką sytuację, że przegrali Puchar i spadli. Czułem, że skoro my wygraliśmy, to się utrzymamy.




W ostatniej kolejce potrzebowaliście zwycięstwa nad Zagłębiem Lubin. Po dobrym meczu, to trzeba zaznaczyć, utrzymanie było Wasze. Dochodziły Was plotki, domniemania o celowym podłożeniu się Zagłębia?
Było dużo tych kalkulacji, sprawdzanie wyników na ławce rezerwowych. Wiele się mówiło o meczu z Zagłębiem, ale znam przecież chłopaków z szatni. Obecnie takie rzeczy nie funkcjonują w polskiej piłce. Byliśmy maksymalnie zmotywowani, a Zagłębie grało o nic. Zawodnicy są rozkojarzeni na te ostatnie kolejki, piłkarze o tym wiedzą. My byliśmy o tyle lepsi, że byliśmy skupieni, był to dla nas najważniejszy mecz sezonu. W Ekstraklasie nie ma dużych różnic umiejętności, więc ta dyspozycja dnia dawała bardzo wiele.





Jako ludzie znający ligę od środka, jak reagowaliście na takie głosy?

Śmialiśmy się strasznie z tego. Zawodnik jak wie, że jedna porażka nic już nie zmieni, to odstawi nogę, nie będzie ryzykował. To ma kluczową rolę, bo po drugiej stronie jest ktoś kto będzie  zmotywowany na 120 %, nie odstawi nogi w żadnej sytuacji, nawet gdyby miał ją złamać. Słabszy zespół potrafi wygrać, bo przeciwnik mógł być ospały, rozkojarzony. Na naszym poziomie, gdzie te różnice są małe, to się właśnie liczy. Co innego jak grasz z Manchesterem City, który nawet jak ma słabszy dzień to remis jest cudem, miażdżą nawet w słabszej kondycji. 





Co niektórym zbyt łatwo przychodzi tworzenie "parateorii"?
Często od kibiców się słyszy, że piłkarze nie grali dopóki nie zaczęli ich wyzywać. W jaki sposób mam wytłumaczyć takiemu kibicowi, że to nie działa, a jeśli już to, w drugą stronę, bo bardziej przeszkadza. Pozytywny doping zawsze uskrzydla, ale negatywny? W życiu! Podobnie jak z grą przeciwko trenerowi. Gra przeciwko trenerowi jest grą przeciwko samemu sobie. Przyjdzie następny trener, zobaczy, że grałeś słabo, to cię nie wystawi. Ciężko tego rodzaju mity wykorzenić. Ci co grają w piłkę, wiedzą. Kiedy z Sandecją graliśmy o awans, przegraliśmy kluczowy mecz, to słyszałem od znajomych teksty typu "sprzedaliście mecz", albo "ty nawet nie wiesz, to starsi wszystko załatwili". Gramy o awans, premie, pokazanie się światu w Ekstraklasie, a tu ktoś myśli, że odpuszczasz, bo ci się nie chce. Jak słyszę takie rzeczy to mnie aż trzepie. Ty jako dziennikarka nie chciałabyś awansować do jakieś lepszej gazety?

Pewnie, że bym chciała.

Właśnie, a później słyszysz, że specjalnie rezygnujesz, bo nie chcesz zaistnieć, nie chcesz zrobić kariery. Ludzie często mówią rzeczy, nad którymi się kompletnie nie zastanawiają.
źródło: www.przegladsportowy.pl

Odetnijmy się od mitów i wróćmy do rzeczywistości. Celujecie z Arką w podium?

(Chwila zastanowienia) My o miejsce na pudle? To chyba dawno tabeli nie śledziłaś! Naszym marzeniem jest wejście do górnej ósemki. Słabo zaczęliśmy rundę, też trochę pechowo. Mecz Termaliką będzie kluczowy, bo w przypadku zwycięstwa jeszcze jest szansa, natomiast inny scenariusz zamyka nam drogę. Ciężki moment przed nami, żadne podium nas nie interesuje, tylko utrzymanie w górnej ósemce. Uniknęlibyśmy stresów, które są związane z meczami w dolnej części tabeli. Ósemka to byłby sukces Arki, pierwsza trójka jest poza naszym zasięgiem, jesteśmy na nią zwyczajnie za słabi.





Czujesz, że moment, w którym jesteś, jest szczytem Twoich piłkarskich możliwości?
W sporcie nigdy nie możesz powiedzieć, że osiągnąłeś maksa. W każdym wieku możesz się czegoś nauczyć, rozwinąć się. Rozmawiałem z Sirakowem, który w Amkarze grał na mojej pozycji. Miał 36 lat, za sobą grę w reprezentacji. Ogólnie mega piłkarz. Pytałem się go skoro w takim wieku on tyle może, to jak dobry on musiał być mając kilkanaście lat mniej? Mówił, że to nie jest tak, że im człowiek starszy tym gorszy. Był w przeszłości szybszy, wiadomo, ale był mniej doświadczony. Teraz wiele sytuacji może przewidzieć, zrobi mniej metrów, ale za to z większą korzyścią. U mnie jest podobnie, nie zatrzymam się w rozwoju. Wiara pomaga w treningu, bo mam motywację. W Piaście mówili, że to był mój najlepszy sezon i lepiej już nie będzie, a ja uważam, że teraz jestem jeszcze lepszy, liczby robią większe wrażenie. Ludzie zachwycają
się młodym, świeżym zawodnikiem, a jak pobędzie już dłużej w lidze to nikt nie zwraca na niego uwagi, pomimo że robi postępy. Podobnie było z Radosławem Murawskim. Zawsze uważałem go za świetnego zawodnika, ale na początku było takie bum na niego. Wszyscy się zachwycali, że najmłodszy kapitan w Piaście, że dobrze gra, a z czasem zaczął szarzeć, a przecież wcale nie grał gorzej.





Na końcu powiedz, czego Ci życzyć na następne tygodnie?

Awansu do pierwszej ósemki, spokojnego utrzymania w lidze, ale przede wszystkim zdrowia, bo to jest kluczowy moment dla mnie. Kończy mi się kontrakt, czekam na włodarzy Arki, bo póki co nie mam oferty z klubu. Muszę cisnąć, żeby podpisać kontrakt.



Fot. Yesforphotos









piątek, 9 lutego 2018

O celach się nie opowiada tylko się je realizuje

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Słuszność tego stwierdzenia już wiosną będzie mógł zweryfikować Grzegorz Zengota - wychowanek Falubazu Zielona Góra, który wraca do rodzinnego miasta po pięcioletniej przerwie. Zarówno klub jak i kibice chcą powrotu na podium, a eksperci nie widzą tam zielonogórskich żużlowców. Zengiemu takie opinie nie przeszkadzają. W poniższym wywiadzie przeczytacie o tym, ale także o powrocie na stare śmieci, wychodzeniu z opresji i działalności publicystycznej. Zapraszam Was serdecznie do lektury!


Blondynka o sporcie: Nie mogę zacząć inaczej niż "witaj w domu"! Odczuwasz coś w rodzaju wyjątkowego wyczekiwania na nadchodzący sezon? 
Człowiek na co dzień jest zbyt mocno pochłonięty różnymi obowiązkami i przygotowaniami. Jesteśmy w okresie kiedy słońce wychodzi, dzień robi się dłuższy i cieplejszy, więc czuć nadchodzący  sezon. Obowiązki też nie robią się z niczego. Czasu jest coraz mniej i trzeba wszystko dopinać na ostatni guzik, by w trakcie sezonu mieć czystą głowę i skupić się na tym co ważne, czyli wyniki sportowe.



Fakt powrotu do macierzystego klubu nie zmienia Twojego podejścia?
Wracam do Zielonej Góry, miasta, które utożsamiam z domem, wspomnieniami początku moich startów, więc dodatkowe emocje w związku z tym również się udzielają, ale trochę w swoim życiu już przeżyłem i podchodzę do tego ze spokojem.




Wracasz do Zielonej Góry starszy, bogatszy o lata doświadczeń. Myślisz, że to wystarczy, aby stać się liderem Falubazu?
Zrobię wszystko, aby się stać liderem, a także podołać tej funkcji. Trudno jest przewidzieć co wydarzy się w trakcie sezonu. Jestem daleki od deklaracji typu "będzie cudownie". To jest przyszłość. O ile będzie zdrówko, kontuzje będą omijały to myślę, że jest dobra pozycja wyjściowa, a efekty końcowe później ocenią kibice, dziennikarze.


Decyzja o wyjeździe z Leszna była trudna do podjęcia?
Nie było łatwo wyjechać z Leszna, bo spędziłem tam dużo czasu, zżyłem się z ludźmi, ale patrząc perspektywicznie, na aspekty sportowe była to decyzja konieczna do podjęcia. Jazda na torze, czyli realizowanie się w tym co jest moją pasją i jednocześnie zarabianie tym na życie, jest dla mnie najważniejsze i nie mogę tego zaniedbać.
źródło: Facebook/ Zengi Racing 

Mostów za sobą jednak w Lesznie nie spaliłeś?
Nie, odchodziłem z Leszna w przyjaznej atmosferze. Miałem dobre relacje zarówno z klubem jak i z kibicami.



Zielonogórscy kibice z niecierpliwością czekali aż Twój transfer zostanie oficjalnie potwierdzony. Oczekiwania względem Twojej osoby są duże.
Sezon pokaże jak to będzie wyglądało. Chcę, żeby wszystko szło po mojej myśli, a także kibiców. Życie jednak pisze własne scenariusze. Mógłbym powiedzieć, że będę robił komplety, ale co w sytuacji kiedy nie uda się tego zrealizować? Wtedy będę postrzegany jako ten, który naopowiadał, ale nic z tego nie zrealizował. Wolę robić swoje, wykonywać swoją pracę należycie i nie skupiać się na deklaracjach słownych.



Nie rzucasz słów na wiatr?
Chcę mieć czyste sumienie przed samym sobą. Kiedyś zdeklarowałem się, że będę jeździć w Falubazie do końca kariery i zostanę drugim Andrzejem Huszczą. Życie zweryfikowało to na swój sposób.



Jeśli chodzi o drużynę to przed Wami sezon, w którym zdaniem ekspertów nie będziecie występować w roli faworyta.
Cieszę się z tego powodu. Nie ma żadnej spirali nakręcanej wokół nas. Motywuje nas także do tego, żeby pokazać niedowiarkom naszą wartość. Mówi się, że w Falubazie nazwiska zawodników nie robią wrażenia, ale ja z doświadczenia wiem, że nazwiska nie jeżdżą. Każdy sezon rządzi się swoimi prawami. To co było w poprzednim jest już historią. A media jak to media. Muszą mieć o czym pisać.



Chcecie zaskoczyć środowisko żużlowe?
Jeśli uda się zrealizować to co sami sobie założyliśmy, radość będzie ogromna. Dla nas każda pozycja medalowa, a nawet udział w fazie play-off będzie dużym sukcesem i będziemy się z tego cieszyć.



Jesień w Falubazie była okresem zmian zarówno jeśli chodzi o zawodników, ale także sztab trenerski. Tobie postać Adama Skórnickiego nie jest obca?
Z Adamem pracowaliśmy w ubiegłym roku indywidualnie. Pomagał mi wyjść z trudnej sytuacji, w której się znalazłem i sądzę, że nam się to udało. Można nas nazwać mistrzami świata w wychodzeniu z opresji, więc dołożymy wszelkich starań, aby nadchodzący sezon zakończyć z jak najlepszym wynikiem.
źródło: Facebook/ Zengi Racing

Niedawno zakończyliście obóz w Szklarskiej Porębie. Wspólnie spędzony czas pozwolił drużynie na integrację?
Spędziliśmy ze sobą kilka dni. Z niektórymi zawodnikami nie było wystarczającego kontaktu w parku maszyn, więc nadrobiliśmy to właśnie w trakcie pobytu w górach. Jesteśmy też zespołem zbudowanym diametralnie inaczej i potrzebowaliśmy czasu, który mogliśmy spożytkować na wspólne treningi, a także na czas wolny w pokojach, gdzie można było rozmawiać do woli.



Myślisz, że uda się Wam stworzyć monolit podobny do tego z sezonu 2016 kiedy drużyna zajęła 3. miejsce, pomimo wielu przeszkód w trakcie trwania sezonu?
Oczywiście, że jest szansa i do tego dążymy. Każdy z nas wie jakie są oczekiwania, a atmosfera zdecydowanie bardziej pomoże niż zaszkodzi w uzyskiwaniu dobrych wyników sportowych. Nie ma wśród nas rywalizacji, która mogłaby wprowadzać zły klimat w drużynie. Myślę, że daje nam to coś w rodzaju przewagi nad innymi zespołami, bo charakterologicznie drużyna jest ścięta na miarę.



Zazwyczaj mówi się, że rywalizacja podnosi poziom rozgrywek.
Mamy taki system funkcjonowania jako drużyna żużlowa. Czym innym jest rywalizacja w piłce nożnej. Można powiedzieć, że piłkarze są spokojni o swój byt. Inaczej wygląda to w żużlu, gdzie zawodnicy wszystko pakują w sprzęt, muszą opłacać mechaników i wiele innych zobowiązań. Jeśli nie robi się punktów lub wypada się ze składu to sytuacja bardzo się komplikuje, tworzy się nerwówka, która nie służy całej drużynie. Ciężko robić dobrą minę do złej gry. Na początku poprzedniego sezonu sam znalazłem się na dosyć ostrym zakręcie, ale nie obwiniałem w żaden sposób drużyny, wręcz przeciwnie. Spierałem ją jak tylko mogłem i cieszę się, że udało się kryzys pokonać.


Zdołałeś zażegnać kryzys, przyczynić się do mistrzostwa dla Unii Leszno i niedawno otrzymałeś nominację do kadry. Można powiedzieć, że wróciłeś z tarczą.
Udało się wyjść z opresji i mam nadzieję, że nigdy nie znajdę się w tak trudnej sytuacji, nie będę musiał ponownie tego przeżywać. Chciałbym zrewanżować się za zaufanie, którym obdarzono mnie w Zielonej Górze i stać się liderem drużyny. Wszystko jest w moich rękach.



Żużlowa reprezentacja w minionym sezonie była nie do zatrzymania. Sądzisz, że może być jeszcze lepiej?
Jeśli chodzi o nasze, krajowe podwórko to poziom sportowy jest bardzo wysoki. Teraz Drużynowego Pucharu Świata nie będzie, zastąpiony zostanie mistrzostwami świata par, więc ta rywalizacja się jeszcze bardziej zawęzi. Jednak dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych.



Wspomniałeś o decyzji federacji w sprawie zastąpienia DPŚ mistrzostwami świata par. Uważasz, że to słuszne rozwiązanie?
Najlepszym wyjściem byłaby sytuacja kiedy te dwie imprezy się przeplatały. W jednym roku Puchar Świata, a w drugim mistrzostwa świata par. Obie imprezy mogłyby być bardzo prestiżowe, przyciągnęłyby rzeszę kibiców. W ubiegłym roku Puchar Świata w Lesznie był fantastycznym przedsięwzięciem organizacyjnym i widowiskiem sportowym. Mieliśmy komplet publiczności. Jeżeli wszędzie ta impreza wyglądałaby tak jak rok temu w Lesznie to nie dyskutowalibyśmy o tym, czy jest sens jej organizacji. Może forma konkursu nie była do końca właściwa. Wypadałoby wciągnąć w to większą liczbę nacji, wtedy kibic byłby bardziej zaciekawiony. Brakuje też tego, że zawody nie są pokazywane w otwartym kanale. Żużel jest na tyle emocjonujący i ciekawy, że ludziom by się to mogło spodobać.



Wróćmy jeszcze do Twojej osoby. Jakie cele stawiasz sobie na nadchodzący sezon?
Cele zawsze stawiam sam przed sobą, bo opowiadanie o nich nie przyniesie niczego dobrego. Wiem co robić, na czym się skupiać i nie czuję  potrzeby opowiadania o tym. Wychodzę z założenia, że o celach się nie mówi, tylko się je realizuje.

źródło: Facebook/ Zengi Racing



Twoje poczynania nie ograniczają się wyłącznie do roli zawodnika. Działalność publicystyczna również nie jest Ci obca?
Nie jest mi obca, ale ciężko mi usiąść i opracować dany materiał. W wolnej chwili staram się przykładać do tego, bo dla mnie jest to dodatkowy kontakt z kibicami. Wszystkie opinie, spostrzeżenie płyną głęboko ode mnie. Ludzie mogą poznać moje opinie na dane tematy, więc jeśli to nie koliduje z terminarzem to staram się przykładać do pisania.


A komentowanie?
Komentowanie jest nowym zajęciem, w które się zaangażowałem. Po kilku wystąpieniach przed kamerą zebrałem nawet dobre opinie. Nie zapominam jednak o tym co jest dla mnie najważniejsze, ale opowiadanie o tym również jest dla mnie świetną zabawą. Cieszę się, że mogę brać udział w tych fantastycznych widowiskach, być ich częścią. Grand Prix jest szczytem naszych rozgrywek, więc jeśli nie mogę występować jako zawodnik to cieszę się, że uczestniczę w tym właśnie w takiej formie. Mam jednak nadzieję, że doczekam startów w GP jako zawodnik. Zawsze mogę sobie tłumaczyć, że nie jadę oglądać meczu, a jadę do pracy. Moim marzeniem zawsze będzie występ jako zawodnik GP.



Czyli po wieloletniej, bogatej w trofea karierze nie będziesz mógł narzekać na nudę?Żeby kariera była bogata to jeszcze dużo pracy przede mną. Wierzę, że uda mi się zrealizować to co sobie założyłem i będę mógł być dumny ze swoich osiągnięć. 


Fot. Justyna Liwocha - Yesforphotos


wtorek, 19 grudnia 2017

Wszystko co dobre, szybko się kończy. Ekstraklasa również!

Mam świadomość, że wielu sympatyków footballu ma niechętny stosunek do Lotto Ekstraklasy. Nie mam z tym problemu, ale także proszę o akceptację mojej fascynacji polską ligą. Najbliższe weekendy będą okropnie nudne i przede wszystkim przewidywalne.
Fot. Justyna Liwocha

Kolejna runda naszej ligi dobiegła końca. Zawodnicy zakończyli rozgrywki i rozjechali się do domów po całym świecie. Dla obserwatorów rozgrywek oznacza to brak emocji aż do 9. lutego, czyli startu "rundy wiosennej", która niestety długo nie będzie miała z wiosną dużo wspólnego. W naszym klimacie mecze bez chłodu, wiatru i śniegu zaczynają się chyba w maju, a nawet później.



Od lipca mogliśmy obserwować ciekawe widowiska. Piłkarze konstruowali akcje, strzelali bramki, walczyli z nadzieją, że zadowoli to zebranych na stadionie, ale także przed ekranami telewizorów kibiców. Piłka nożna jak każda dyscyplina charakteryzuje się ogromną nieprzewidywalnością. Ameryki w tym aspekcie nie odkryję. Każdy to wie, ale Lotto Ekstraklasa ma to opanowane do perfekcji. Liderzy, faworyci wielokrotnie schodzili z boiska ze spuszczonymi głowami i świadomością straconych bramek.
Idealnie zilustrował to ostatni mecz w 2017 roku. Górnik Zabrze podejmował u siebie Cracovię. Co "Górnicy" wyprawiają w tym roku każdy widział i podejrzewam, że nikt nie obstawił ich porażki 0:4.



Najlepszą wizytówką tego co czeka kibiców w sezonie 2017/2018 był już mecz I kolejki Górnik Zabrze - Legia Warszawa. Zabrzanie występowali jako beniaminek z zawodnikami, młodymi, debiutantami, którzy znani byli w Nice I lidze, ale za to mieli wsparcie wypełnionego po brzegi stadionu  i świadomość, że niemożliwe nie istnieje. Pozornie mogłoby się wydawać, że to za mało, żeby powstrzymać Mistrza Polski, drużynę walczącą o Ligę Mistrzów. A jednak! Górnik wygrał 3:1 z Legią w dobrym stylu. Sama pomyślałam, że w tym przypadku remis będzie cudem, a tutaj okazałe zwycięstwo. W późniejszych tygodniach emocji i niespodzianek nie brakowało.

źródło: www.eurosport.interia.pl

Kolejnym objawieniem rundy dla mnie to zdecydowanie Korona Kielce. Czytając doniesienia dotyczące okresu przygotowawczego myślałam, że w takich warunkach trudno będzie o utrzymanie. Ku zdziwieniu wielu na boisko wychodziła drużyna niebojąca się dostawić nogę, walcząca, silna. Dzisiaj Korona zajmuje 7. miejsce w tabeli, jest w półfinale Pucharu Polski. Zdołała zagrać na nosie Legii Warszawa (3:2), strzelić 3 bramki dla Śląska Wrocław, czy  pokonać w Gdańsku Lechię aż 0:5. W końcówce zderzyła się co prawda mocno z rzeczywistością, bo przegrała 0:3 z Arką i aż 5:1 z Jagiellonią, ale trzeba przyznać, że dobrze sobie radzi z permanentną łatką "kandydata do spadku". Dzisiaj ma bliżej do podium niż do I ligi.



Imponuje mi wspomniany wcześniej Górnik Zabrze. Uwielbiam oglądać ich mecze, a jednym z głównych powodów są występy młodych zawodników. Polityka klubu lub trenera Brosza bardzo się opłaciła, bo tacy piłkarze jak Tomasz Loska, Szymon Żubrowski, czy Mateusz Wieteska stanowią porządną siłę napędową. Nie można pominąć absolutnych objawień jakimi są: Damian Kądzior i Rafał Kurzawa. Subiektywnie przyznam, że ekipy z Zabrza nie da się nie lubić. No chyba, że ktoś jest z Katowic albo Chorzowa, ale to już inna sprawa. Podium dla Górnika? Dla mnie rewelacja i trzymam kciuki nawet za mistrzostwo.



Myślę, że plusem tych rozgrywek jest Jagiellonia Białystok. Zaskoczyła mnie nominacja na trenera Ireneusza Mamrota. W mediach pojawiały się dyskusje, czy sprosta, czy będzie w stanie godnie zastąpić Michała Probierza. Widać, nie ma ludzi niezastąpionych, bo Jaga daje sobie radę na polskich boiskach. Stawia się faworytom, walczy i dobrze wygląda. Ireneusz Mamrot jako szkoleniowiec, który w Lotto Ekstraklasie debiutuje chyba może być z siebie zadowolony.



Wspomniałam o Michale Probierzu i chciałabym rozwinąć ten wątek, ale w kategorii rozczarowań, bo gdy obejmował fotel trenera "Pasów" sądziłam, że będzie to początek wędrówki na podium i walki o europejskie puchary. Póki co jest to wyłącznie walka o utrzymanie. Praca Michała Probierza w Krakowie ma się nijak do tego, co działo się w Białymstoku. Patrząc na kadrę, jej potencjał, a także doświadczenie obecnego szkoleniowca, nie powinno to tak wyglądać.


źródło: www.gol24.pl

Podobnie z Pogonią Szczecin, którą po Kazimierzu Moskalu przejął Maciej Skorża. Solidny trener w połączeniu z młodym, perspektywicznym zespołem powinien oznaczać miejsce zdecydowanie wyższe niż 16. Kibicuję Dumie Pomorza, ponieważ lubi postawić na młodych piłkarzy i niektórzy bardzo szybko stawali się topowymi zawodnikami. W poprzednim sezonie trzymałam kciuki za miejsce w pierwszej ósemce, dzisiaj zaś o rychłe wydostanie się ze strefy spadkowej.


Po ostatniej kolejce w roku 2017 upewniłam się w swoim postanowieniu, że nigdy nie będę obstawiać wyników meczów! Absolutnym zaskoczeniem była porażka Górnika Zabrze z Cracovią i to aż 0:4. Cieszy mnie jednak odrabianie strat Pogoni Szczecin. Nie wiem jak Wy, ale ja liczę na emocjonującą rundę!
_______________________________________________________

Całkowicie na koniec chciałabym złożyć wszystkim Czytelnikom najserdeczniejsze życzenia świąteczne. Przede wszystkim zdrowych, spokojnych i rodzinnych świąt, zaś w nowym roku wszelkiej pomyślności, sukcesów i radości! Ściskam wszystkich bardzo mocno!
Fot. Justyna Liwocha



Fot. Justyna Liwocha

czwartek, 7 grudnia 2017

Kobieta w sporcie jako absurd?!

Miałam tego nie robić, ale cóż... Wywiady to jedna sprawa, ale nie tylko one wchodzą w skład dziennikarstwa sportowego. Czas zająć się na poważnie swoim warsztatem, bo konkurencja nie śpi, a droga do Warszawy jeszcze długa. Zapraszam Was serdecznie do lektury mojego felietonu. Może komuś się spodoba?       
Fot. Justyna Liwocha/ Yesforphotos

              Każde stulecie charakteryzuje co innego. Wejście w nowy wiek wiąże się z innowacyjnością, łamaniem stereotypów. Do XXI wieku przeszło niestety wiele z nich. Moim zdaniem większość dotyczy kobiet.
        Prawie nikogo nie dziwi fakt, że szefem kuchni w prestiżowej i znanej restauracji zostaje mężczyzna, chociaż owo królestwo zazwyczaj przypisuje się kobietom. Podobnie jest z modą. Pomimo, że nie znam się na modzie, nawet będąc kobietą, to jestem w stanie wymienić więcej nazwisk męskich projektantów. W kwestii projektantek mody musiałbym długo pomyśleć lub zasięgnąć informacji w różnych źródłach. Wniosek z tego jest taki, że mężczyźni do perfekcji opanowali umiejętności, które w przeszłości były zarezerwowane wyłącznie dla kobiet.
        A co w przypadku kiedy kobieta chce "wejść w męskie buty"? W większości przypadków podnosi się larum i słychać wyłącznie: "nie da sobie rady", "nie zna się na tym". To jest to co mnie najbardziej denerwuje, jest największym mankamentem naszych czasów. Mężczyźni pewnie podbijają teren zarezerwowany wcześniej dla kobiet, ale jeśli one chcą wkroczyć w świat piłki nożnej, żużla, czy motoryzacji to muszą się wiele nasłuchać. Skąd o tym wiem? Z życia. Jeśli spojrzeć na stacje, które transmitują wydarzenia sportowe to w grupie dziesięciu osób jest tylko jedna kobieta, ewentualnie dwie.
        Dziennikarstwo sportowe wydaje się być bardzo hermetyczne i za wszelką cenę zdominowane przez mężczyzn. Pozostaje zadać pytanie: dlaczego? Moim zdaniem ze strachu, że reprezentantki płci pięknej okażą się lepsze. Nie mam pretensji do komentatorów, bo oni są od obiektywnych, bardzo fachowych uwag, suchego przedstawiania faktów, ale jeśli chodzi o wywiady pomeczowe to sądzę, że kobiety są zdecydowanie lepsze od mężczyzn. Po przegranym meczu zawodnicy pragną jedynie znaleźć się jak najszybciej w szatni, ale mają jeszcze obowiązki medialne. Dziennikarz zadający pytania często zapomina o emocjach przegranych i potrafi sformułować pytanie w taki sposób, że nie można się dziwić, że odpowiedzi są lakoniczne i sarkastyczne. Reporter się zdenerwuje, a widzowie przypną zawodnikowi miano "ignoranta", "gwiazdora". Można by tego uniknąć i pozwolić przeprowadzać takie wywiady kobietom, które są bardziej empatyczne i wyrozumiałe, ale w męskim światopoglądzie przecież nie znają się na piłce.
        W ostatnim czasie sama doświadczyłam tego jak mężczyźni chcą "zagarnąć" piłkę nożną wyłącznie dla siebie. W tramwaju rozmawiałam przez telefon o jednej z zakończonych kolejek Ekstraklasy. Z rozmówcą analizowaliśmy wyniki, miejsce drużyn w tabeli i postawę niektórych zawodników. Kiedy skończyłam, stojący obok mężczyzna spojrzał na mnie z politowaniem i powiedział: "Kobieto, co Ty wiesz o footballu?!" Na co ja odpowiedziałam, że z przyjemnością podyskutuję, ale rozmówca musiał wysiąść, niestety. Gdyby na moim miejscu był mężczyzna, prowadził bloga o sporcie tak samo jak ja, to jestem pewna, że nie musiałby odpowiadać na tyle dziwnych pytań. Lubię odpowiadać na pytania dotyczące mojej działalności, ale nie kiedy pytający skazuje mnie na porażkę i radzi zająć się czymś "babskim". Zamiast się cieszyć jak bardzo zróżnicowane są zainteresowania Polek, jak ich obecność w mediach sportowych wzbogaci widowisko to część preferuje wylewać swoje ubolewania w internecie w postaci hejtów, złośliwości i uprzedzeń.
        
         XXI wiek ma w tej kwestii dużo do poprawy, ale mam też nadzieję, że nie przeciągnie się ten proces na następne stulecia.


Fot. Justyna Czubata

Fot. Justyna Liwocha / Yesforphotos
                                       

niedziela, 19 listopada 2017

Mam świadomość, że Lechia wiąże ze mną przyszłość

O tym jak bardzo stronnicze są media wiemy z życia codziennego. Wszyscy wskazują w tym miejscu politykę, zapominając, że zdarza się to także w sporcie. Warto zapoznać się z dwiema stronami, bo tylko to pozwoli nam na obiektywizm. Jego brak w ostatnich miesiącach odczuł nowy zawodnik Lechii Gdańsk - Patryk Lipski, którego kariera w ostatnich miesiącach doświadczyła wielu turbulencji. Macie okazję dowiedzieć się o kulisach jego odejścia z Ruchu i ich skutkach. Zapraszam serdecznie do lektury!


Blondynka o sporcie: Na samym początku chciałabym się dowiedzieć, czy jesteś człowiekiem cierpliwym?

Patryk Lipski: Tak, bo nie denerwuję się w sytuacjach, gdy coś nie wychodzi, albo jest nie po mojej myśli. Moje późne początki w Ekstraklasie pokazują, że spokojnie i cierpliwie czekałem na swoją szansę.




Obecnie także cierpliwie czekasz na zaufanie obecnego szkoleniowca Lechii - Adama Owena?
Można tak powiedzieć. U obecnego trenera nie jestem wyborem numer 1, do tej pory zagrałem jeden mecz. Muszę czekać i nie denerwować się. Wykorzystuję ten czas do tego, aby jeszcze ciężej pracować.




Trener jako powód Twojej abstynencji na boisku wskazuje zaległości fizyczne. Sam czujesz po sobie brak przygotowania w przerwie między sezonami?

Akurat z tym nie mogę się zgodzić. Czuję się dobrze fizycznie. Jedyne czego mi brakuje to zrozumienia i zgrania z drużyną. Czułem się dobrze w meczach, które rozegrałem w trwającym sezonie. Nie zgadzam się z tą oceną, ale ona mnie motywuje do tego, żeby udowodnić trenerowi, że się myli i tym samym zaczął na mnie stawiać.

źródło: www.przegladsportowy.pl


Za kadencji Piotra Nowaka byłeś zawodnikiem numer 1. W jednym z wywiadów stwierdziłeś, że piłka jest po Twojej stronie. Obecnie tego samego powiedzieć już nie możesz?

Dokładnie. Muszę czekać na swoją szansę i dobrze ja wykorzystać. Polega to na tym, żeby zdobyć miejsce w składzie i już go nie oddać. Trener Nowak zaufał mi od początku, bo zaraz po przyjściu grałem. Po zmianie trenera wyniki również nie były zadowalające i nie odwdzięczyłem się trenerowi za zaufanie więc muszę o nie ponownie powalczyć.




W Lechii Gdańsk znalazłeś to czego w końcówce poprzedniego sezonu w Ruchu tak bardzo Ci brakowało, czyli stabilizacji?
Ostatnie miesiące było mocno zwariowane. Rozwiązanie kontraktu z Ruchem Chorzów, przygotowania do Młodzieżowych Mistrzostw Europy bez klubu, oczekiwania na propozycje transferu, więc kiedy podpisałem kontrakt z Lechią czułem wielką ulgę. Szukanie klubu jako wolny zawodnik jest bardzo stresujące, bo nie wiedziałem gdzie trafię. W Gdańsku podpisałem kontrakt na 4 lata i dzięki temu odczuwam spokój i komfort.




Nie obawiasz się, że tak długoletni kontrakt może zamknąć Ci drogę do wyjazdu za granicę?

Teoretycznie zagraniczny klub może mnie kupić. Z drugiej strony mam ogromny komfort i świadomość, że Lechia wiąże ze mną przyszłość. Tylko ode mnie zależy mój wyjazd za granicę i jeśli tak się stanie to klub będzie mógł na mnie zarobić i nie będę miał nic przeciwko temu.
źródło: www.katowickisport.pl

Wrócę do Twoich przejść z Ruchem Chorzów. Wszystkie nieprzyjemne sytuacje ze śląskim klubem, odbiły się na Twojej psychice?
Stałem się jeszcze silniejszy psychicznie, bo zamieszanie wokół tej sprawy było duże. Nie dotknęło mnie to aż tak mocno, bo widziałem jak wszystko wyglądało od środka. Nie mam do siebie zarzutów, bo kiedy grałem, dawałem z siebie wszystko. Kibice zareagowali nerwowo, bo są zżyci z drużyną, ale wiadomo, że nie wiedzą wszystkiego. Bazują tylko na tym co przeczytają w mediach.




Z Twojej perspektywy kto bardziej zawinił?
Ludzie rządzący klubem nie wywiązywali się z obietnic. Do tej pory mam wypłacone pieniądze za styczeń, pomimo, że w Ruchu grałem do połowy maja. Jest to dowód na to, że nie jest tam kolorowo.




Opuszczając Ruch Chorzów miałeś poczucie, że uciekasz z tonącego statku?

Chciałem pomóc drużynie w walce o utrzymanie. Spotkałem się z prezesem i zaproponowałem, że jeśli będę miał wpisane w kontrakt kwotę odstępnego, czyli gwarancję, że po sezonie będę mógł odejść to zostanę i zrobię wszystko co w mojej mocy.  Prezesi jednak się nie dogadali między sobą i nie doszło do porozumienia. Zdecydowałem, że jeśli nie chcą tego, abym został, to rozwiąże kontrakt. Później żałowałem, że nie mogłem uczestniczyć w ostatnich meczach sezonu i przeżywałem fakt spadku mojej drużyny. Czuję się współwinny tej sytuacji. Miałem poczucie, że zostawiłem drużynę samą sobie.





Myślisz, że kibice zrozumieją słuszność Twojej decyzji o odejściu?

Po rozwiązaniu kontraktu byłem jeszcze przez tydzień w Chorzowie. Kilku kibiców mnie spotkało i chciało wiedzieć jak to naprawdę wyglądało, ale większość czerpie informacje na ten temat ze strony internetowej Ruchu, wywiadów z prezesem. Wiadomo, że oni zdania nie zamienią. Szkoda jednak, bo grałem w Chorzowie ponad 5 lat i zależało mi na tym, aby być dobrze postrzegany przez kibiców. Gdybym był im obojętny pewnie nie zachowywaliby się w ten sposób więc to pokazuje, że byłem ważnym ogniwem drużyny.
źródło: www.sport.se.pl

Jakie są skutki decyzji II instancji ds. Orzekania Sporów Sportowych?
Decyzja II instancji była przyczyną drobnych błędów formalnych, bo początkowo daje się wezwanie do zapłaty jeżeli klub zalega więcej niż 2 miesiące i mają na regulację 2 tygodnie. Ruch nie zapłacił mi w tym okresie i mogłem rozwiązać kontrakt z winy klubu. II instancja doszukała się w tym wezwaniu  braku zastrzeżenia, które powinienem zawrzeć, że w przypadku kiedy nie zostaną wypłacone pieniądze to wtedy rozwiąże kontrakt. Z kolei ja zamiast tego napisałem, że w takiej sytuacji skieruje sprawę do odpowiednich organów PZPN. Izba przyznała tutaj rację klubowi, ale w związku z tym, że nie uregulowali zaległości, to nie mają prawa do odszkodowania.Ten błąd nic zmienia w mojej sprawie. Dało to tylko ludziom z Ruchu powód do tego, żeby się pochwalić w internecie.




Pochwalili się, ale nie wytłumaczyli o co naprawdę chodzi.
Dokładnie. Kibice zaczęli myśleć, że zaległości zostały uregulowane, a ja mimo to rozwiązałem kontrakt.



Przewidujesz szybki koniec sagi pt: "Ruch Chorzów - Patryk Lipski"?
Myślałem, że cała sprawa jest już zakończona, a teraz był wyrok II instancji. Można się jeszcze odwoływać do Lozanny, ale to po dostarczeniu uzasadnienia, którego jeszcze nie mam. Liczę jednak na to, że to będzie już definitywny koniec.




Wielu myślało, a nawet pisało, że możesz wrócić do Ruchu.

Tak, widziałem, ale przez te ostatnie miesiące jestem rozeznany w przepisach. Wiem, że statusu zawodnika to nie zmienia. Jestem zawodnikiem Lechii, grałem w meczach więc było to tylko niepotrzebne zamieszanie.
źródło: www.katowickisport.pl

Miałeś obawy jak Twoja sytuacja klubowa wpłynie na decyzję Marcina Dorny o powołaniu Ciebie na Mistrzostwa U-21?
Obawy były, bo przez siedem kolejek nie grałem spotkań. Zwróciłem się do Pogoni Szczecin z prośbą o możliwość trenowania z drużyną, bo wiedziałem, że tylko tak zdołam podtrzymać formę. Byłem w stałym kontakcie z trenerem i cieszyłem się kiedy zostałem powołany do szerokiej kadry. Miałem dwa tygodnie zgrupowania, żeby udowodnić, że nie jest ze mną źle. Wyszedłem w podstawowym składzie na pierwszy mecz, ale moja forma jak i całej drużyny podczas mistrzostw nie była najwyższa.




Swoją bramką otwierającą wynik w meczu ze Słowacją pokazałeś, że wybór Marcina Dorny był słuszny.
Początek był wymarzony i szkoda, że ta bramka nam nic nie dała, bo przegraliśmy 2:1. Nikt nie odbierze mi satysfakcji ze strzelonego gola, tym szczególnie, że wielu zastanawiało się jak zawodnik bez klubu może grać w reprezentacji. Wspomnienia zostały, szkoda że wyniki nie były zadowalające.




Na filmach z Waszego zgrupowania było można zobaczyć, że fakt iż byłeś wolnym zawodnikiem był obiektem wielu żartów. Podchodziłeś do tego z dystansem?
Żartowaliśmy z sytuacji, kiedy trenerzy przeciwnych drużyn dostaną listy z zawodnikami i ich klubami, a ja tam będę widniał jako wolny zawodnik.

źródło: www.u21poland.com

Nie chciałeś podejmować decyzji o transferze przed MME?
Myślałem, że po mistrzostwach szybciej uda mi się znaleźć klub, a musiały minąć dwa miesiące zanim podpisałem kontrakt z Lechią.




Zawirowań z Twoim udziałem w trakcie letniego okna transferowego było mnóstwo.
Nastawilem się na wyjazd za granicę, ale nie było jasnych deklaracji. Z kolei Lechia Gdańsk od początku wykazywała ogromne zainteresowanie moja osobą. Chcieli, abym został ich zawodnikiem jeszcze w trakcie mojej gry w Ruchu oraz gdy byłem wolnym zawodnikiem.




Okres Twojego pobytu tutaj w Gdańsku jest dobrze przepracowywany przez Ciebie, pomimo faktu, że nie łapiesz się do podstawowego składu?
Tutaj zmienił się sposób prowadzenia drużyny i jest to coś nowego dla mnie. Warto czasem zobaczyć coś innego, czy usłyszeć inne wskazówki. Takie dostawałem od Piotra Nowaka, który był świetnym środkowym pomocnikiem. Jestem tutaj dopiero od trzech miesięcy. Wiadomo, że chciałbym grać, ale w Lechii jest większa konkurencja niż w Ruchu.




Konkurencja o miejsce w składzie mocno Cię mobilizuje?

Wiem, że w tych najlepszych klubach jest zawsze. W Ruchu bardzo długo byłem podstawowym zawodnikiem i musiałem narzucać sobie presję, mobilizować się. W Gdańsku mam świadomość, że jeden gorszy mecz może mnie kosztować miejsce w składzie.
źrodło: www.sport.trojmiasto.pl

Jesteście po okazałej wygranej z Wisłą Płock, a przed przerwa reprezentacyjna wybraliście derby. To są spotkania, którymi próbujecie zamazać blamaż w meczu z Koroną Kielce?

Przedostatni mecz u siebie to porażka 5:0. Ja wszedłem przy tym wyniku więc dużo zrobić nie mogłem. Taki wynik nie może się zdarzyć. Wygranymi derbami i sobotnim meczem, ale także w kolejnymi spotkaniami chcemy poprawić swoją sytuację w tabeli. Całe szczęście, że derby były szybko po meczu z Koroną i kibice chyba zapomnieli o tej wysokiej porażce, bo przyszli po meczu i cieszyli się razem z nami.




Zlekceważyliście Koronę jako rywala, czy ona Was zwyczajnie zaskoczyła?

Mecz ułożył się w taki sposób, że to Korona strzeliła pierwszą bramkę i po niej każdy z nas zapomniał o założeniach przedmeczowych i rzucił się do odrabiania strat. W taki sposób wpadł drugi gol, trzeci i tak dalej. Koledzy z drużyny opowiadali, że po raz pierwszy grali taki mecz. Nic nam się nie udawało, a Koronie wszystko. Obym takiego meczu już nigdy doświadczył.




Atmosfera podczas derbów Pomorza różni się od tej panującej na Śląsku? Nienawiść kibiców Arki dało się odczuć w sposób szczególny?
Wcześniej grałem dwa razy w derbach z Górnikiem Zabrze i dwa razy wygraliśmy. Podczas meczu z Arką byłem na ławce, ale tą nienawiść odczułem, bo wychodząc na rozgrzewkę,  nasłuchałem się  wyzwisk. Tym piękniejsze było to, że w ostatniej minucie cały stadion nagle ucichł i to my wyjechaliśmy z Gdyni z kompletem punktów.



Na koniec czego Ci życzyć na nadchodzące dni, miesiące?

Przede wszystkim miejsca w podstawowym składzie Lechii. Moim celem są także występ w reprezentacji Polski, a wywalczyć je mogę poprzez regularną i dobrą grę w klubie. Jestem cierpliwy i oby tylko bez kontuzji, a wiem, że sobie poradzę.
Fot. Justyna Liwocha

Jest kolejny powód do radości, ale także mobilizacja do pracy. Przed wyjściem na wywiad z Patrykiem w statystykach blogach pojawiła się liczba 30 tysięcy odsłon. Może powinno ich być więcej, ale z każdym następnym wywiadem będzie rosnąć. Dziękuję Wam za każde kliknięcie i udostępnienie. Dla mnie to wielka sprawa! Pozdrawiam wszystkich Czytelników! <3