czwartek, 11 maja 2017

Wiara w siebie czyni cuda!


W ostatnich tygodniach sprawdzanie statystyk na blogu było dla mnie niezwykle ekscytujące. Czekałam na moment, w którym na ekranie pojawi się liczba 20 tyś. No i się pojawiła. Powinnam skakać, wyrywać włosy z głowy - wszystko oczywiście z radości. Przyjęłam to w sposób, który radzi filozofia stoicka - bardzo spokojnie. Postanowiłam, że napiszę z tej okazji do Was parę zdań.  Po raz pierwszy od stycznia 2016 roku macie Państwo możliwość przeczytania słów, które nie są wypowiedzią sławnego człowieka, który tym bardziej nie jest żadnym autorytetem. Będą to słowa maturzystki, chyba blogerki, ale osobiście preferuję określenie autorki bloga! Brzmi bardziej ludzko.Zapraszam serdecznie!
Fot. Justyna Czubata

Stwierdziłam, że fakt iż przekroczyłam granicę 20 tysięcy wyświetleń będzie dobrym pretekstem do podsumowań, podziękowań i ogólnych refleksji więc do dzieła.



Zacznę od podziękowań, bo jest spora grupa, której się należą. Przede wszystkim dziękuję rodzinie, czyli najwspanialszym na świecie rodzicom i rodzeństwu, najcudowniejszemu kuzynostwu rozsianemu po całej Polsce, przyjaciołom, znajomym, sąsiadom. Od początku dostawałam masę ciepłych słów, deklaracji pomocy, czy też rady. Wszystko to zaowocowało takim właśnie rezultatem. Masę pomysłów i rad jeszcze nie wykorzystałam, ale się postaram.



Podziękowania należą się także wszystkim rozmówcom, za to, że podjęli ryzyko rozmowy ze mną, czyli anonimową osóbką. Nie jestem ekspertem w żadnej dziedzinie sportu, a mimo to oni się zgadzają. Moim celem było pokazanie trochę odmiennego oblicza sportu. Podczas każdego wywiadu staram się o nietuzinkowość pytań, uczę się gdzie jest granica między dociekliwością, a byciem wścibską babą!


Jeśli ruszyłam temat pytań i wywiadów to pragnę się czymś pochwalić. Zaczynając blogować, myślałam, że zyskam tylko możliwość poszerzenia rubryki "doświadczenie" w CV oraz bardzo istotne znajomości. Nauczyłam się i zyskałam o wiele więcej, a mianowicie: pewność siebie, znajomość miast, a także miałam możliwość poznania fantastycznych ludzi właśnie podczas wywiadów, ale nie tylko. Można nawiązać fantastyczne relacje nawet w kawiarni na PKP. Porównując stres, emocje związane z pierwszymi wywiadami, a te obecne, to różnica jest kolosalna. Mam inne podejście, potrafię się śmiać z drobnych pomyłek, czy niedociągnięć. Zupełnie inaczej wygląda też przygotowanie do wywiadów, bo potrafię wyciągnąć pretekst z ligowego meczu.



Zdążyłam przeprowadzić 16 wywiadów, zwiedzić spory kawał kraju, nawet zobaczyć ligowe klasyki. Nauczyło to mnie samodzielności, otwartości i pewności siebie. Udowodniłam sobie i innym, że nie jestem żadną zacofaną laską, która nie ma się czym wykazać. Dzisiaj potrafię znacznie bardziej zawalczyć o swoje zdanie, czy włączyć się do dyskusji, na temat, którego teoretycznie znać się nie powinnam. Chyba trochę walczę ze stereotypem kobiety, blondynki, która nie wie czym jest spalony. Otóż wiem, a dodatkowo potrafię kierować samochodem i tylko czasem mylę lewą stronę z prawą. (Zazwyczaj wtedy, kiedy nie mam na ręce zegarka.) Nie ma ludzi idealnych.

                    

Usłyszałam dużo ciepłych i życzliwych słów pod swoim adresem. Nawet ostatnio usłyszałam najpiękniejszy komplement jaki mogłam tylko usłyszeć. Cytując: "Kinia, ubierasz się jak normalna, atrakcyjna dziewczyna, wyglądasz normalnie, a o piłce masz więcej do powiedzenia niż nie jeden facet - to jest niezwykłe". Musiałam trochę pomyśleć, żeby stwierdzić, że to dla mnie komplement. Kiedyś krzyczałam na tatę, że wyłącza "M jak miłość" tylko po to, by obejrzeć "jakiś" mecz. Dzisiaj znowu krzyczę, ale jak wyłącza mecz mi, po to by oglądać serial! ;)

            

Podziękowałam, podsumowałam to teraz zdradzę jakie mam plany na przyszłość. W przyszłym tygodniu mam egzaminy ustne, które spędzają mi sen z powiek. Jeśli je zdam to pójdę na studia. Wiem na co, ale nie wiem gdzie. Z pewnością wybiorę miasto, w którym sport odgrywa istotną rolę i w obrębie którego będzie wiele drużyn. Trzeba będzie zrobić kolejny krok ku karierze dziennikarza sportowego. Zanim studia, to Mistrzostwa Europy U-21. Jeden mecz obejrzę z trybun, jednak aby to było możliwe musiałam zrezygnować z wymarzonej wycieczki: Florencja, San Marino, Rapallo. Doszłam do wniosku, że wszystkie te atrakcje będą, nigdzie nie znikną, a takiej imprezy w Polsce już raczej nie będzie. Może będzie, ale będę wtedy już stara, pomarszczona i siwa, a dodatkowo z gromadą dzieci na głowie. Podejrzewam, że prędzej doczekam finału Ligi Mistrzów w Polsce, w którym zagrają zawodnicy z mojego pokolenia.

                   


Jeszcze jedno zdanie dla tych osób, którym moja działalność przeszkadza lub próbują mi wmówić, że się nie znam na sporcie: ja się dopiero rozkręcam! Obiecuję dobrze wykorzystać czekające mnie wakacje, okres studiów. Wszystko po to, abyście mogli oglądać mnie na stadionach Ekstraklasy, I ligi lub parkietach PlusLigi albo torach PGE Ekstraligi, bo o meczach Ligi Mistrzów, czy reprezentacji nawet nie marzę. Wolę być mile zaskoczona, niż niemile rozczarowana.
Fot. Justyna Liwocha


Tym zdaniem zakończę swoje rozważania na swój temat. Myślałam, że będzie krótko i zwięźle, ale za długo czekałam na tę chwilę, żeby pisać coś po łebkach. Po obszernej notce autobiograficznej z lekką nutą autoironii, chcę Was prosić, abyście dalej czytali to co uda mi się stworzyć, udostępniali, pomagali i radzili. Będę Wam za to bardzo wdzięczna!
Dziękuję za wszystko, a tym bardziej za to, że to przeczytaliście.... <3


Fot. Justyna Liwocha

Fot. Justyna Liwocha

czwartek, 27 kwietnia 2017

Na Legii Warszawa świat się nie kończy

- "Na Legii Warszawa świat się nie kończy" - właśnie takim stwierdzeniem Mateusz Wieteska podsumował swoje plany na nadchodzące miesiące. Mateusz jest zawodnikiem Legii Warszawa, obecnie przebywającym na wypożyczeniu w pierwszoligowym Chrobrym Głogów. Nie mógł zbierać doświadczenia w Ekstraklasie, za to nadrabia w Chrobrym, gdyż właśnie na Dolnym Śląsku dostał szansę gry we wszystkich kolejkach tej wiosny i strzelił 3 bramki. Co udało mu się zrobić w Chrobrym, a co było niemożliwe w rezerwach Legii Warszawa, o specyfice I ligi i oczywiście młodzieżowej reprezentacji U-20 dowiecie z poniższego wywiadu, który przeprowadziłam właśnie w Głogowie.
Zapraszam serdecznie.

źródło: www.legionisci.com


Blondynka o sporcie: Zacznę od faktów najbardziej aktualnych, czyli ostatniej porażki w meczu wyjazdowym z Sandecją Nowy Sącz. Trener Ireneusz Mamrot mówił o braku konsekwentnej gry w Waszym wykonaniu. Jak Ty byś się do tego odniósł?
Mateusz Wieteska: Przed meczem z Sandecją zagraliśmy 3 dobre spotkania, ale w sobotę przegraliśmy. Zabrakło agresywności, sytuacji pod bramką rywala, żeby strzelić, ale nie mamy od razu powodów żeby załamywać ręce, tylko patrzymy raczej z optymizmem w przyszłość.




Porażka z Sandecją przerwała właśnie Waszą passę, która pozwoliła Wam wyjść ze strefy spadkowej.

Przełomowym momentem były derby z Miedzią Legnica, które wygraliśmy. To zwycięstwo dodało nam pewności siebie i poczuliśmy, że jesteśmy dobrymi zawodnikami, którzy potrafią grać w piłkę, jak i wygrywać. Wygraliśmy 3 mecze, wyglądały one bardzo dobrze, ale tym razem przegraliśmy z liderem, jednak następnym meczu chcemy powrócić na zwycięski szlak.



Przed meczem derbowym, kiedy znaleźliście się w strefie spadkowej, poczuliście oddech rywali z drugiej ligi?
Widzieliśmy co dzieje się w tabeli, ale podchodziliśmy do tego bardzo spokojnie. Po meczu derbowym było jeszcze 11 kolejek do rozegrania, a wiemy dobrze jaka jest pierwsza liga: każdy z każdym może wygrać. Zaliczyliśmy falstart na początku rundy z drużynami, które są obok nas i tam powinniśmy wygrać. Teraz ważne są następne mecze, musimy zbierać punkty. Obecnie nie ma nas w strefie spadkowej, ale to nie oznacza, że możemy być pewni utrzymania. Musimy być jeszcze bardziej skoncentrowani, aby znaleźć się wyżej.





Zwycięstwo z Miedzią Legnica przyszło w najlepszym momencie?

Chyba nawet trochę za późno! (śmiech) Był to dobry moment, żeby zacząć wygrywać. Fajnie, że w takich okolicznościach i jeszcze efektywna bramka Mateusza Machaja z ostatnich minut meczu. Byliśmy bardzo podbudowani tym zwycięstwem i gotowi, aby rozegrać już następne mecze.



Śledząc Twoje zdobycze bramkowe w Chrobrym Głogów, czy nawet w rezerwach Legii Warszawa nie uszedł mojej uwadze fakt, iż na listę strzelców wpisujesz się zazwyczaj na wyjazdach. Nie masz problemów z rozszyfrowywaniem boisk rywali?
Zauważyłem, że u siebie nie mogę strzelić, za to na wyjazdach już tak. Chciałbym te bramki strzelać także w Głogowie, staram się konsekwentnie realizować swoje zadania przy stałych fragmentach gry. Nie wchodzę tam po to, aby wejść, ale żeby pomóc drużynie. Liczę, że wkrótce się przełamie i będę też strzelał na naszym boisku.






Niespełna rok temu przeprowadzałam wywiad z Jarkiem Jachem z Zagłębia Lubin, który przyczynił się do powrotu tej drużyny z I ligi do Ekstraklasy. Powiedział, że w I lidze są drużyny, które potrafią grać otwartą piłkę, ale gdy przychodził czas meczu z Zagłębiem Lubin, mówiąc piłkarskim żargonem "parkowali autobus". Też zauważyłeś taką tendencję?
Drużyny wiedzą, że gdy nie można meczu wygrać to należy go zremisować. Jarek bardzo dobrze powiedział, że są ekipy, które potrafią i chcą grać w piłkę, ale w niektórych meczach ustawiają się na własnej połowie i będą czekać na szansę z kontry.



Jako obrońca jesteś wiarygodnym źródłem informacji. W Chrobrym Głogów zdarza Wam się preferować remis za wszelką cenę?
Absolutnie nie chcemy "parkować autobusu", tylko kreować sytuacje i grę. W pewnym stopniu nam to wychodzi, w pewnym nie. Cały czas poprawiamy to na treningach, aby przełożyło się na mecze.



Osobiście obserwuje zmagania I ligi, głównie dzięki transmisjom w Polsat Sport, a wcześniej Orange Sport, ale ta otoczka właśnie wokół tych spotkań jest znacznie słabsza. Słusznie?
Jest lepiej niż kiedyś. W tej kwestii idzie do przodu, ale jeszcze odrobinę brakuje do Ekstraklasy, której mecze są wszystkie transmitowane, a u nas 2 z każdej kolejki. Myślę, że z każdym rokiem I liga będzie bardziej popularyzowana.




Myślisz, że na zmianę sposobu postrzegania zmagań pierwszoligowych miały wpływ postawy beniaminków w Ekstraklasie?
Zespoły, które awansowały z I ligi do Ekstraklasy faktycznie radzą sobie bardzo dobrze. Pokazuje to, że mamy w lidze drużyny, które zwyczajnie zasługują na grę w najwyższej lidze rozgrywek w Polsce.



Sandecja Nowy Sącz, Zagłębie Sosnowiec, Chojniczanka Chojnice, GKS Katowice mają  solidne papiery na grę w Ekstraklasie?
Myślę, że te kluby tak. W górnej części tabeli jest bardzo ciasno i nie wiadomo kto awansuje do Ekstraklasy, bo zespoły prezentują podobny poziom. Są też kluby, które jeszcze się przedzierają do tej czołówki więc trudno wskazać pewniaków.



Nie ma szans, żeby poznać nowe zespoły Ekstraklasy przed 3.06?
Walka będzie się toczyć do ostatniej kolejki. 



Analizując tabelę I ligi widać, że między liderem - Sandecją, a szóstym GKS-em Katowice jest 6 punktów różnicy.
W naszej lidze jest tak, że lider może przegrać z ostatnią drużyną, a pozostałe kluby bardzo zyskują na potknięciach faworytów i wszystko się wyrównuje. Pokazuje to, że I liga jest nieprzewidywalna.



Dużo zyskuje na tej nieprzewidywalności?
Myślę, że tak. W każdej kolejce jest taka niepewność, nigdy nie można przewidzieć wyników. Mecz meczowi nie równy i nigdy nie wiadomo jak kolejka się może skończyć.



Opuszczając Warszawę miałeś obawy przed wyjazdem do Głogowa - miasta na zachodzie, którego nawet dobrze na mapie nie widać?
Mieszkałem już poza domem 5 lat więc przywykłem do życia z dala od rodziny, najbliższych przyjaciół. Wzrosła tylko odległość, przez którą w okresie 3 miesięcy, które jestem w Głogowie byłem tylko 2 razy w domu. Specyfika zawodu piłkarza na tym polega, że nigdy nie wiemy gdzie nas piłka poniesie, ale zdążyłem się do tego przyzwyczaić. W Głogowie bardzo szybko się zaaklimatyzowałem, koledzy bardzo mi pomogli.



Po podjęciu decyzji o tymczasowym opuszczeniu klubu ze stolicy pomyślałeś, że szkoda wyjeżdżać z miejsca, które tworzą ludzie znający się na swojej robocie, eksperci w każdym calu?
Chrobry jest świetnie zorganizowanym klubem i jak I ligę warunki są bardzo dobre. Mamy boiska do treningów, basen, odnowę i ze wszystkiego możemy korzystać. Wiadomo, że w Legii wszystko jest na wyższym poziomie, ale tutaj także jest bardzo dobrze.
Co I liga zyskuje w związku z tym, że jest Was tak wielu młodych, wypożyczonych z czołowych klubów Ekstraklasy?
Myślę, że poziom jest podnoszony, ale dla nas to także jest bardzo pomocne i
ważne, że swoimi umiejętnościami możemy podnosić poziom tych rozgrywek. Jeżeli nie możemy łapać minut w takim klubie jak Legia, to lepiej jest ich szukać właśnie w I lidze, aniżeli w rezerwach.



Ty w Chrobrym rozgrywasz niemalże pełnowymiarowe spotkania, czego nie mogłeś robić w Legii Warszawa. Ważne jest dla Ciebie, że masz klub, w którym możesz grać pełne 90 minut?
Pełne 90 minut, na tak wysokim poziomie są dla mnie bardzo cenne, bo w rezerwach Legii Warszawa też grałem całe mecze, ale to była III liga. To nie było już to samo co tutaj. W I lidze presja jest większa, przychodzi więcej kibiców, można poczuć taką typową atmosferę meczową. Nie jest to jeszcze to samo co w Ekstraklasie, ale można się do tego przygotować.





Przejście z rezerw na zaplecze Ekstraklasy i rozpoczęcie rozgrywania pełnych, 90 minut jest pewnego rodzaju obciążeniem dla młodego organizmu?

Trochę jest, ale daje to także więcej pewności siebie w rozegraniu, kontroli nad piłką. Wszystko z meczu na mecz przychodzi łatwiej. Budujące jest także zaufanie trenera do nas.



Od czasu Twojego pobytu na Dolnym Śląsku, o jakie doświadczenia jesteś bogatszy?
Z pewnością o doświadczenia siłowe, bo I liga jest bardzo fizyczna i widzę braki, które muszę nadrobić, by mogło być lepiej. Pierwszy raz w dorosłym klubie strzeliłem 3 bramki w przeciągu 7 spotkań. To nawet w rezerwach Legii Warszawa mi się tak nie zdarzyło.


Trwający obecnie okres wypożyczenia na dzień dzisiejszy możesz zaliczyć do bardzo udanych?
Na ten moment tak.



Wcześniej byłeś na wypożyczeniu w Dolcanie Ząbki, z którego też jesteś zadowolony?
Pewne doświadczenie wywiozłem stamtąd, które zaprocentowało, bo wróciłem do Legii. Zagrałem tam niewiele, bo ponad 500 minut, ale to nie dlatego, że się nie łapałem do "18". Trzeba pamiętać, że były momenty kiedy Dolcan grał mecze, a ja jeździłem na zgrupowania reprezentacji młodzieżowej i tam chwytałem minuty. Nie było to złe wypożyczenie, mogę być zadowolony.



Nie ma nic gorszego dla młodego zawodnika jak spaść z Ekstraklasy do niższej ligi, czy pójść na wypożyczenie, ale nie grać?
Tak, można się z tym zgodzić. Idąc na wypożyczenie liczymy na regularną grę i jeżeli tego nie dostajemy, widzimy, że odstajemy od pozostałych to zapala się czerwona lampka, że coś nie gra i szybko trzeba coś zmieniać.



Chciałabym jeszcze zapytać o Legię. Początek sezonu 2014/2015 w barwach Legii Warszawa był dla Ciebie dosyć pomyślny. Debiut w meczu o Super Puchar, później gra w 1. i 6. kolejce Ekstraklasy, ale po tym były już mecze w rezerwach i drużynach juniorskich? Mógłbyś zdradzić szczegóły tej zmiany w tamtym okresie?
Cały czas miałem możliwość trenowania z pierwszym zespołem, ale gdy nie dostawałem miejsca w "18" to łapałem minuty w rezerwach, czy juniorach jak trzeba było. Fajnie, że mogłem tak szybko zadebiutować w Ekstraklasie, szkoda tylko, że nie zadomowiłem się tam na dłużej. Nie ma co jednak płakać nad rozlanym mlekiem i stąd ta decyzja o wypożyczeniach i cały czas pracuję, żeby tam wrócić.
źródło: www.katowickisport.pl

Do Ekstraklasy wróciłeś w trwającym właśnie sezonie, w meczu z Arką Gdynia, kiedy pracami zespołu kierował Besnik Hasi. Jak wspominasz współpracę z nim?

Nie mogę złego słowa powiedzieć o trenerze. Dał mi szansę gry, miałem z nim dobry kontakt, podobał mi się sposób prowadzenia treningów.





Po przyjściu Jacka Magiery nie było Ci żal, że nie możesz trenować pod jego czujnym okiem?

Z trenerem Jackiem miałem już do czynienia, kiedy prowadził rezerwy Legii. Wiedziałem jak się zachowuje, czego wymaga od zawodników. Było widać, że po jego przyjściu drużyna odżyła.



Spodziewałeś się, że występ Twoich kolegów w Lidze Mistrzów odbiją się takim echem w świecie piłki?
Szkoda, że nie mogłem zagrać, bo jest zapis mówiący o tym, że zawodnik z 1997 roku musi być nieprzerwanie 2 lata w klubie, a ja byłem wtedy na wypożyczeniu w Dolcanie i to mnie wyeliminowało. Chłopaki bardzo dobrze sobie radzili w meczach ze znanymi markami jak: Borussia, Real. Pokazali, że w żaden sposób nie odstają i potrafią grać w piłkę.




Powiedziałeś, że w Polsce potrafią grać w piłkę. Potwierdza to chyba także ostatnia wygrana w Turnieju Czterech Narodów: zwycięstwo z Niemcami, Włochami.
Tak, potwierdza to, że nie odstajemy od zawodników, którzy trenują na zachodzie. Wyniki młodzieżowych reprezentacji pokazują, że potrafimy przeciwstawić się Włochom, Niemcom. Chcemy wygrywać z najlepszymi i po to tutaj ciężko pracujemy.


Fakt, że zwycięstwo z Włochami zapewnili zawodnicy, którzy weszli z ławki, świadczy o bogactwie młodych, zdolnych piłkarzy?

Bramki w tym meczu zdobyli wchodzący z ławki i jeszcze grający w I lidze: Konrad Michalak, Karol Angielski, Grzegorz Tomasiewicz. Pokazuje to jacy zawodnicy są w tej lidze i jaką jakoś dają reprezentacji młodzieżowej. Mamy potencjał i chcemy go jak najlepiej wykorzystać.



Co się tyczy składu reprezentacji U-20, to jesteście taką mieszanką, bo macie sporo zawodników grających na wypożyczeniu w I lidze, wśród Was są także Ci, którzy stają się stopniowo topowymi zawodnikami Ekstraklasy, a także zawodnicy z klubów zagranicznych.
My na zgrupowania młodzieżowej reprezentacji jeździmy od kilku lat. Fakt, że ktoś gra w I lidze, za granicą, czy w Ekstraklasie jeszcze bardziej nas motywuje i buduje. Fajnie, że możemy trenować, podnosić swoje umiejętności korzystając z doświadczeń każdego z zawodników. We wrześniu ruszają eliminacje do Mistrzostw Europy U-21 i myślę, że mamy dobrą ekipę, świetną mieszankę, aby ten awans wywalczyć.



Na koniec, pochwal się proszę planami na najbliższy okres.
W czerwcu kończy się moje wypożyczenie w Chrobrym i nie wiem co będzie dalej. W planach jest powrót do Legii, ale nie wiem jakie plany ma wobec mnie trener Magiera. Jeśli nie będzie mnie widział w zespole, to zacznę szukać klubu, w którym będę mógł zagrać. Na Legii świat się nie kończy. W innych klubach też można dobrze grać w piłkę i próbować wybić się do klubu na zachodzi, co jest moim marzeniem od małego.





Dziękuję bardzo za rozmowę!

Dziękuję.



Pamięć czasami zawodzi stąd brak wspólnego zdjęcia z Mateuszem, ale żeby uwiarygodnić się w Państwa oczach, mam dowód, że osobiście byłam w Głogowie. Na przyszłość postaram się pamiętać o wszystkim!

środa, 8 marca 2017

Nie od wczoraj gram w piłkę nożną

Rok temu mało kto słyszał o takim zawodniku jak Jan Bednarek. Młody obrońca po tym jak dostał się do seniorskiej drużyny Lecha Poznań nie pozostał w niej długo. Kiedy Lech przygotowywał się gry w europejskich pucharach, Janek przebywał na wypożyczeniu w Górniku Łęczna, gdzie nie zawsze grał na swojej pozycji. Dzisiaj jest na językach niemalże całego środowiska piłkarskiego. O kulisach wypożyczenia, sławie i trwającej od początku rundy świetnej dyspozycji Lecha opowiedział mi dzień po półfinałowym meczu Pucharu Polski. Zapraszam do zapoznania się z treścią naszej rozmowy!


Blondynka o sporcie: Nie mogę zacząć inaczej rozmowy jak od gratulacji za nagrodę przyznaną przez tygodnik "Piłka Nożna" w kategorii "odkrycie roku". Spodziewałeś się takiego wyróżnienia?

Jan Bednarek: Dziękuję za gratulacje, ale nie zastanawiałem się nad tym specjalnie. Starałem się grać jak najlepiej potrafię i bardzo się cieszę z faktu, że ta nagroda przyszła. Jest to także zastrzyk ogromnej motywacji, aby jeszcze ciężej pracować i zdobywać znacznie więcej.



Pytałam o to, czy się spodziewałeś, bo runda wiosenna była niezwykle obfita w dobre występy młodych zawodników. Mam tu na myśli Jarka Jacha, Patryka Lipskiego, czy chociażby z Waszego podwórka Dawida Kownackiego. Twoim zdaniem młodość zacznie być tą główną siłą napędową Ekstraklasy?
Konkurencja z pewnością była bardzo duża, dlatego to wyróżnienie cieszy jeszcze bardziej. Jeśli chodzi o polską młodzież jesteśmy coraz mocniejsi. W reprezentacji młodzieżowej mamy bardzo mocną drużynę, dlatego wierzę, że osiągniemy sukces podczas Euro.

źródło: www.sportowefakty.wp.pl

Jeśli już mówimy o młodości, to powiedz, czy młodemu zawodnikowi ciężej jest utrzymać dobrą dyspozycję?
Wahania formy zawsze są, ale myślę, że jest to normalne. Pojawia się gorszy, lepszy mecz, ale zawsze trzeba szukać  złotego środka. Błędy młodemu zawodnikowi zawsze się zdarzają, jednak doświadczenie jakie się "łapie" z każdym meczem sprawia, że jest ich coraz mniej.




Jak Ty reagujesz na słabsze występy?

Spokojnie, bo jestem młody. Mam prawo mieć gorszy dzień, popełnić błąd i zawalić coś. Najważniejsze jest wyciągnąć wnioski i później już tego nie powtórzyć. Na początku są nerwy, żal do siebie, później to już tylko spokój, konsekwencje i dalej praca nad sobą.




Łatwo Ci przychodzi wyciąganie wniosków?
Tak, każdy z nas analizuje swoją grę, patrzy na błędy i próbuje je eliminować. Myślę, że taka umiejętność świadczy o rozwoju piłkarskim i osobistym. Mamy super analityków, którzy nam pokazują co moglibyśmy zrobić lepiej i dzięki temu rozwijamy się na boisku jak i poza nim.




Czym dla zawodnika mającego 17/18 lat jest wejście do seniorskiej szatni?

Myślę, że ogromnym wyróżnieniem, ale także motywacją do ciężkiej pracy. Przynajmniej tak powinno być, że młody zawodnik wchodzący do seniorskiej drużyny pracuje jeszcze ciężej, żeby udowodnić starszym, że zasługuje na miejsce w składzie i nie jest tu przypadkowo. Dzisiaj mamy  takich zawodników jak Tymek Puchacz, Miłosz Mleczko, Paweł Tomczyk, którzy właśnie tak robią. Wchodzą do drużyny, trenują ciężko i pokazują, że są w stanie dać dużo zespołowi.




Przed Twoim wejściem do szatni nogi się ugięły?

Nie, jestem otwartym człowiekiem. Wszedłem do szatni, przedstawiłem się i nie miało dla mnie znaczenia, czy był tam Krzysiu Kotorowski, Manuel Arboleda, czy ktoś z młodych zawodników.




Można powiedzieć, że Ty dwukrotnie "wchodziłeś" do zespołu. Raz po przejściu z juniorów, a następnie po powrocie z wypożyczenia. Czułeś różnicę?
Chyba tylko to, że zawodnicy byli inni. Różnicy nie było, zachowywałem się tak samo.

źródło: www.eurosport.onet.pl

Jesteś jednym z nielicznych zawodników, którzy zaprzeczyli określonej przez media zasadzie, że wypożyczenie w Lechu jest biletem w jedną stronę.
Stereotypy trzeba łamać. Mnie się udało to osiągnąć ciężką pracą. To, że idzie się na wypożyczenie i się z niego nie wraca to już prawdziwy stereotyp. Obecnie wypożyczeni są Kamil Jóźwiak, Robert Gumny, Mateusz Lis i myślę, że okrzepną, nabiorą doświadczenia w innych zespołach i wrócą do Lecha silniejsi i wywalczą pierwszy skład.




Jak Ty zareagowałeś na wiadomość o wypożyczeniu?
Nie było to dla mnie zaskoczeniem. Nikt mi nie narzucił wypożyczenia i nie zrobiłem tego wbrew sobie. To była decyzja moja, klubu i menadżerów. Przez cały ten czas czułem wsparcie klubu, nikt o mnie w Lechu nie zapomniał. Miałem kontakt z prezesami, trenerami. Wiedziałem, że we mnie wierzą, co było ogromną motywacją do tego, aby trenować i wykorzystać czas na wypożyczeniu jak najlepiej.




Jakie korzyści wywiozłeś Górnika Łęczna?
Ogrom doświadczenia i to nie tylko wtedy gdy grałem. W momentach, kiedy nie grałem musiałem rozwijać się mentalnie, czyli wmawiać sobie, że warto, czekać na tę szansę, by w sytuacji kiedy się pojawi, móc ją najlepiej wykorzystać. Pobyt w Łęcznej należałoby podzielić na 2 etapy: kiedy grałem i kiedy nie grałem. W jednym rozwinąłem się piłkarsko, a w drugim pracowałem nad psychiką.




Podczas pobytu na wypożyczeniu nie miałeś za dużo okazji do gry na swojej nominalnej pozycji. Dlaczego akurat defensywny pomocnik?

O to dlaczego grałem na tej pozycji należałoby zapytać trenera Jurijego Szatałowa. Nie narzekałem jednak, bo dla mnie najważniejsze było to, by grać. Gra na tej pozycji wyszła mi na dobre, bo miałem dużo kontaktów z piłką, ale też z przeciwnikiem. Zawsze starałem się dać to co mam najlepsze i pomóc Górnikowi.




Tyle o Górniku Łęczna, przejdźmy do Lecha. To, że trener Nenada Bjelica korzysta z odkryć kadrowych poprzednika - Jana Urbana,  nie ulega wątpliwościom. W sferze mentalnej, sposobie prowadzenia zespołu także się nic nie zmieniło?
Trochę się zmieniło, mamy inne podejście i inaczej wyglądamy mentalnie, bo rozwinęliśmy się w tym aspekcie. Jesteśmy bardzo mocni, twardo stąpamy po ziemi. Nie bujamy teraz w obłokach, bo wygraliśmy 5 meczów z rzędu nie tracąc bramki. Dalej dążymy do wyznaczonych celów jakimi są: Mistrzostwo Polski i Puchar Polski. Nie myślimy o tym co będzie drugiego maja, czy na początku czerwca. Skupiamy się na tym co będzie za kilka dni, czyli na kolejnym ligowym meczu.




Początki Twojej regularnej gry w Lechu przypadają na okres kiedy pracami zespołu kierował właśnie Jan Urban. Obawiałeś się, że zmiana trenera przyniesie ponowną absencję w grze?

Niepewność była na pewno, bo zagrałem dopiero w dwóch meczach, strzeliłem bramkę, ale znałem też swoją wartość i wiedziałem, że jestem w stanie grać w pierwszym składzie Lecha.




Z anonimowego zawodnika błyskawicznie stałeś się filarem poznańskiej defensywy. Jak uporałeś się z tą ogromną odpowiedzialnością?

Wychodzę z założenia, że nie gram w piłkę od 3 dni, ale od kilkunastu lat i nagle się nie oduczę wszystkiego. Mam spokój w głowie, otaczam się ludźmi, którzy mi pomagają, wprowadzają  równowagę w moim życiu. Wychodzę na boisko i robię to co do mnie należy w najlepszy sposób.



Dużo nauczyłeś się u boku  Paulusa Ariajuriego?

Paulus to był super obrońca i super człowiek. Pamiętam, gdy zaczynaliśmy razem grać to były jakieś "zgrzyty". On miał inne zdanie, ja miałem swoje, ale zawsze odnajdowaliśmy kompromis i dobrze to wyglądało.




Miałeś świetnie przepracowany sezon, byłeś jednym z zawodników, którzy w sparingach grali najwięcej i niefortunnie dotknęła Cię ospa. Mogłeś spokojnie oglądać mecz kolegów przed telewizorem?
Ciężko było kiedy trafiła się choroba. Byłem wściekły, ale też bezradny. Nie miałem na to żadnego wpływu, prędzej czy później musiało to nadejść. Szkoda, że przyszło w tak nieoczekiwanym momencie, bo tydzień przed ligą. Byłem gotowy na mecz z Termaliką, a musiałem na 10 dni powędrować do łóżka i się z niego nie ruszać. Bolało, ale wierzyłem w chłopaków i wiedziałem, że dadzą radę!




Decyzja trenera o wystawieniu Macieja Wilusza w Twoje miejsce była zaskoczeniem, czy raczej do przewidzenia?
Myślę, że do przewidzenia, bo Maciek jest bardzo dobrym obrońcą i zasługuje na to, żeby grać. Fajnie prezentuje się na boisku więc tylko się cieszyć, że gdy jeden nie może, drugi wchodzi i daje taką samą jakość.




Jego dobra postawa oraz fakt, że stworzyli z Nielsenem "mur nie do przejścia" spowodowały u Ciebie obawy przed powrotem na ławkę rezerwowych?

Niepokój nie, raczej radość. Najważniejsze dla mnie jest dobro drużyny, dobro Lecha Poznań. Cieszyłem się z dobrej gry chłopaków. Jest rywalizacja i to jest ważne, bo gdyby jej nie było, to nie wyglądalibyśmy tak dobrze jak teraz.




Co obecnie stanowi siłę Waszego zespołu?
Zdecydowanie zespół, fakt że jesteśmy drużyną, bo kiedy jednemu nie wyjdzie drugi jest za nim i go asekuruje.




Twoja dobra postawa na boiskach Ekstraklasy nie uszła uwadze Marcina Dorny. Czułeś, że to powołanie nadejdzie tak szybko?
Jak się ciężko pracuję, to widać efekty. Ja zagrałem dobre mecze i dostałem szansę gry w reprezentacji. Chcę być jej ważną postacią na czerwcowych Mistrzostwach Europy. Nie było to dla mnie zaskoczeniem. Dostałem powołanie i staram się także kadrze dać 100% siebie.




Mistrzostwa Europy U-21 to dla Was pewne mecze z Anglią, Słowacją i Szwecją. Po losowaniu była radość i ekscytacja, czy zawód i rozczarowanie?

Na Euro już nie ma słabych drużyn, bo jeśli kwalifikują się do takiego turnieju znaczy, że jest to już europejska czołówka. Mamy fajną grupę, wyrównaną, ale wierzę w nasz zespół. Grając u siebie jesteśmy bardzo mocni.




Po grze w jesiennych spotkaniach towarzyskich jesteś pewny miejsca chociażby w "18"?
Pewny to nikt być nie może, ale ciężka praca mnie do tego przybliży. Nie skupiam się na tym co będzie w czerwcu, ale na najbliższym meczu ligowym. Pewnym jest, że te miesiące, które pozostały do mistrzostw wykorzystamy najlepiej jak się da, żeby tam odnieść sukces.




Czego się spodziewacie po Euro?
Euforii, szaleństwa i pięknych wspomnień, bo taki jest nasz cel: zagrać super mecze i cieszyć się z tytułu Mistrza Europy.

www.laczynaspilka.pl

Głośno mówicie, że zamierzacie walczyć o złoto. Nie boicie się, że może to Was spalić?

Nie spali nas to, bo znamy swoją wartość i wytrwale na to pracujemy. Bycie prawdziwym zespołem, solidna praca przybliży nas do sukcesu.




Latem podpisałeś kontrakt do czerwca 2020, a w mediach huczy, że Mistrzostwa Europy będą dla Was trampoliną do zagranicznych lig. Ta myśl o światowej karierze pojawia się zawodnikom z tyłu głowy?
Z pewnością będzie sporo obserwatorów z wielu klubów, ale my nie możemy zaprzątać sobie tym głowy. Najpierw musimy dobrze zagrać, zrobić swoje i dopiero wtedy te oferty nadejdą. My nie możemy się na tym skupiać, bo mamy od tego swoich menadżerów, którzy nam doradzą i musimy im zaufać.




Kontrakty w zagranicznych klubach mogą być niebezpieczne dla młodego zawodnika?
Każdy chce wyjechać na zachód, grać w topowych ligach. Nie można patrzeć, czy to jest niebezpieczne. Wiemy jaka jest konkurencja za granicą i żeby walczyć o skład trzeba ciężko pracować. My nie jesteśmy gorsi od Chorwatów, Słowaków, czy chłopaków z innych państw.




Ty zdecydowałeś sprawdzić się w Polsce, Twój brat realizuje się w Holandii. Który z Was podjął słuszniejszą decyzję?
Nie wiem, nie ma przepisu na sukces. Można wybrać dwa rozwiązania i za każdym razem cieszyć się z dobrego rezultatu. Mój brat zdecydował się na wyjazd, ja postanowiłem zostać w Polsce i żaden z nas nie żałuje swojej decyzji. Oboje jesteśmy usatysfakcjonowani. Filip układa sobie życie w Holandii, ja mam fajne życie w Polsce i żaden drugiemu nie zazdrości.




Wrócę jeszcze do ligi. Wasza środowa wygrana z Pogonią Szczecin w półfinale Pucharu Polski, fenomenalne zwycięstwa w lidze zachwycają całe piłkarskie środowisko.
Jesteśmy w super dyspozycji, ale nie przyszła ona znikąd. Jest to efekt naszych starań, wysiłku na treningach. W obronie pracujemy jeden za drugiego, jesteśmy agresywni. Z przody gramy szybko piłką i mamy tego wszystkiego efekty. Robimy to co trener od nas wymaga i wyniki wcale nas nie zaskoczyły.

www.sportowefakty.wp.pl

Mówisz, że znacie swoją wartość. To co dzieje się obecnie w tabeli dodatkowo ją podnosi?
Mało kto w naszej szatni myśli o wykorzystywaniu potknięć rywali. Wiemy, że sukces nadejdzie, jeśli będziemy wygrywać. Nie ukrywam jednak, że obserwujemy tabelę, śledzimy wyniki spotkań, ale najważniejsze jest żebyśmy to my wygrywali i zdobywali punkty bez odwracania się za rywalami.





Na koniec powiedz jakie są Wasze założenia na kolejne mecze?

Dobra gra, wyrównana forma i dawanie z siebie 100% w każdym meczu. Nawet jeśli nie uda się wygrać, to schodzić z boiska ze świadomością dobrze wykonanej roboty. To są takie elementy, których obecność przyniesie nam upragnione mistrzostwo.



Dziękuję bardzo za rozmowę!
Dziękuję!


Fot. Justyna Czubata

poniedziałek, 6 lutego 2017

Tytuł wicemistrza paraolimpijskiego z Pekinu był dużym szokiem!

O Igrzyskach w Rio de Janeiro do tej pory się mówi w aspekcie pozytywnym, ale nie tylko. Kilka dni później swoje zmagania rozpoczęli paraolimpijczycy, którzy standardowo stanęli na wysokości zadania, przywożąc do Polski ogromny worek medali. Jednym z nich były 2 brązowe medale w tenisie stołowym. Zarówno jeden i drugi jest w posiadaniu Piotra Grudnia, który od 8 lat reprezentuje Polskę na Igrzyskach Paraolimpijskich.
Zapraszam do naszej rozmowy na temat osiągnięć Piotrka, jego historii z paraolimpiadami i nie tylko!



Blondynka o sporcie: Opisz swoje początki w tenisie stołowym. Jak to się stało, że wybrałeś właśnie tę dyscyplinę sportową?

Piotr Grudzień: Początki były trudne jak dla wszystkich. Ja nie lubiłem grać w tenisa stołowego. Zdecydowanie wolałem piłkę nożną, siatkówkę z moimi rówieśnikami. Tenis stołowy zostawialiśmy sobie na zimową porę kiedy nie można było grać na boisku. Później z tatą zacząłem trochę grać i stopniowo przeradzało się to w pasję. Jeździliśmy po treningach w różnych miejscowościach, znalazłem pierwszego trenera prywatnego i krok po kroku tenis stołowy podobał mi się coraz bardziej. Pojawiły się pierwsze sukcesy w tej dyscyplinie więc postawiliśmy na tenis.




Co dała Ci ta profesja w życiu?

Bardzo wiele, bo może gdyby nie tenis nie byłbym takim człowiekiem, jakim jestem teraz. Dała mi dużo pewności siebie, nauczyła samodzielności. Obecnie jest także sposobem zarabiania pieniędzy,  moją pracą i nie wyobrażam sobie już bez tego życia, bo kiedy mam dłuższą przerwę od grania, nie ma mnie długo na sali, wtedy bardzo mocno odczuwam brak tego czegoś (śmiech). Tenis stołowy po prostu stał się nieodłącznym elementem mojego życia.



Zdradzisz dlaczego wybrałeś Zielona Górę?
Przyszedłem do Zielonej Góry, zacząłem naukę w Liceum Ogólnokształcącym nr 7 przygotowując się jednocześnie do Igrzysk Paraolimpijskich w Pekinie. Przyjechałem tutaj z myślą, że jest to rozwiązanie na rok, ewentualnie na dwa i wrócę do siebie. Obecnie jestem tutaj 9. rok i nie wyobrażam sobie, że mógłbym mieszkać w innym mieście niż Zielona Góra.
 



Zamieniłeś piłkę nożną i Legię Warszawa na żużel i Falubaz.

Odnalazłem się tutaj bardzo szybko i łatwo. Mam wielu znajomych, a grupa tenisistów stołowych trzyma się zawsze razem. Jeśli chodzi o warunki do życia, to w Zielonej Górze są rewelacyjne więc polecam każdemu (śmiech). Warto zamienić duże miasto właśnie na Zieloną Górę.



Jesteś w stanie wyróżnić okres w roku, który dla tenisisty stołowego jest najtrudniejszy?
Jest wiele takich okresów, ale najtrudniejszym jest ten, kiedy wraca się po przerwach. Nie lubię przerw, długiego odpoczynku od grania.




Do wszystkich zawodów przygotowujesz się identycznie?
Tak, cały czas staram się trenować równo. Tenis jest sportem, który wymaga systematyczności, nie lubi przerw. Są turnieje do których należy się przygotowywać szczególnie. U nas to Mistrzostwa Europy, Mistrzostwa Świata i Igrzyska Paraolimpijskie. Te zawody zazwyczaj odbywają się na przełomie września i października więc my od czerwca przebywamy tylko na sali, na zgrupowaniach kadry, można powiedzieć, że całkowicie skoszarowani (śmiech).
źródło: www.paralympic.org.pl

Zmieniasz coś w swoich przygotowaniach, czy realizujesz ten sam schemat od czasu Igrzysk w Pekinie?
Zmieniłem bardzo dużo, bo nawet jeśli chodzi o moją grę w Pekinie, a w Londynie to zmieniło się bardzo wiele, bo taki jest sport. Wymaga od zawodnika nieustannego ulepszania, stawania się lepszym graczem. Świat idzie do przodu, a my nie możemy zostawać w tyle. Gdyby porównać moją grę na początku, a teraz to jest to ogromna przepaść i Piotrek z Pekinu, czy nawet z Londynu nie miałby szans z obecnym Piotrkiem.




Ile miesięcy przed startem Igrzyska Paraolimpijskie zaprzątają Wam głowę?
One zaprzątają głowę już 3 lata wcześniej (śmiech). Przyznaję szczerze, że tak jest, aczkolwiek każdy podchodzi do nich indywidualnie. Ja za miesiąc mam turniej we Włoszech i już myślami jestem tam. Wiem jak mam trenować, żeby pokazać tam w miarę optymalną formę. Póki co myślę o tym, żeby grać na Igrzyskach Paraolimpijskich w Tokio, które są w 2020 roku. Wiem, że muszę solidnie trenować, prawidłowo prowadzić organizm, aby był zdrowy, bez kontuzji, bo to są jeszcze 3 lata i wszystko w tym czasie może się zdarzyć.



Historie z Igrzyskami Paraolimpijskimi zacząłeś bardzo szybko, bo już w 2008 roku startowałeś w Pekinie i wywalczyłeś srebrny medal w singlu, mając wtedy zaledwie 17/18 lat.

Nigdy sobie nie wyobrażałem, że będąc właśnie w takim wieku sięgnę po medal Igrzysk Paraolimpijskich, po który większość zawodników pracuje całe życie. Ja pojechałem na Igrzyska Paraolimpijskie do Pekinu z dziką kartą i zdobyłem srebro, przegrywając złoto po dobrej grze z Chińczykiem. Zacząłem wcześnie, ale to dobrze, bo nabrałem doświadczenia, okrzepłem i gra mi się zdecydowanie lepiej na takich wielkich imprezach.

źródło: www.facebook.pl/Piotr Grudzień

Dla tak młodego zawodnika udział w tak prestiżowej imprezie, w towarzystwie sław światowego formatu, był dużym szokiem?
Z pewnością. Do tej pory pamiętam jak wyszedłem na pierwszy mecz, grałem wtedy z Tajwańczykiem i ręka tak strasznie mi się trzęsła, że nie potrafiłem podrzucić piłeczki. Po pierwszym secie stres trochę opadł i było dużo lepiej. Pierwsze wrażenie było trochę straszne, bo wyszedłem na ogromną halę, na której było 8 tysięcy ludzi, kamery na stole do gry i przez chwilę to chyba nawet nie wiedziałem jak się nazywam. Na szczęście później było lepiej. (śmiech)





Twoje podejście od zawodów w Pekinie, do czasu tych w Rio uległo zmianie?

Do Pekinu jechałem jako zawodnik z dala od czołówki więc na takim trochę luzie. Nie myślałem o wygraniu czegokolwiek, bo wtedy sam start w Igrzyskach Paraolimpijskich był dużym sukcesem.
Dla mnie jako 17-latka, walka o medale była wizją odległą podczas tych zawodów. Zostanie wicemistrzem paraolimpijskim było dużym szokiem. Jadąc do Rio, zdążyłem już okrzepnąć. Jechaliśmy tam bronić złotego medalu więc miałem o wiele większe poczucie pewności siebie, wiary w swoje umiejętności.




Jak świat podszedł do anonimowego 17-latka rywalizującego z najlepszymi?

Wśród sportowców niepełnosprawnych zostałem okrzyknięty maskotką polskiej reprezentacji, bo jechał taki Piotruś, będący małym krasnoludem, który jedzie na wielkie zawody, mający zamiar grać z najlepszymi (śmiech). Dla całej reprezentacji zdobycie medalu przez maskotkę było sporym szokiem.





Podczas Igrzysk Paraolimpijskich w Londynie zdobyłeś razem z Marcinem Skrzyneckim złoto w deblu. Poczułeś smak zwycięstwa na Igrzyskach i dzięki Wam rodacy mogli usłyszeć polski hymn.

To chyba najpiękniejsze co może spotkać zawodowego sportowca: zdobyć złoto olimpijskie lub paraolimpijskie, a następnie zaśpiewać hymn. Życzyłbym wszystkim takiego szczęścia. Ja tego doświadczyłem, ale ciężko te emocje opisać słowami. Fantastyczne uczucie i łezka w oku się zakręciła kiedy wybrzmiał Mazurek Dąbrowskiego. Takich momentów nie przeżywa się każdego dnia.


źródło: www.paralympic.org.pl
Zostanę na dłużej przy grze Twojej i Marcina. Oprócz tego, że gracie razem w deblu, mieliście także możliwość gry po przeciwnych stronach stołu. Mam na myśli finał Mistrzostw Polski. Jak podeszliście do tego spotkania?
Znamy się z Marcinem kilka ładnych lat, jesteśmy przyjaciółmi. Kiedy spotykamy się na zawodach to wiadomo, że każdy z nas chce wygrać, ale nie robimy tego za wszelką cenę. Tamte zawody były dla nas bardziej koleżeńskim pojedynkiem. W tenisie nie ma remisów, choć bardzo by się chciało.





Wrócę do paraolimpiady w Rio. Jaki bagaż doświadczeń wywiozłeś stamtąd?

Ogromny, bo to kolejna duża impreza w moim życiu, na której mogłem zagrać i pokazać się z dobrej strony. Udany turniej, choć wydaje mi się, że jeszcze można coś poprawić, żeby było lepiej.


Początki tego turnieju nie były dla Ciebie specjalnie udane, bo trafiłeś na Chińczyka rozstawionego z numerem 4. w rankingu. Przegrywając z nim 2:1 wierzyłeś, że losy spotkania mogą się odwrócić na Twoją korzyść?
Po losowaniu czułem, że jestem w mało komfortowej sytuacji, bo z tym Chińczykiem nie wygrałem przez ostatnie 10 lat ani razu. Po wylosowaniu go na najważniejszym turnieju nie byłem zadowolony, ale miałem świadomość, że tutaj znajdują się sami najlepsi. Przegrywając 2:1 wierzyłem w zwycięstwo, bo wiedziałem, że jestem świetnie przygotowany fizycznie jak i psychicznie. Wiele pojedynków pięciosetowych zagrałem już na paraolimpiadach. Z tym Chińczykiem wygrałem dwukrotnie w Rio, bo w pojedynku grupowym oraz w meczu o brąz.





Kiedy awansowałeś do 1/8 przeszło Ci przez głowę: "wow, może być lepiej niż w Londynie"?

Nie chciałem wybiegać myślami w przyszłość tylko koncentrować się na tym co jest tu i teraz. W ćwierćfinale wylosowałem Szweda, z którym także nigdy nie wygrałem i to on był faworytem. Zagrałem z nim bardzo dobry mecz, pełen nerwów, ale wygrałem, doszedłem do półfinału, w którym już czekał kolejny groźny zawodnik.


W tym półfinale przegrałeś minimalnie. Brąz zdobyty w Rio był dla Ciebie czymś w rodzaju nagrody pocieszenia?
Wtedy ciężko było myśleć o jakimkolwiek medalu, bo przeciwnicy byli z górnej półki. W półfinale grałem ze zwycięzcą Igrzysk Paraolimpijskich z Londynu. Mecze o brąz mają to do siebie, że medale są tylko za trzecie miejsce, za czwarte nie ma nic i zostaje z niczym. W tych meczach stres jest większy i ciężej się gra w brąz niż o złoto.


Czyli ten brąz smakował jak złoto?
Zdecydowanie. Każdy medal przy tej konkurencji smakowałby jak złoto.





Wierzysz, że Polacy staną się kiedyś taką potęgą w tenisie stołowym jak Chińczycy

Wszystko idzie u nas w dobrym kierunku. Widać to po naszych zawodnikach, którzy robią postępy, z roku na rok grają coraz lepiej. W reprezentacji mamy także wielu młodych i bardzo utytułowanych graczy. Myślę, że wszystko to jest zasługą szkolenia.






Pytałam o to już Twojego kolegę - Marcina Skrzyneckiego, ale jestem ciekawa także Twojej opinii: niepełnosprawność jest w Polsce tematem tabu?

Nie wiem, bo dla mnie nigdy nie stanowiło to tematu tabu. Nie czuję się niepełnosprawną osobą, mimo że nią jestem. Są przypadki w Polsce, gdzie osoby niepełnosprawne są dyskryminowane, ale ja osobiście nie znam takich przypadków. Czuję się normalnym zawodnikiem, który czynnie uprawia sport, a fakt iż uczestniczę w Igrzyskach Paraolimpijskich lub innych zawodach dla niepełnosprawnych to już inna kwestia. Pewnych rzeczy nie przeskoczę, choć się staram godnie rywalizować z najlepszymi, sprawnymi zawodnikami. Mój trening jest bardziej urozmaicony, różni się od treningu osoby zdrowej, ale to dlatego, że my jesteśmy bardziej narażeni na urazy, przeciążenia, kontuzje.



Na koniec powiedz co chciałbyś jeszcze osiągnąć?
Na pewno można osiągnąć jeszcze wiele, ale chciałbym, żeby ta moja gra była coraz lepsza, bo wtedy wyniki też pójdą w górę. Chciałbym rywalizować z zawodnikami zdrowymi jak równy z równym, choć troszkę mi do tego jeszcze brakuje, ale jest to do nadrobienia.


Dziękuję za rozmowę!

Dziękuję!



niedziela, 5 lutego 2017

Staram się sprostać temu co jest

Rozmowa, która powinna dać najwięcej do myślenia ludziom z tendencją do narzekania. Marcin Skrzynecki jest tenisistą stołowym, zawodnikiem klubu Start Zielona Góra, wielokrotnym medalistą Mistrzostw Świata, Europy i Igrzysk Paraolimpijskich. Jeden z tych, których boi się współczesna potęga w tenisie stołowym - Chiny.
Serdecznie zapraszam do zapisu naszej rozmowy!





Blondynka o sporcie: Urodził się Pan w Warszawie więc w jaki sposób trafił Pan do Zielonej Góry?

Marcin Skrzynecki: Zaczynałem w Warszawie i rok przed Igrzyskami Paraolimpijskimi w Londynie, czyli w 2011 roku przyjechałem tutaj do Zielonej Góry, żeby się lepiej przygotować do tej imprezy. Po roku miałem wrócić do Warszawy, ale na paraolimpiadzie zdobyliśmy złoty medal więc pomyślałem, że warto tu trenować i zostałem.




Jak wygląda Pana współpraca z zielonogórskimi klubami?
Jestem w dwóch klubach: ZKS Drzonków i Start Zielona Góra dla zawodników niepełnosprawnych. W Drzonkowie mam możliwość trenowania z tutejszymi zawodnikami, jednak nie uczestniczę w żadnej lidze, bo nie mam na to zwyczajnie czasu. Z kolei Start Zielona Góra nas wspiera, gwarantuje: rehabilitację, odnowę biologiczną, sprzęt, dzięki czemu jesteśmy dobrze przygotowani do wszystkich zawodów.




Ogólnopolskie imprezy sportowców niepełnosprawnych w Polsce cieszą się popularnością?
Wśród kibiców nie bardzo. Mamy 4 główne imprezy, jak Mistrzostwa Polski i kwalifikacje do nich, na które przyjeżdża liczna, bo 100-osobowa grupa, ale kibiców nie ma. Myślę, że jest to spowodowane brakiem reklamy, nasza dyscyplina jest mało medialna, dlatego ludzie nie przychodzą.
źródło: www.pzts.pl

A jak to wygląda poza granicami naszego kraju?
Mniej więcej jest to samo. W Azji przychodzi dużo osób, w Ameryce ludzie przychodzą też zobaczyć z ciekawości. W Europie jest bardzo różnie. Zależy to od reklamy jaką zrobią organizatorzy imprezy.




Czego wymagają od Pana przygotowania do Igrzysk Paraolimpijskich?
Przede wszystkim bardo dużo wyrzeczeń. 2 lata kwalifikujemy się na Igrzyska, a ostatni rok to już "ostre tyranie". Treningi już 2 razy dziennie, plus siłownia więc nie mamy wtedy czasu dla siebie. Przez ten ostatni rok trzeba się poświęcić. Żadnych wakacji, ani wolnego czasu.




Które z Igrzysk Paraolimpijskich: w Atenach, Pekinie, Londynie, czy w Rio były dla Pana szczególne?
Najbardziej Londyn, bo tam zdobyliśmy złoty medal, w Rio był brąz więc też było bardzo fajnie.
źródło: www.zielonagora.wyborcza.pl

Kwalifikację paraolimpijską na starty w Rio otrzymał Pan dzięki dzikiej karcie, a nie w eliminacjach. Dlaczego?
Trzeba było się kwalifikować i w rankingu naszej grupy mamy około 100 osób, a na Igrzyska kwalifikuje się grupa 18-osobowa. Ja w roku kwalifikacji wypadłem z tej 18, bo miałem poważne kontuzje ręki, później nogi. Nie grałem przez 6 miesięcy, a musiałem jeździć na zawody, ale nie zdobywałem punktów. Co prawda w końcówce roku było lepiej, ale federacja musiała wystąpić dla mnie o dziką kartę. Ciężej jest się zakwalifikować na Igrzyska przez różnego rodzaju procedury niż później wygrać coś na nich.




Znaczy, że turnieje kwalifikacyjne nie odzwierciedlają poziomu samych Igrzysk Paraolimpijskich?
Nie, po prostu u nas w grupie jest dwudziestu paru zawodników, którzy mają szanse zdobyć Mistrzostwo Europy, czy Świata, a wszystko przez to, że grupa jest bardzo wyrównana. Na Igrzyska z tej grupy może pojechać 11, bo pozostała piątka to mistrzowie kontynentu, czyli mistrz Afryki, Australii, którzy grają słabo. Oni zajmują te miejsce i jeszcze dwie dzikie karty. Jest 11 pewniaków i to jest bardzo mało. Dla przykładu mistrz paraolimpijski z Aten razem ze mną dostał dziką kartę, bo też miał problem z zakwalifikowaniem się do Rio.



Co z presją na tego rodzaju zawodach?
Teraz już jest lepiej. Najgorzej było podczas Igrzysk Paraolimpijskich w Atenach, bo to był mój pierwszy start, w Pekinie już było dużo lepiej, byłem dobrze przygotowany, ale okazało się, że za mało. Przed Igrzyskami grałem turniej, podczas którego wygrałem z Chińczykiem, a na Igrzyskach przegrałem z nim gładko 3:0, bo spaliła mnie presja. On wygrał paraolimpiadę, a ja zagrałem 2 razy i musiałem pracować 4 lata na sukces.



Z tego wynika, że tenis stołowy jest grą nerwów?

Myślę, że tak, głównie głowy. To co potrafimy zagrać na treningu nie zawsze przekłada się na mecz w 100%. Zawsze jest jakieś 70% i przewodnią rolę odgrywa głowa zawodnika. Ja na mniej prestiżowych turniejach grałem bardzo słabo, z kolei na tych głównych jak Mistrzostwa Europy, Mistrzostwa Świata, czy Igrzyska byłem pewny i tak też wygrywałem. Podczas paraolimpiady w grupie eliminacyjnej miałem dwóch faworytów do medali, rozstawionych na czwartym i szóstym miejscu w rankingu. Ja miałem numer 14 i z każdym wygrałem. Czuję się bardzo dobrze na takich zawodach. Wiele rzeczy wynika także z rutyny, doświadczenia. Udział w tylu zawodach robi swoje.




W jaki sposób pracować nad "głową zawodnika"?

Pewność siebie wynika z przygotowania, bo jeśli zawodnik trenuje bardzo solidnie i czuje tę pewność, to już duży sukces. Stres zawsze przychodzi, jest nieunikniony, ale trzeba go umiejętnie minimalizować.




W jaki sposób Pan walczy z emocjami?
Korzystam z pomocy psychologa sportowego, ale to tylko czasem. Zazwyczaj wiem jak muszę się przygotować, w jaki sposób zagrać i jak wytrzymać presję podczas gry.




Osiągnięcia sportowców niepełnosprawnych w Polsce są należycie doceniane?
Myślę, że jest coraz lepiej, bo biorąc pod uwagę fakt iż Igrzyska Paraolimpijskie z Rio de Janeiro były już transmitowane w telewizji. W porównaniu do Aten z 2004 roku, gdzie prawie nikt o nas nie wiedział, to poprawa jest widoczna. Z roku na rok mówiło się coraz więcej, ale na nic konkretnego się to nie przekładało. Była nagonka na wyniki, a po miesiącu wszystko przycichało. Myślę, że gdy ja zakończę karierę to już będzie wszystko normalnie. (śmiech)

źródło: www.pzsnstart.eu

Za granicą wygląda to podobnie?
Mam znajomych w Anglii, którzy opowiadali, że przez czas Igrzysk Paraolimpijskich w Londynie relacja trwała przez cały dzień. Nie wiem, czy podczas zawodów w Rio też tak było. W Londynie mieliśmy bardzo silny doping. W półfinale graliśmy z Brytyjczykami, którym kibicowało 3/4 hali, ale przyszło też bardzo wielu Polaków, których obecność dało się odczuć. Przyszli, bo jak twierdzą, uwielbiają takie zawody. Specjalnie brali sobie urlopy i to właśnie państwo zaraziło ich pasją do sportu niepełnosprawnych. Szkoda, że u nas jeszcze tego nie ma.




Temat niepełnosprawności dzisiaj także jest tematem tabu?
Myślę, że tak. Gdy przejedzie osoba na wózku inwalidzkim to 6 osób się od razu odwróci. Kiedy zaczęliśmy trenować tutaj w Drzonkowie to też ludzie początkowo się odwracali, dziwili się w jaki sposób można tak grać. Stopniowo zaczęli się oswajać z naszą obecnością i całkowicie im to minęło. Niedawno przyszedł do klubu kolega Igor z kadry Polski i nikt obecnie nie zwraca uwagi na to, że nie ma ręki. Trenuje jak każdy, tak samo ciężko. Po Londynie, czyli w 2013 roku była przeprowadzona ankieta: "Dlaczego niepełnosprawni są inaczej traktowani?" 70% ankietowanych odpowiedziało: "bo nie chcą się zarazić". Do dzisiaj nie wiem czego.
źródło: www.lubuskie.pl

Dla sportowców niepełnosprawnych sport jest sposobem życia, metodą walki z przeciwnościami?

Kiedyś był to sposób na zabicie czasu, żeby nie siedzieć w domu, nie załamywać się faktem bycia niepełnosprawnym i powiem szczerze, że dało nam to złoto w Londynie. Teraz w Rio byliśmy już bardziej doświadczeni, lepiej przygotowani i starczyło to tylko na brązowy medal. Okazuje się, że we wszystkich państwach powstają ośrodki, a sport nie jest już formą rehabilitacji, ale pełnym zawodowstwem. W Polsce nakłady finansowe są takie jakie są, bo w kalendarzu mamy 24 imprezy, a jedziemy tylko na 5. Jadąc na te turnieje wiemy, że musimy je wykorzystać w pełni, bo następnej okazji nie będzie. Poziom z roku na rok jest coraz wyższy więc staram się sprostać temu co jest.



Jak postrzega się polskie drużyny za granicą?
W tenisie stołowym jesteśmy bardzo silni. Powiem szczerze, że rok przed paraolimpiadą chcieliśmy pojechać na obóz do Chin, ale żaden ośrodek sportowy nie chciał nas przyjąć, bo jesteśmy na silni. W Londynie wygraliśmy finał z Chińczykami, nasza druga ekipa też wygrała z nimi. Podczas Mistrzostw Świata minimalnie przegraliśmy z reprezentacją Chin. Nasza Natalia Partyka też potrafi wygrać z Chinkami więc się nas boją. Chiny i Polska zawsze są w czołówce.




Pomyślał Pan kiedykolwiek o tym, że Pana niepełnosprawność jest przekleństwem, ogromną niesprawiedliwością?
Wiadomo, że chciałbym być zdrowy, ale widocznie tak musiało być. Wyszło tak jak wyszło. Myślałem, czy grałbym w ogóle w tenisa stołowego, gdybym był zdrowy, bo to był czysty przypadek. Zapisałem się na tenis stołowy, bo moi koledzy z podstawówki zaczęli na to chodzić. Ja wolałem pływanie, z którego zrezygnowałem, żeby móc spędzać czas z rówieśnikami, nie być innym. Okazało się, że mam rączkę do tego sportu i tak zostało. Życie potoczyło się właśnie w taki sposób i ja jestem z tego bardzo zadowolony. W przyszłości wiem, że będę całkowicie zdrowy, bo czeka mnie operacja, ale korzystam z dobrodziejstw kariery sportowej póki mogę.
źródło: www.paralympic.org.pl

Wydawać by się mogło, że ma Pan prawo do tego, żeby siedzieć i narzekać, tymczasem wziął Pan się za siebie, ciężko trenuje, zdobywa medale i dodatkowo studiuje Pan wychowanie fizyczne na Uniwersytecie Zielonogórskim.

Te studia to trochę ciężko mi idą(śmiech), ale to z powodu licznych wyjazdów. Dodatkowo w pierwszym roku miałem dużo testów sprawnościowych. Później przeszedłem na tryb zaoczny, bo nie mogłem trenować, ale też nie zawsze mogłem być na zajęciach w weekendy. W zeszłym roku miałem się bronić, ale tego nie zrobiłem, bo pojechałem do Rio, musiałem się też przygotowywać. W tym roku zamierzam to zrobić.




Rodzina mocno Pana wspiera?
Na tym wszystkim najbardziej cierpi ona. Mam dwie małe córki: dwuletnią i pięcioletnią i często pytają "kiedy wrócę?" Tłumaczę im, że to jest moja praca. Mama idzie do pracy i robi to co musi, a jestem w domu, ale muszę niedługo wyjechać. Dobrze, że wszyscy to akceptują. Rodzina jest ogromnym wsparciem, w szczególności w sytuacji kontuzji, problemów zdrowotnych. My jesteśmy bardziej na nie narażeni, bo zdrowi zawodnicy nie wiedzą co to jest ból kręgosłupa. Po treningu są po prostu trochę zmęczeni, a u nas to dłużej to zostaje w kościach. (śmiech) Ciężki jest okres kontuzji, a następnie powrotu na treningi, nadrabianie zaległości i wtedy wsparcie rodziny jest nieocenione.




Ciężko jest pogodzić wszystkie Pana obowiązki?
Organizacyjnie tak, bo mając tyle na głowie, nie mogę wszędzie dawać z siebie 100%. Muszę czasem z czegoś rezygnować. Jeśli naukę mogę przełożyć naukę o pół roku, to robię to. Prawda jest taka, że mógłbym mieć już obronę, tytuł, ale mogłem nie być w Rio. Coś za coś. Kariera i rodzina są najważniejsze, a potem nauka. Chcę ukończyć studia. Jestem ambitny sportowo, ale zależy mi także na wykształceniu.




Na koniec proszę powiedzieć, odczuwa Pan dyskomfort związany ze swoją niepełnosprawnością?
Ja się całkowicie pogodziłem z tym jak jest, żyję sobie tak jak żyję. Wiadomo, że w szkole dużo osób wytykało, ale wiem co oni teraz robią. Są całkowicie sprawni, a pracują za małe pieniądze. Ludzie, którzy po prostu chcą się dowartościować często szykanują, wyśmiewają. Tak niestety jest u nas w kraju. Zamiast pochwalić, docenić, że radzimy sobie pomimo wszystkich przeciwności to tylko krytykują.



Dobrze, dziękuję bardzo za rozmowę!

Dziękuję!



Ogromne podziękowania dla Huberta, który zadbał o całą organizację za mnie i pomagał w przygotowaniach!








czwartek, 5 stycznia 2017

Ludzie w Polsce uwielbiają siatkówkę!

Nie od dzisiaj wiadomo, że polska siatkówka jest bardzo szanowana na świecie. Sukcesy polskiej reprezentacji, polskich klubów sprawiają, że do Polski przyjeżdżają bardzo utalentowani zawodnicy. Jednym z nich jest Igor Grobelny - przyjmujący Cuprumu Lubin, który porzucił karierę w Belgii, aby reprezentować polskie kluby i oczekiwać na powołanie do reprezentacji Polski.
Zapraszam do zapoznania się z treścią naszej rozmowy!




Blondynka o sporcie: Na początku wyjaśnij proszę, dlaczego wychowałeś się i grałeś w Belgii?

Igor Grobelny: Mój tata grał w siatkówkę i dostał akurat dobry kontrakt właśnie w Belgii. Z Polski wyjechaliśmy, gdy miałem 4 lata. Początkowo miały to być tylko 2 lata w belgijskiej lidze, ale z czasem pojawiły się kolejne oferty dla taty i w ten sposób spędziłem 17 lat w Belgii.




Skoro pierwsze siatkarskie kroki stawiałeś właśnie w Belgii, to jak one wyglądały i co stamtąd wyniosłeś?
Tata zaraził mnie siatkówką, zabrał na pierwszy trening. W Belgii ten sport nie jest szczególnie popularny. Nauczyłem się tam przede wszystkim podstaw i bardzo się cieszę, że mogłem przez rok grać w najwyższej lidze belgijskiej, ale znacznie więcej nauczyłem się w Polsce. Poziom tutaj jest znacznie wyższy




Jest coś co wyróżnia belgijską siatkówkę?
Raczej nie. Tak jak wspomniałem wcześniej siatkówka w Belgii nie cieszy się dużą popularnością. Nie jest to grecka siatkówka, którą posiada specyficznych kibiców i doping, ani polska, która stoi na bardzo wysokim poziomie.




Mając doświadczenie zarówno w lidze belgijskiej jak i w polskiej, jesteś w stanie wskazać różnice między nimi?
W Polsce wszystko jest lepiej zorganizowane pod względem sprzętowym, czy też dbania o zawodników. W Belgii źle nie było, jednakże w Polsce panuje zdecydowanie większy profesjonalizm. Polscy kibice zupełnie inaczej reagują na spotkanych siatkarzy. Nie trzeba być specjalnie zorientowanym w siatkówce, żeby rozpoznać czołowych zawodników. W Belgii siatkarze są bardziej anonimowi.




Z belgijskim zespołem ( VC Euphony Asse-Lennik) w sezonie 2013/2014 zdobyłeś 4. miejsce w kraju. Opowiedz o swoich występach w tamtejszej lidze?
Ciężko było (śmiech). Przez rok zrobiłem ogromny krok naprzód, bo mając lat 16-17 grałem w IV lidze i nagle przyszła propozycja gry w tej najlepszej. Był to szok psychiczny, ale przede wszystkim fizyczny. Niełatwo było przyzwyczaić się z 3-4 treningów tygodniowo do codziennego wysiłku i to nawet 2 razy dziennie. Miałem też możliwość gry z zawodnikami dużo bardziej doświadczonymi, co także nie było do końca proste. Musiałem dużo więcej pracować na siłowni, choć do dzisiaj efekty są słabe (śmiech), ale zmierzam w dobrym kierunku.




Pomimo takiego sukcesu w Belgii postanowiłeś przyjechać do Polski. Dlaczego?
Od małego marzyłem, żeby grać w Polsce. Dostałem super ofertę gry w Radomiu, więc decyzja dla mnie była prawie oczywista. W Belgii wszystko układało się rewelacyjnie, ale byłem tam już 17 lat i bardzo ciągnęło mnie do Polski.




Decyzja o wyjeździe z Belgii była dla Ciebie łatwa?
Tak, błyskawicznie podjąłem decyzję, bo już na drugi dzień oznajmiłem rodzicom, że wyjeżdżam i nic mnie w Belgii nie zatrzyma. Próbowali mnie jeszcze przekonać, ale wiedzieli jak bardzo mi zależy.




Dużo mówiło się o Twoim powołaniu do reprezentacji belgijskiej. Dostałeś taką propozycję, czy nie?
Tak i nie, ponieważ był problem z moją narodowością, bo w Belgii traktowano mnie jak obcokrajowca. Zmieniło się to dopiero po otrzymaniu belgijskiego paszportu, tamtejszej licencji. Zaczęto traktować mnie jak Belga, ale było już za późno na grę w młodzieżowej reprezentacji i za wcześnie na kadrę seniorską. Nie byłem na nią gotowy fizycznie przede wszystkim. Po dwóch latach pobytu w Polsce dostałem jednak zaproszenie na zgrupowanie II reprezentacji, która przygotowywała się na młodzieżowe Igrzyska Olimpijskie w Baku. Odmówiłem, bo wiedziałem, że jeden występ w kadrze belgijskiej przekreśli moje szanse na grę w polskiej lidze i polskiej reprezentacji.

źródło: www.facebook.pl\ Cuprum Lubin
Urodziłeś się w Radomiu i pierwsza oferta gry przyszła właśnie z tamtejszego klubu - Czarni Radom. Przyznasz, że dość dziwny zbieg okoliczności.
Tak, zdecydowanie. Śmieszne uczucie, że pierwsza propozycja z Polski przyszła właśnie z mojego rodzinnego miasta. Przyznam jednak, że pierwszy rok aklimatyzacji nie należał do prostych. Przez 17 lat mojej nieobecności wiele się zmieniło.




Jeśli już mowa o Radomiu, to jestem bardzo ciekawa jak układała się Twoja współpraca z radomskimi szkoleniowcami?
Jestem bardzo zadowolony ze współpracy z nimi. Ciężko mi się jednak wypowiedzieć, bo w Belgii miałem tylko jednego profesjonalnego trenera i nie mam dużego porównania. W Polsce pierwszym trenerem był Robert Prygiel, ale Raul Lozano był pierwszym zagranicznym szkoleniowcem. Każdy z nich miał inną szkołę, inne metody, ale cieszy mnie możliwość czerpania z doświadczenia ich obu i bardzo to sobie chwalę.




Co Ciebie zaskoczyło w polskiej lidze?
Na pewno profesjonalizm w każdym aspekcie, ale także sam fakt, że tak dużo się dzieje wokół zawodnika. Ogromna ilość fanów i próśb o autografy były dla mnie sporym zaskoczeniem. W Belgii tego nie doświadczyłem na taką skalę. Zobaczyłem jak ludzie uwielbiają siatkówkę w Polsce.




Miałeś problemy z aklimatyzacją w zespole, czy w samym Radomiu?
Kłopot był chyba tylko z językiem, bo mój akcent belgijski, nieznajomość niektórych słów, terminów utrudniały mi trochę funkcjonowanie, ciężko było się szybko dogadać, ale po 2-3 miesiącach wszystko zostało ustabilizowane.




W Radomiu nie miałeś za wiele okazji, aby wykazać się na boisku. Czy to właśnie brak regularnych występów w Czarnych Radom zadecydował o Twoim odejściu?

Tak, ale oprócz tego chciałem spróbować czegoś nowego, zobaczyć jak to wygląda w innych klubach. Miałem świadomość tego kto w Radomiu zostaje, kto przyjdzie i wiedziałem, że walka o miejsce w podstawowej "6" będzie trudna.

źródło: www.facebook.pl/ Cuprum Lubin

Nie pomyślałeś, żeby zostać w Radomiu i w obliczu przebudowy zespołu spróbować zawalczyć o miejsce w składzie?
Myślałem trochę o tym, ale po rozmowach z trenerami doszedłem do wniosku, że korzystniej będzie poszukać innego klubu.




Jak wiele ofert z polskich klubów wpłynęło do Ciebie?
Dużo to nie. Sporym problemem był fakt, że mam belgijski paszport i możliwości transferowe były mocno ograniczone, bo kluby miały już swoich zawodników z zagranicy. Musiałem szukać w klubu, który stawia na polskich siatkarzy lub ma wyjątkowo mało cudzoziemców. Więcej tych propozycji pojawiało się jednak z zagranicznych klubów.




Zdecydowałeś się na Cuprum Lubin. Jak oceniasz współpracę z członkami tego zespołu?
Jestem bardzo zadowolony i nie mówię tego tylko na potrzeby wywiadu (śmiech). Cuprum bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Gianni (Gheorghe Cretu) świetnie skompletował drużynę i ma też wyjątkowe podejście. W jednej z naszych rozmów powiedział mi, że nie potrzebuje indywidualistów. Dzięki temu każdy z zawodników wie, że trenuje, gra, zdobywa punkty dla całego zespołu. Zaskoczyła mnie także pomoc od kolegów z drużyny, bo przychodząc do Lubina byłem świeżo po kontuzji, nie miałem możliwości gry, ani treningu siłowego przez okres wakacji. Początki były trudne i przez to bardzo stresujące, ale okazało się, że niepotrzebnie. Z czasem wszystko się ułożyło.




Dlaczego akurat Cuprum Lubin?

Mocnym argumentem, który wpłynął na podjęcie właśnie takiej decyzji była praca tutejszego trenera. O Giannim bardzo dużo słyszałem, grając jeszcze w Radomiu . Słynie z pracy z zawodnikami, wyjątkowego podejścia i czasu jaki poświęca dla wszystkich. Dla niego nie ma różnicy, czy się gra w podstawowym składzie, czy jest się rezerwowym. Każdy z nas musi ciężko pracować. Ma także ogromną wiedzę o siatkówce, dlatego też kiedy przyjmowałem swoje pierwsze piłki tutaj, miałem wrażenie jakbym był nowicjuszem "świeżakiem". Dopiero z czasem zacząłem poznawać nowe techniki.

źródło: www.sportowefakty.wp.pl

Można przez to rozumieć, że z Belgii przyjechałeś z "małymi brakami"?

Można tak powiedzieć. Nie zdołałem się wszystkiego nauczyć w rok, kiedy grałem w najwyższej lidze belgijskiej. Nie wywiozłem z Belgii dużego doświadczenia, ale też poziom siatkówki w Polsce jest inny, dużo wyższy. Musiałem nadrobić wiele rzeczy, ale także przyswajać nowości.




Myślisz, że w Lubinie znajdziesz to czego zabrakło w Radomiu, czyli szanse na grę?
Miejmy nadzieję, że tak. Sezon jest długi i myślę, że jedna "6" nie jest w stanie utrzymać świetnej dyspozycji przez całe rozgrywki. Oczywiście, życzę chłopakom jak najlepiej. Trener nie wywiera na mnie jak i na innych młodych zawodników jakieś presji, nie stawia nas pod ścianą. Cierpliwie czekam na swoją szansę.


Uważasz, że Cuprum Lubin może być lub już jest dobrym miejscem dla Twojego rozwoju?

Tak, w stu procentach.




Spodziewaliście się tak świetnego początku sezonu?

Nikt chyba nie planuje tak dobrego wejścia w sezon. U nas nic tego nie zapowiadało, tym bardziej, że nie przepracowaliśmy za dobrze sezonu przygotowawczego. Na treningach było nas tylko dziewięciu, ja byłem jedynym przyjmującym. W trakcie spotkań sparingowych sztab miał do dyspozycji praktycznie tylko jedną "6" i nie miało znaczenia, czy się gra dobrze, czy źle. Trzeba było grać. Po powrocie z kadry Grzegorza Łomacza i Estończyków (Roberta Tähta i Keitha Puparta) tydzień przed rozpoczęciem sezonu wszystko zaczęło wracać do normy.




Powrócę do waszego spotkania z początku sezonu z Asseco Resovią, który wygraliście, a Ty w dużej mierze się do tego przyczyniłeś. Wierzyliście, że uda Wam się pokonać wicelidera PlusLigi?
Nie, losy spotkania były dla nas tak samo sporym zaskoczeniem jak i dla kibiców, czy całego środowiska siatkarskiego. Naszym dużym atutem był fakt, że gramy u siebie. W naszej hali rozgrywamy naprawdę dobre mecze.

źródło: www.ks.cuprum.pl

W tym meczu wykorzystaliście wszystkie błędy rzeszowian. Taki był Wasz plan, czy wszystko wyszło w trakcie spotkania?
Przed meczem trener zwrócił nam uwagę na charakterystyczne zagrania drużyny z Rzeszowa. Przygotował nas do tego meczu zarówno mentalnie jak i fizycznie. Dobrze wiedzieliśmy, czego się spodziewać.




Po szczęśliwym meczu z Resovią przyszła pechowa porażka z Treflem Sopot, bo początek zapowiadał się fenomenalnie, ale końcówka nie była już ciekawa z Waszej strony.
Do dzisiaj trochę wspominamy ten mecz, choć dawno powinnyśmy go wymazać z pamięci. Przegraliśmy na własne życzenie.




Cuprum zrobił w PlusLidze ogromną niespodziankę. Wcześniej występował na jej zapleczu, po awansie wiodło się ze zmiennym szczęściem, a dzisiaj uchodzi za prestiżowy klub. Twoim zdaniem skąd taki progres?
Myślę, że praca trenera zaczęła dawać owoce, ale także ciężka praca. Nasz trener nie toleruje lenistwa, oczekuje od każdego 100%, a czasem bywa, że i to go nie zadowala i trzeba dawać 150%. Czasem te treningi są tak ciężkie, że po powrocie idzie się od razu spać, a rano i tak to zmęczenie jest nadal odczuwalne.




Zdobycie Mistrzostwa Polski i gra w europejskich pucharach - dla Was póki co marzenie bardzo odległe, czy coś co może być na wyciągnięcie ręki?
Nie czujemy z żadnej strony jakiegoś ogromnego nacisku na to. Każdy z zawodników czuje, kiedy to jest możliwe i teraz mamy świadomość, że do tej ścisłej czołówki wiele nam nie brakuje. Między innymi meczem z Resovią pokazaliśmy, że można zawalczyć z każdym. Nie ma w naszej lidze żadnego klubu giganta.

źródło: www.facebook.pl\ Cuprum Lubin


Przed rozmową z Tobą prześledziłam Twoje sukcesy w siatkówce, ale także pozostałych członków Twojej rodziny. Można powiedzieć, że u Grobelnych siatkówka jest dziedziczna?
W naszym przypadku tak właśnie wyszło (śmiech). Wszystko się zawsze kręciło wokół siatkówki, bo chodziliśmy na mecze taty, czekaliśmy na powrót taty z treningu. Ja od razu byłem za siatkówką, ale miałem krótkotrwały kryzys. Próbowałem piłki nożnej, koszykówki, ale z czasem rodzice pomogli mi wrócić na właściwe tory. Kaja z kolei w ogóle nie lubiła siatkówki, zawsze wolała ją obchodzić szerokim łukiem. Lubiła gimnastykę i kiedyś tak spontanicznie zechciała poodbijać ze mną i z tatą, ale nic kompletnie jej nie wychodziło. Tata jej powiedział wprost, żeby dała sobie spokój, bo z niej siatkarki nie będzie! (śmiech) Wkurzyła się, zawzięła i ze swoim uporem doszła do tego miejsca, w którym jest, czyli też w Polsce.




Twoja siostra zdecydowała się na grę w reprezentacji belgijskiej. Nie chciała poczekać na szansę z Polski?
Z Kają było trochę inaczej, bo u niej bardzo szybko dało się dostrzec predyspozycje siatkarskie. Poszła do szkoły siatkarskiej, procedura przyznania paszportu też była szybsza i łatwiejsza. Chciałaby grać w kadrze Polski, ale też jest bardzo zadowolona z faktu reprezentowania Belgii.




Klub jednak wybrała w Polsce.
Tak, bo ją tak samo jak mnie ciągnęło do Polski. Gdy ja zaczynałem grać w Polsce, ona grała jeszcze w Belgii. Po moich opowieściach zawsze była wściekła i bardzo mi zazdrościła. Skoro nie mogła grać dla kadry polskiej, to pogra w polskim klubie.




Jako siatkarskie rodzeństwo wymieniacie się uwagami?
Oczywiście, staramy się być na bieżąco. Zawsze po meczu Kai trzeba sprawdzić jaki był wynik i jak jej szło. Wtedy wiadomo - dzwonić, czy nie dzwonić (śmiech). Po zwycięstwach dzwonię od razu, a po porażkach lepiej odczekać.




Na koniec chciałabym zapytać o Mistrzostwa Europy 2017, które będą odbywać się właśnie u nas. Serbia, Estonia i Finlandia. Jak to losowanie wygląda z fachowego punktu widzenia?

U nas w klubie mamy dwóch Estończyków, mamy Grzegorza Łomacza i po losowaniu już się śmiali, dogadywali sobie, żeby lepiej uważać na treningach.(śmiech) Patrząc obiektywnie to Serbia będzie niezwykle trudnym rywalem, bo jest nieprzewidywalna, a pozostałe zespoły, teoretycznie powinny być łatwiejsze, ale sport to jednak sport.


Dziękuję bardzo za rozmowę!
Ja także dziękuję!


Historia powyższego wywiadu jest długa, ale także zabawna. Nim trafił do Was przeszedł bardzo wiele, a ja razem z nim! Od czasu mojej rozmowy z Igorem wiele się zmieniło. Przyjmujący lubińskiego Cuprumu dostał szansę w meczu z Indykpol AZS Olsztyn i BBTS Bielsko-Biała i zaprezentował się bardzo dobrze.

Jako, że jest to pierwszy wywiad w 2017 roku, życzę wszystkim Czytelnikom wszelkiej pomyślności, zdrowia i radości! Dziękuję za pochwały, rady i ogólne wsparcie!
Fot. Justyna Czubata