środa, 8 marca 2017

Nie od wczoraj gram w piłkę nożną

Rok temu mało kto słyszał o takim zawodniku jak Jan Bednarek. Młody obrońca po tym jak dostał się do seniorskiej drużyny Lecha Poznań nie pozostał w niej długo. Kiedy Lech przygotowywał się gry w europejskich pucharach, Janek przebywał na wypożyczeniu w Górniku Łęczna, gdzie nie zawsze grał na swojej pozycji. Dzisiaj jest na językach niemalże całego środowiska piłkarskiego. O kulisach wypożyczenia, sławie i trwającej od początku rundy świetnej dyspozycji Lecha opowiedział mi dzień po półfinałowym meczu Pucharu Polski. Zapraszam do zapoznania się z treścią naszej rozmowy!


Blondynka o sporcie: Nie mogę zacząć inaczej rozmowy jak od gratulacji za nagrodę przyznaną przez tygodnik "Piłka Nożna" w kategorii "odkrycie roku". Spodziewałeś się takiego wyróżnienia?

Jan Bednarek: Dziękuję za gratulacje, ale nie zastanawiałem się nad tym specjalnie. Starałem się grać jak najlepiej potrafię i bardzo się cieszę z faktu, że ta nagroda przyszła. Jest to także zastrzyk ogromnej motywacji, aby jeszcze ciężej pracować i zdobywać znacznie więcej.



Pytałam o to, czy się spodziewałeś, bo runda wiosenna była niezwykle obfita w dobre występy młodych zawodników. Mam tu na myśli Jarka Jacha, Patryka Lipskiego, czy chociażby z Waszego podwórka Dawida Kownackiego. Twoim zdaniem młodość zacznie być tą główną siłą napędową Ekstraklasy?
Konkurencja z pewnością była bardzo duża, dlatego to wyróżnienie cieszy jeszcze bardziej. Jeśli chodzi o polską młodzież jesteśmy coraz mocniejsi. W reprezentacji młodzieżowej mamy bardzo mocną drużynę, dlatego wierzę, że osiągniemy sukces podczas Euro.

źródło: www.sportowefakty.wp.pl

Jeśli już mówimy o młodości, to powiedz, czy młodemu zawodnikowi ciężej jest utrzymać dobrą dyspozycję?
Wahania formy zawsze są, ale myślę, że jest to normalne. Pojawia się gorszy, lepszy mecz, ale zawsze trzeba szukać  złotego środka. Błędy młodemu zawodnikowi zawsze się zdarzają, jednak doświadczenie jakie się "łapie" z każdym meczem sprawia, że jest ich coraz mniej.




Jak Ty reagujesz na słabsze występy?

Spokojnie, bo jestem młody. Mam prawo mieć gorszy dzień, popełnić błąd i zawalić coś. Najważniejsze jest wyciągnąć wnioski i później już tego nie powtórzyć. Na początku są nerwy, żal do siebie, później to już tylko spokój, konsekwencje i dalej praca nad sobą.




Łatwo Ci przychodzi wyciąganie wniosków?
Tak, każdy z nas analizuje swoją grę, patrzy na błędy i próbuje je eliminować. Myślę, że taka umiejętność świadczy o rozwoju piłkarskim i osobistym. Mamy super analityków, którzy nam pokazują co moglibyśmy zrobić lepiej i dzięki temu rozwijamy się na boisku jak i poza nim.




Czym dla zawodnika mającego 17/18 lat jest wejście do seniorskiej szatni?

Myślę, że ogromnym wyróżnieniem, ale także motywacją do ciężkiej pracy. Przynajmniej tak powinno być, że młody zawodnik wchodzący do seniorskiej drużyny pracuje jeszcze ciężej, żeby udowodnić starszym, że zasługuje na miejsce w składzie i nie jest tu przypadkowo. Dzisiaj mamy  takich zawodników jak Tymek Puchacz, Miłosz Mleczko, Paweł Tomczyk, którzy właśnie tak robią. Wchodzą do drużyny, trenują ciężko i pokazują, że są w stanie dać dużo zespołowi.




Przed Twoim wejściem do szatni nogi się ugięły?

Nie, jestem otwartym człowiekiem. Wszedłem do szatni, przedstawiłem się i nie miało dla mnie znaczenia, czy był tam Krzysiu Kotorowski, Manuel Arboleda, czy ktoś z młodych zawodników.




Można powiedzieć, że Ty dwukrotnie "wchodziłeś" do zespołu. Raz po przejściu z juniorów, a następnie po powrocie z wypożyczenia. Czułeś różnicę?
Chyba tylko to, że zawodnicy byli inni. Różnicy nie było, zachowywałem się tak samo.

źródło: www.eurosport.onet.pl

Jesteś jednym z nielicznych zawodników, którzy zaprzeczyli określonej przez media zasadzie, że wypożyczenie w Lechu jest biletem w jedną stronę.
Stereotypy trzeba łamać. Mnie się udało to osiągnąć ciężką pracą. To, że idzie się na wypożyczenie i się z niego nie wraca to już prawdziwy stereotyp. Obecnie wypożyczeni są Kamil Jóźwiak, Robert Gumny, Mateusz Lis i myślę, że okrzepną, nabiorą doświadczenia w innych zespołach i wrócą do Lecha silniejsi i wywalczą pierwszy skład.




Jak Ty zareagowałeś na wiadomość o wypożyczeniu?
Nie było to dla mnie zaskoczeniem. Nikt mi nie narzucił wypożyczenia i nie zrobiłem tego wbrew sobie. To była decyzja moja, klubu i menadżerów. Przez cały ten czas czułem wsparcie klubu, nikt o mnie w Lechu nie zapomniał. Miałem kontakt z prezesami, trenerami. Wiedziałem, że we mnie wierzą, co było ogromną motywacją do tego, aby trenować i wykorzystać czas na wypożyczeniu jak najlepiej.




Jakie korzyści wywiozłeś Górnika Łęczna?
Ogrom doświadczenia i to nie tylko wtedy gdy grałem. W momentach, kiedy nie grałem musiałem rozwijać się mentalnie, czyli wmawiać sobie, że warto, czekać na tę szansę, by w sytuacji kiedy się pojawi, móc ją najlepiej wykorzystać. Pobyt w Łęcznej należałoby podzielić na 2 etapy: kiedy grałem i kiedy nie grałem. W jednym rozwinąłem się piłkarsko, a w drugim pracowałem nad psychiką.




Podczas pobytu na wypożyczeniu nie miałeś za dużo okazji do gry na swojej nominalnej pozycji. Dlaczego akurat defensywny pomocnik?

O to dlaczego grałem na tej pozycji należałoby zapytać trenera Jurijego Szatałowa. Nie narzekałem jednak, bo dla mnie najważniejsze było to, by grać. Gra na tej pozycji wyszła mi na dobre, bo miałem dużo kontaktów z piłką, ale też z przeciwnikiem. Zawsze starałem się dać to co mam najlepsze i pomóc Górnikowi.




Tyle o Górniku Łęczna, przejdźmy do Lecha. To, że trener Nenada Bjelica korzysta z odkryć kadrowych poprzednika - Jana Urbana,  nie ulega wątpliwościom. W sferze mentalnej, sposobie prowadzenia zespołu także się nic nie zmieniło?
Trochę się zmieniło, mamy inne podejście i inaczej wyglądamy mentalnie, bo rozwinęliśmy się w tym aspekcie. Jesteśmy bardzo mocni, twardo stąpamy po ziemi. Nie bujamy teraz w obłokach, bo wygraliśmy 5 meczów z rzędu nie tracąc bramki. Dalej dążymy do wyznaczonych celów jakimi są: Mistrzostwo Polski i Puchar Polski. Nie myślimy o tym co będzie drugiego maja, czy na początku czerwca. Skupiamy się na tym co będzie za kilka dni, czyli na kolejnym ligowym meczu.




Początki Twojej regularnej gry w Lechu przypadają na okres kiedy pracami zespołu kierował właśnie Jan Urban. Obawiałeś się, że zmiana trenera przyniesie ponowną absencję w grze?

Niepewność była na pewno, bo zagrałem dopiero w dwóch meczach, strzeliłem bramkę, ale znałem też swoją wartość i wiedziałem, że jestem w stanie grać w pierwszym składzie Lecha.




Z anonimowego zawodnika błyskawicznie stałeś się filarem poznańskiej defensywy. Jak uporałeś się z tą ogromną odpowiedzialnością?

Wychodzę z założenia, że nie gram w piłkę od 3 dni, ale od kilkunastu lat i nagle się nie oduczę wszystkiego. Mam spokój w głowie, otaczam się ludźmi, którzy mi pomagają, wprowadzają  równowagę w moim życiu. Wychodzę na boisko i robię to co do mnie należy w najlepszy sposób.



Dużo nauczyłeś się u boku  Paulusa Ariajuriego?

Paulus to był super obrońca i super człowiek. Pamiętam, gdy zaczynaliśmy razem grać to były jakieś "zgrzyty". On miał inne zdanie, ja miałem swoje, ale zawsze odnajdowaliśmy kompromis i dobrze to wyglądało.




Miałeś świetnie przepracowany sezon, byłeś jednym z zawodników, którzy w sparingach grali najwięcej i niefortunnie dotknęła Cię ospa. Mogłeś spokojnie oglądać mecz kolegów przed telewizorem?
Ciężko było kiedy trafiła się choroba. Byłem wściekły, ale też bezradny. Nie miałem na to żadnego wpływu, prędzej czy później musiało to nadejść. Szkoda, że przyszło w tak nieoczekiwanym momencie, bo tydzień przed ligą. Byłem gotowy na mecz z Termaliką, a musiałem na 10 dni powędrować do łóżka i się z niego nie ruszać. Bolało, ale wierzyłem w chłopaków i wiedziałem, że dadzą radę!




Decyzja trenera o wystawieniu Macieja Wilusza w Twoje miejsce była zaskoczeniem, czy raczej do przewidzenia?
Myślę, że do przewidzenia, bo Maciek jest bardzo dobrym obrońcą i zasługuje na to, żeby grać. Fajnie prezentuje się na boisku więc tylko się cieszyć, że gdy jeden nie może, drugi wchodzi i daje taką samą jakość.




Jego dobra postawa oraz fakt, że stworzyli z Nielsenem "mur nie do przejścia" spowodowały u Ciebie obawy przed powrotem na ławkę rezerwowych?

Niepokój nie, raczej radość. Najważniejsze dla mnie jest dobro drużyny, dobro Lecha Poznań. Cieszyłem się z dobrej gry chłopaków. Jest rywalizacja i to jest ważne, bo gdyby jej nie było, to nie wyglądalibyśmy tak dobrze jak teraz.




Co obecnie stanowi siłę Waszego zespołu?
Zdecydowanie zespół, fakt że jesteśmy drużyną, bo kiedy jednemu nie wyjdzie drugi jest za nim i go asekuruje.




Twoja dobra postawa na boiskach Ekstraklasy nie uszła uwadze Marcina Dorny. Czułeś, że to powołanie nadejdzie tak szybko?
Jak się ciężko pracuję, to widać efekty. Ja zagrałem dobre mecze i dostałem szansę gry w reprezentacji. Chcę być jej ważną postacią na czerwcowych Mistrzostwach Europy. Nie było to dla mnie zaskoczeniem. Dostałem powołanie i staram się także kadrze dać 100% siebie.




Mistrzostwa Europy U-21 to dla Was pewne mecze z Anglią, Słowacją i Szwecją. Po losowaniu była radość i ekscytacja, czy zawód i rozczarowanie?

Na Euro już nie ma słabych drużyn, bo jeśli kwalifikują się do takiego turnieju znaczy, że jest to już europejska czołówka. Mamy fajną grupę, wyrównaną, ale wierzę w nasz zespół. Grając u siebie jesteśmy bardzo mocni.




Po grze w jesiennych spotkaniach towarzyskich jesteś pewny miejsca chociażby w "18"?
Pewny to nikt być nie może, ale ciężka praca mnie do tego przybliży. Nie skupiam się na tym co będzie w czerwcu, ale na najbliższym meczu ligowym. Pewnym jest, że te miesiące, które pozostały do mistrzostw wykorzystamy najlepiej jak się da, żeby tam odnieść sukces.




Czego się spodziewacie po Euro?
Euforii, szaleństwa i pięknych wspomnień, bo taki jest nasz cel: zagrać super mecze i cieszyć się z tytułu Mistrza Europy.

www.laczynaspilka.pl

Głośno mówicie, że zamierzacie walczyć o złoto. Nie boicie się, że może to Was spalić?

Nie spali nas to, bo znamy swoją wartość i wytrwale na to pracujemy. Bycie prawdziwym zespołem, solidna praca przybliży nas do sukcesu.




Latem podpisałeś kontrakt do czerwca 2020, a w mediach huczy, że Mistrzostwa Europy będą dla Was trampoliną do zagranicznych lig. Ta myśl o światowej karierze pojawia się zawodnikom z tyłu głowy?
Z pewnością będzie sporo obserwatorów z wielu klubów, ale my nie możemy zaprzątać sobie tym głowy. Najpierw musimy dobrze zagrać, zrobić swoje i dopiero wtedy te oferty nadejdą. My nie możemy się na tym skupiać, bo mamy od tego swoich menadżerów, którzy nam doradzą i musimy im zaufać.




Kontrakty w zagranicznych klubach mogą być niebezpieczne dla młodego zawodnika?
Każdy chce wyjechać na zachód, grać w topowych ligach. Nie można patrzeć, czy to jest niebezpieczne. Wiemy jaka jest konkurencja za granicą i żeby walczyć o skład trzeba ciężko pracować. My nie jesteśmy gorsi od Chorwatów, Słowaków, czy chłopaków z innych państw.




Ty zdecydowałeś sprawdzić się w Polsce, Twój brat realizuje się w Holandii. Który z Was podjął słuszniejszą decyzję?
Nie wiem, nie ma przepisu na sukces. Można wybrać dwa rozwiązania i za każdym razem cieszyć się z dobrego rezultatu. Mój brat zdecydował się na wyjazd, ja postanowiłem zostać w Polsce i żaden z nas nie żałuje swojej decyzji. Oboje jesteśmy usatysfakcjonowani. Filip układa sobie życie w Holandii, ja mam fajne życie w Polsce i żaden drugiemu nie zazdrości.




Wrócę jeszcze do ligi. Wasza środowa wygrana z Pogonią Szczecin w półfinale Pucharu Polski, fenomenalne zwycięstwa w lidze zachwycają całe piłkarskie środowisko.
Jesteśmy w super dyspozycji, ale nie przyszła ona znikąd. Jest to efekt naszych starań, wysiłku na treningach. W obronie pracujemy jeden za drugiego, jesteśmy agresywni. Z przody gramy szybko piłką i mamy tego wszystkiego efekty. Robimy to co trener od nas wymaga i wyniki wcale nas nie zaskoczyły.

www.sportowefakty.wp.pl

Mówisz, że znacie swoją wartość. To co dzieje się obecnie w tabeli dodatkowo ją podnosi?
Mało kto w naszej szatni myśli o wykorzystywaniu potknięć rywali. Wiemy, że sukces nadejdzie, jeśli będziemy wygrywać. Nie ukrywam jednak, że obserwujemy tabelę, śledzimy wyniki spotkań, ale najważniejsze jest żebyśmy to my wygrywali i zdobywali punkty bez odwracania się za rywalami.





Na koniec powiedz jakie są Wasze założenia na kolejne mecze?

Dobra gra, wyrównana forma i dawanie z siebie 100% w każdym meczu. Nawet jeśli nie uda się wygrać, to schodzić z boiska ze świadomością dobrze wykonanej roboty. To są takie elementy, których obecność przyniesie nam upragnione mistrzostwo.



Dziękuję bardzo za rozmowę!
Dziękuję!


Fot. Justyna Czubata

poniedziałek, 6 lutego 2017

Tytuł wicemistrza paraolimpijskiego z Pekinu był dużym szokiem!

O Igrzyskach w Rio de Janeiro do tej pory się mówi w aspekcie pozytywnym, ale nie tylko. Kilka dni później swoje zmagania rozpoczęli paraolimpijczycy, którzy standardowo stanęli na wysokości zadania, przywożąc do Polski ogromny worek medali. Jednym z nich były 2 brązowe medale w tenisie stołowym. Zarówno jeden i drugi jest w posiadaniu Piotra Grudnia, który od 8 lat reprezentuje Polskę na Igrzyskach Paraolimpijskich.
Zapraszam do naszej rozmowy na temat osiągnięć Piotrka, jego historii z paraolimpiadami i nie tylko!



Blondynka o sporcie: Opisz swoje początki w tenisie stołowym. Jak to się stało, że wybrałeś właśnie tę dyscyplinę sportową?

Piotr Grudzień: Początki były trudne jak dla wszystkich. Ja nie lubiłem grać w tenisa stołowego. Zdecydowanie wolałem piłkę nożną, siatkówkę z moimi rówieśnikami. Tenis stołowy zostawialiśmy sobie na zimową porę kiedy nie można było grać na boisku. Później z tatą zacząłem trochę grać i stopniowo przeradzało się to w pasję. Jeździliśmy po treningach w różnych miejscowościach, znalazłem pierwszego trenera prywatnego i krok po kroku tenis stołowy podobał mi się coraz bardziej. Pojawiły się pierwsze sukcesy w tej dyscyplinie więc postawiliśmy na tenis.




Co dała Ci ta profesja w życiu?

Bardzo wiele, bo może gdyby nie tenis nie byłbym takim człowiekiem, jakim jestem teraz. Dała mi dużo pewności siebie, nauczyła samodzielności. Obecnie jest także sposobem zarabiania pieniędzy,  moją pracą i nie wyobrażam sobie już bez tego życia, bo kiedy mam dłuższą przerwę od grania, nie ma mnie długo na sali, wtedy bardzo mocno odczuwam brak tego czegoś (śmiech). Tenis stołowy po prostu stał się nieodłącznym elementem mojego życia.



Zdradzisz dlaczego wybrałeś Zielona Górę?
Przyszedłem do Zielonej Góry, zacząłem naukę w Liceum Ogólnokształcącym nr 7 przygotowując się jednocześnie do Igrzysk Paraolimpijskich w Pekinie. Przyjechałem tutaj z myślą, że jest to rozwiązanie na rok, ewentualnie na dwa i wrócę do siebie. Obecnie jestem tutaj 9. rok i nie wyobrażam sobie, że mógłbym mieszkać w innym mieście niż Zielona Góra.
 



Zamieniłeś piłkę nożną i Legię Warszawa na żużel i Falubaz.

Odnalazłem się tutaj bardzo szybko i łatwo. Mam wielu znajomych, a grupa tenisistów stołowych trzyma się zawsze razem. Jeśli chodzi o warunki do życia, to w Zielonej Górze są rewelacyjne więc polecam każdemu (śmiech). Warto zamienić duże miasto właśnie na Zieloną Górę.



Jesteś w stanie wyróżnić okres w roku, który dla tenisisty stołowego jest najtrudniejszy?
Jest wiele takich okresów, ale najtrudniejszym jest ten, kiedy wraca się po przerwach. Nie lubię przerw, długiego odpoczynku od grania.




Do wszystkich zawodów przygotowujesz się identycznie?
Tak, cały czas staram się trenować równo. Tenis jest sportem, który wymaga systematyczności, nie lubi przerw. Są turnieje do których należy się przygotowywać szczególnie. U nas to Mistrzostwa Europy, Mistrzostwa Świata i Igrzyska Paraolimpijskie. Te zawody zazwyczaj odbywają się na przełomie września i października więc my od czerwca przebywamy tylko na sali, na zgrupowaniach kadry, można powiedzieć, że całkowicie skoszarowani (śmiech).
źródło: www.paralympic.org.pl

Zmieniasz coś w swoich przygotowaniach, czy realizujesz ten sam schemat od czasu Igrzysk w Pekinie?
Zmieniłem bardzo dużo, bo nawet jeśli chodzi o moją grę w Pekinie, a w Londynie to zmieniło się bardzo wiele, bo taki jest sport. Wymaga od zawodnika nieustannego ulepszania, stawania się lepszym graczem. Świat idzie do przodu, a my nie możemy zostawać w tyle. Gdyby porównać moją grę na początku, a teraz to jest to ogromna przepaść i Piotrek z Pekinu, czy nawet z Londynu nie miałby szans z obecnym Piotrkiem.




Ile miesięcy przed startem Igrzyska Paraolimpijskie zaprzątają Wam głowę?
One zaprzątają głowę już 3 lata wcześniej (śmiech). Przyznaję szczerze, że tak jest, aczkolwiek każdy podchodzi do nich indywidualnie. Ja za miesiąc mam turniej we Włoszech i już myślami jestem tam. Wiem jak mam trenować, żeby pokazać tam w miarę optymalną formę. Póki co myślę o tym, żeby grać na Igrzyskach Paraolimpijskich w Tokio, które są w 2020 roku. Wiem, że muszę solidnie trenować, prawidłowo prowadzić organizm, aby był zdrowy, bez kontuzji, bo to są jeszcze 3 lata i wszystko w tym czasie może się zdarzyć.



Historie z Igrzyskami Paraolimpijskimi zacząłeś bardzo szybko, bo już w 2008 roku startowałeś w Pekinie i wywalczyłeś srebrny medal w singlu, mając wtedy zaledwie 17/18 lat.

Nigdy sobie nie wyobrażałem, że będąc właśnie w takim wieku sięgnę po medal Igrzysk Paraolimpijskich, po który większość zawodników pracuje całe życie. Ja pojechałem na Igrzyska Paraolimpijskie do Pekinu z dziką kartą i zdobyłem srebro, przegrywając złoto po dobrej grze z Chińczykiem. Zacząłem wcześnie, ale to dobrze, bo nabrałem doświadczenia, okrzepłem i gra mi się zdecydowanie lepiej na takich wielkich imprezach.

źródło: www.facebook.pl/Piotr Grudzień

Dla tak młodego zawodnika udział w tak prestiżowej imprezie, w towarzystwie sław światowego formatu, był dużym szokiem?
Z pewnością. Do tej pory pamiętam jak wyszedłem na pierwszy mecz, grałem wtedy z Tajwańczykiem i ręka tak strasznie mi się trzęsła, że nie potrafiłem podrzucić piłeczki. Po pierwszym secie stres trochę opadł i było dużo lepiej. Pierwsze wrażenie było trochę straszne, bo wyszedłem na ogromną halę, na której było 8 tysięcy ludzi, kamery na stole do gry i przez chwilę to chyba nawet nie wiedziałem jak się nazywam. Na szczęście później było lepiej. (śmiech)





Twoje podejście od zawodów w Pekinie, do czasu tych w Rio uległo zmianie?

Do Pekinu jechałem jako zawodnik z dala od czołówki więc na takim trochę luzie. Nie myślałem o wygraniu czegokolwiek, bo wtedy sam start w Igrzyskach Paraolimpijskich był dużym sukcesem.
Dla mnie jako 17-latka, walka o medale była wizją odległą podczas tych zawodów. Zostanie wicemistrzem paraolimpijskim było dużym szokiem. Jadąc do Rio, zdążyłem już okrzepnąć. Jechaliśmy tam bronić złotego medalu więc miałem o wiele większe poczucie pewności siebie, wiary w swoje umiejętności.




Jak świat podszedł do anonimowego 17-latka rywalizującego z najlepszymi?

Wśród sportowców niepełnosprawnych zostałem okrzyknięty maskotką polskiej reprezentacji, bo jechał taki Piotruś, będący małym krasnoludem, który jedzie na wielkie zawody, mający zamiar grać z najlepszymi (śmiech). Dla całej reprezentacji zdobycie medalu przez maskotkę było sporym szokiem.





Podczas Igrzysk Paraolimpijskich w Londynie zdobyłeś razem z Marcinem Skrzyneckim złoto w deblu. Poczułeś smak zwycięstwa na Igrzyskach i dzięki Wam rodacy mogli usłyszeć polski hymn.

To chyba najpiękniejsze co może spotkać zawodowego sportowca: zdobyć złoto olimpijskie lub paraolimpijskie, a następnie zaśpiewać hymn. Życzyłbym wszystkim takiego szczęścia. Ja tego doświadczyłem, ale ciężko te emocje opisać słowami. Fantastyczne uczucie i łezka w oku się zakręciła kiedy wybrzmiał Mazurek Dąbrowskiego. Takich momentów nie przeżywa się każdego dnia.


źródło: www.paralympic.org.pl
Zostanę na dłużej przy grze Twojej i Marcina. Oprócz tego, że gracie razem w deblu, mieliście także możliwość gry po przeciwnych stronach stołu. Mam na myśli finał Mistrzostw Polski. Jak podeszliście do tego spotkania?
Znamy się z Marcinem kilka ładnych lat, jesteśmy przyjaciółmi. Kiedy spotykamy się na zawodach to wiadomo, że każdy z nas chce wygrać, ale nie robimy tego za wszelką cenę. Tamte zawody były dla nas bardziej koleżeńskim pojedynkiem. W tenisie nie ma remisów, choć bardzo by się chciało.





Wrócę do paraolimpiady w Rio. Jaki bagaż doświadczeń wywiozłeś stamtąd?

Ogromny, bo to kolejna duża impreza w moim życiu, na której mogłem zagrać i pokazać się z dobrej strony. Udany turniej, choć wydaje mi się, że jeszcze można coś poprawić, żeby było lepiej.


Początki tego turnieju nie były dla Ciebie specjalnie udane, bo trafiłeś na Chińczyka rozstawionego z numerem 4. w rankingu. Przegrywając z nim 2:1 wierzyłeś, że losy spotkania mogą się odwrócić na Twoją korzyść?
Po losowaniu czułem, że jestem w mało komfortowej sytuacji, bo z tym Chińczykiem nie wygrałem przez ostatnie 10 lat ani razu. Po wylosowaniu go na najważniejszym turnieju nie byłem zadowolony, ale miałem świadomość, że tutaj znajdują się sami najlepsi. Przegrywając 2:1 wierzyłem w zwycięstwo, bo wiedziałem, że jestem świetnie przygotowany fizycznie jak i psychicznie. Wiele pojedynków pięciosetowych zagrałem już na paraolimpiadach. Z tym Chińczykiem wygrałem dwukrotnie w Rio, bo w pojedynku grupowym oraz w meczu o brąz.





Kiedy awansowałeś do 1/8 przeszło Ci przez głowę: "wow, może być lepiej niż w Londynie"?

Nie chciałem wybiegać myślami w przyszłość tylko koncentrować się na tym co jest tu i teraz. W ćwierćfinale wylosowałem Szweda, z którym także nigdy nie wygrałem i to on był faworytem. Zagrałem z nim bardzo dobry mecz, pełen nerwów, ale wygrałem, doszedłem do półfinału, w którym już czekał kolejny groźny zawodnik.


W tym półfinale przegrałeś minimalnie. Brąz zdobyty w Rio był dla Ciebie czymś w rodzaju nagrody pocieszenia?
Wtedy ciężko było myśleć o jakimkolwiek medalu, bo przeciwnicy byli z górnej półki. W półfinale grałem ze zwycięzcą Igrzysk Paraolimpijskich z Londynu. Mecze o brąz mają to do siebie, że medale są tylko za trzecie miejsce, za czwarte nie ma nic i zostaje z niczym. W tych meczach stres jest większy i ciężej się gra w brąz niż o złoto.


Czyli ten brąz smakował jak złoto?
Zdecydowanie. Każdy medal przy tej konkurencji smakowałby jak złoto.





Wierzysz, że Polacy staną się kiedyś taką potęgą w tenisie stołowym jak Chińczycy

Wszystko idzie u nas w dobrym kierunku. Widać to po naszych zawodnikach, którzy robią postępy, z roku na rok grają coraz lepiej. W reprezentacji mamy także wielu młodych i bardzo utytułowanych graczy. Myślę, że wszystko to jest zasługą szkolenia.






Pytałam o to już Twojego kolegę - Marcina Skrzyneckiego, ale jestem ciekawa także Twojej opinii: niepełnosprawność jest w Polsce tematem tabu?

Nie wiem, bo dla mnie nigdy nie stanowiło to tematu tabu. Nie czuję się niepełnosprawną osobą, mimo że nią jestem. Są przypadki w Polsce, gdzie osoby niepełnosprawne są dyskryminowane, ale ja osobiście nie znam takich przypadków. Czuję się normalnym zawodnikiem, który czynnie uprawia sport, a fakt iż uczestniczę w Igrzyskach Paraolimpijskich lub innych zawodach dla niepełnosprawnych to już inna kwestia. Pewnych rzeczy nie przeskoczę, choć się staram godnie rywalizować z najlepszymi, sprawnymi zawodnikami. Mój trening jest bardziej urozmaicony, różni się od treningu osoby zdrowej, ale to dlatego, że my jesteśmy bardziej narażeni na urazy, przeciążenia, kontuzje.



Na koniec powiedz co chciałbyś jeszcze osiągnąć?
Na pewno można osiągnąć jeszcze wiele, ale chciałbym, żeby ta moja gra była coraz lepsza, bo wtedy wyniki też pójdą w górę. Chciałbym rywalizować z zawodnikami zdrowymi jak równy z równym, choć troszkę mi do tego jeszcze brakuje, ale jest to do nadrobienia.


Dziękuję za rozmowę!

Dziękuję!



niedziela, 5 lutego 2017

Staram się sprostać temu co jest

Rozmowa, która powinna dać najwięcej do myślenia ludziom z tendencją do narzekania. Marcin Skrzynecki jest tenisistą stołowym, zawodnikiem klubu Start Zielona Góra, wielokrotnym medalistą Mistrzostw Świata, Europy i Igrzysk Paraolimpijskich. Jeden z tych, których boi się współczesna potęga w tenisie stołowym - Chiny.
Serdecznie zapraszam do zapisu naszej rozmowy!





Blondynka o sporcie: Urodził się Pan w Warszawie więc w jaki sposób trafił Pan do Zielonej Góry?

Marcin Skrzynecki: Zaczynałem w Warszawie i rok przed Igrzyskami Paraolimpijskimi w Londynie, czyli w 2011 roku przyjechałem tutaj do Zielonej Góry, żeby się lepiej przygotować do tej imprezy. Po roku miałem wrócić do Warszawy, ale na paraolimpiadzie zdobyliśmy złoty medal więc pomyślałem, że warto tu trenować i zostałem.




Jak wygląda Pana współpraca z zielonogórskimi klubami?
Jestem w dwóch klubach: ZKS Drzonków i Start Zielona Góra dla zawodników niepełnosprawnych. W Drzonkowie mam możliwość trenowania z tutejszymi zawodnikami, jednak nie uczestniczę w żadnej lidze, bo nie mam na to zwyczajnie czasu. Z kolei Start Zielona Góra nas wspiera, gwarantuje: rehabilitację, odnowę biologiczną, sprzęt, dzięki czemu jesteśmy dobrze przygotowani do wszystkich zawodów.




Ogólnopolskie imprezy sportowców niepełnosprawnych w Polsce cieszą się popularnością?
Wśród kibiców nie bardzo. Mamy 4 główne imprezy, jak Mistrzostwa Polski i kwalifikacje do nich, na które przyjeżdża liczna, bo 100-osobowa grupa, ale kibiców nie ma. Myślę, że jest to spowodowane brakiem reklamy, nasza dyscyplina jest mało medialna, dlatego ludzie nie przychodzą.
źródło: www.pzts.pl

A jak to wygląda poza granicami naszego kraju?
Mniej więcej jest to samo. W Azji przychodzi dużo osób, w Ameryce ludzie przychodzą też zobaczyć z ciekawości. W Europie jest bardzo różnie. Zależy to od reklamy jaką zrobią organizatorzy imprezy.




Czego wymagają od Pana przygotowania do Igrzysk Paraolimpijskich?
Przede wszystkim bardo dużo wyrzeczeń. 2 lata kwalifikujemy się na Igrzyska, a ostatni rok to już "ostre tyranie". Treningi już 2 razy dziennie, plus siłownia więc nie mamy wtedy czasu dla siebie. Przez ten ostatni rok trzeba się poświęcić. Żadnych wakacji, ani wolnego czasu.




Które z Igrzysk Paraolimpijskich: w Atenach, Pekinie, Londynie, czy w Rio były dla Pana szczególne?
Najbardziej Londyn, bo tam zdobyliśmy złoty medal, w Rio był brąz więc też było bardzo fajnie.
źródło: www.zielonagora.wyborcza.pl

Kwalifikację paraolimpijską na starty w Rio otrzymał Pan dzięki dzikiej karcie, a nie w eliminacjach. Dlaczego?
Trzeba było się kwalifikować i w rankingu naszej grupy mamy około 100 osób, a na Igrzyska kwalifikuje się grupa 18-osobowa. Ja w roku kwalifikacji wypadłem z tej 18, bo miałem poważne kontuzje ręki, później nogi. Nie grałem przez 6 miesięcy, a musiałem jeździć na zawody, ale nie zdobywałem punktów. Co prawda w końcówce roku było lepiej, ale federacja musiała wystąpić dla mnie o dziką kartę. Ciężej jest się zakwalifikować na Igrzyska przez różnego rodzaju procedury niż później wygrać coś na nich.




Znaczy, że turnieje kwalifikacyjne nie odzwierciedlają poziomu samych Igrzysk Paraolimpijskich?
Nie, po prostu u nas w grupie jest dwudziestu paru zawodników, którzy mają szanse zdobyć Mistrzostwo Europy, czy Świata, a wszystko przez to, że grupa jest bardzo wyrównana. Na Igrzyska z tej grupy może pojechać 11, bo pozostała piątka to mistrzowie kontynentu, czyli mistrz Afryki, Australii, którzy grają słabo. Oni zajmują te miejsce i jeszcze dwie dzikie karty. Jest 11 pewniaków i to jest bardzo mało. Dla przykładu mistrz paraolimpijski z Aten razem ze mną dostał dziką kartę, bo też miał problem z zakwalifikowaniem się do Rio.



Co z presją na tego rodzaju zawodach?
Teraz już jest lepiej. Najgorzej było podczas Igrzysk Paraolimpijskich w Atenach, bo to był mój pierwszy start, w Pekinie już było dużo lepiej, byłem dobrze przygotowany, ale okazało się, że za mało. Przed Igrzyskami grałem turniej, podczas którego wygrałem z Chińczykiem, a na Igrzyskach przegrałem z nim gładko 3:0, bo spaliła mnie presja. On wygrał paraolimpiadę, a ja zagrałem 2 razy i musiałem pracować 4 lata na sukces.



Z tego wynika, że tenis stołowy jest grą nerwów?

Myślę, że tak, głównie głowy. To co potrafimy zagrać na treningu nie zawsze przekłada się na mecz w 100%. Zawsze jest jakieś 70% i przewodnią rolę odgrywa głowa zawodnika. Ja na mniej prestiżowych turniejach grałem bardzo słabo, z kolei na tych głównych jak Mistrzostwa Europy, Mistrzostwa Świata, czy Igrzyska byłem pewny i tak też wygrywałem. Podczas paraolimpiady w grupie eliminacyjnej miałem dwóch faworytów do medali, rozstawionych na czwartym i szóstym miejscu w rankingu. Ja miałem numer 14 i z każdym wygrałem. Czuję się bardzo dobrze na takich zawodach. Wiele rzeczy wynika także z rutyny, doświadczenia. Udział w tylu zawodach robi swoje.




W jaki sposób pracować nad "głową zawodnika"?

Pewność siebie wynika z przygotowania, bo jeśli zawodnik trenuje bardzo solidnie i czuje tę pewność, to już duży sukces. Stres zawsze przychodzi, jest nieunikniony, ale trzeba go umiejętnie minimalizować.




W jaki sposób Pan walczy z emocjami?
Korzystam z pomocy psychologa sportowego, ale to tylko czasem. Zazwyczaj wiem jak muszę się przygotować, w jaki sposób zagrać i jak wytrzymać presję podczas gry.




Osiągnięcia sportowców niepełnosprawnych w Polsce są należycie doceniane?
Myślę, że jest coraz lepiej, bo biorąc pod uwagę fakt iż Igrzyska Paraolimpijskie z Rio de Janeiro były już transmitowane w telewizji. W porównaniu do Aten z 2004 roku, gdzie prawie nikt o nas nie wiedział, to poprawa jest widoczna. Z roku na rok mówiło się coraz więcej, ale na nic konkretnego się to nie przekładało. Była nagonka na wyniki, a po miesiącu wszystko przycichało. Myślę, że gdy ja zakończę karierę to już będzie wszystko normalnie. (śmiech)

źródło: www.pzsnstart.eu

Za granicą wygląda to podobnie?
Mam znajomych w Anglii, którzy opowiadali, że przez czas Igrzysk Paraolimpijskich w Londynie relacja trwała przez cały dzień. Nie wiem, czy podczas zawodów w Rio też tak było. W Londynie mieliśmy bardzo silny doping. W półfinale graliśmy z Brytyjczykami, którym kibicowało 3/4 hali, ale przyszło też bardzo wielu Polaków, których obecność dało się odczuć. Przyszli, bo jak twierdzą, uwielbiają takie zawody. Specjalnie brali sobie urlopy i to właśnie państwo zaraziło ich pasją do sportu niepełnosprawnych. Szkoda, że u nas jeszcze tego nie ma.




Temat niepełnosprawności dzisiaj także jest tematem tabu?
Myślę, że tak. Gdy przejedzie osoba na wózku inwalidzkim to 6 osób się od razu odwróci. Kiedy zaczęliśmy trenować tutaj w Drzonkowie to też ludzie początkowo się odwracali, dziwili się w jaki sposób można tak grać. Stopniowo zaczęli się oswajać z naszą obecnością i całkowicie im to minęło. Niedawno przyszedł do klubu kolega Igor z kadry Polski i nikt obecnie nie zwraca uwagi na to, że nie ma ręki. Trenuje jak każdy, tak samo ciężko. Po Londynie, czyli w 2013 roku była przeprowadzona ankieta: "Dlaczego niepełnosprawni są inaczej traktowani?" 70% ankietowanych odpowiedziało: "bo nie chcą się zarazić". Do dzisiaj nie wiem czego.
źródło: www.lubuskie.pl

Dla sportowców niepełnosprawnych sport jest sposobem życia, metodą walki z przeciwnościami?

Kiedyś był to sposób na zabicie czasu, żeby nie siedzieć w domu, nie załamywać się faktem bycia niepełnosprawnym i powiem szczerze, że dało nam to złoto w Londynie. Teraz w Rio byliśmy już bardziej doświadczeni, lepiej przygotowani i starczyło to tylko na brązowy medal. Okazuje się, że we wszystkich państwach powstają ośrodki, a sport nie jest już formą rehabilitacji, ale pełnym zawodowstwem. W Polsce nakłady finansowe są takie jakie są, bo w kalendarzu mamy 24 imprezy, a jedziemy tylko na 5. Jadąc na te turnieje wiemy, że musimy je wykorzystać w pełni, bo następnej okazji nie będzie. Poziom z roku na rok jest coraz wyższy więc staram się sprostać temu co jest.



Jak postrzega się polskie drużyny za granicą?
W tenisie stołowym jesteśmy bardzo silni. Powiem szczerze, że rok przed paraolimpiadą chcieliśmy pojechać na obóz do Chin, ale żaden ośrodek sportowy nie chciał nas przyjąć, bo jesteśmy na silni. W Londynie wygraliśmy finał z Chińczykami, nasza druga ekipa też wygrała z nimi. Podczas Mistrzostw Świata minimalnie przegraliśmy z reprezentacją Chin. Nasza Natalia Partyka też potrafi wygrać z Chinkami więc się nas boją. Chiny i Polska zawsze są w czołówce.




Pomyślał Pan kiedykolwiek o tym, że Pana niepełnosprawność jest przekleństwem, ogromną niesprawiedliwością?
Wiadomo, że chciałbym być zdrowy, ale widocznie tak musiało być. Wyszło tak jak wyszło. Myślałem, czy grałbym w ogóle w tenisa stołowego, gdybym był zdrowy, bo to był czysty przypadek. Zapisałem się na tenis stołowy, bo moi koledzy z podstawówki zaczęli na to chodzić. Ja wolałem pływanie, z którego zrezygnowałem, żeby móc spędzać czas z rówieśnikami, nie być innym. Okazało się, że mam rączkę do tego sportu i tak zostało. Życie potoczyło się właśnie w taki sposób i ja jestem z tego bardzo zadowolony. W przyszłości wiem, że będę całkowicie zdrowy, bo czeka mnie operacja, ale korzystam z dobrodziejstw kariery sportowej póki mogę.
źródło: www.paralympic.org.pl

Wydawać by się mogło, że ma Pan prawo do tego, żeby siedzieć i narzekać, tymczasem wziął Pan się za siebie, ciężko trenuje, zdobywa medale i dodatkowo studiuje Pan wychowanie fizyczne na Uniwersytecie Zielonogórskim.

Te studia to trochę ciężko mi idą(śmiech), ale to z powodu licznych wyjazdów. Dodatkowo w pierwszym roku miałem dużo testów sprawnościowych. Później przeszedłem na tryb zaoczny, bo nie mogłem trenować, ale też nie zawsze mogłem być na zajęciach w weekendy. W zeszłym roku miałem się bronić, ale tego nie zrobiłem, bo pojechałem do Rio, musiałem się też przygotowywać. W tym roku zamierzam to zrobić.




Rodzina mocno Pana wspiera?
Na tym wszystkim najbardziej cierpi ona. Mam dwie małe córki: dwuletnią i pięcioletnią i często pytają "kiedy wrócę?" Tłumaczę im, że to jest moja praca. Mama idzie do pracy i robi to co musi, a jestem w domu, ale muszę niedługo wyjechać. Dobrze, że wszyscy to akceptują. Rodzina jest ogromnym wsparciem, w szczególności w sytuacji kontuzji, problemów zdrowotnych. My jesteśmy bardziej na nie narażeni, bo zdrowi zawodnicy nie wiedzą co to jest ból kręgosłupa. Po treningu są po prostu trochę zmęczeni, a u nas to dłużej to zostaje w kościach. (śmiech) Ciężki jest okres kontuzji, a następnie powrotu na treningi, nadrabianie zaległości i wtedy wsparcie rodziny jest nieocenione.




Ciężko jest pogodzić wszystkie Pana obowiązki?
Organizacyjnie tak, bo mając tyle na głowie, nie mogę wszędzie dawać z siebie 100%. Muszę czasem z czegoś rezygnować. Jeśli naukę mogę przełożyć naukę o pół roku, to robię to. Prawda jest taka, że mógłbym mieć już obronę, tytuł, ale mogłem nie być w Rio. Coś za coś. Kariera i rodzina są najważniejsze, a potem nauka. Chcę ukończyć studia. Jestem ambitny sportowo, ale zależy mi także na wykształceniu.




Na koniec proszę powiedzieć, odczuwa Pan dyskomfort związany ze swoją niepełnosprawnością?
Ja się całkowicie pogodziłem z tym jak jest, żyję sobie tak jak żyję. Wiadomo, że w szkole dużo osób wytykało, ale wiem co oni teraz robią. Są całkowicie sprawni, a pracują za małe pieniądze. Ludzie, którzy po prostu chcą się dowartościować często szykanują, wyśmiewają. Tak niestety jest u nas w kraju. Zamiast pochwalić, docenić, że radzimy sobie pomimo wszystkich przeciwności to tylko krytykują.



Dobrze, dziękuję bardzo za rozmowę!

Dziękuję!



Ogromne podziękowania dla Huberta, który zadbał o całą organizację za mnie i pomagał w przygotowaniach!








czwartek, 5 stycznia 2017

Ludzie w Polsce uwielbiają siatkówkę!

Nie od dzisiaj wiadomo, że polska siatkówka jest bardzo szanowana na świecie. Sukcesy polskiej reprezentacji, polskich klubów sprawiają, że do Polski przyjeżdżają bardzo utalentowani zawodnicy. Jednym z nich jest Igor Grobelny - przyjmujący Cuprumu Lubin, który porzucił karierę w Belgii, aby reprezentować polskie kluby i oczekiwać na powołanie do reprezentacji Polski.
Zapraszam do zapoznania się z treścią naszej rozmowy!




Blondynka o sporcie: Na początku wyjaśnij proszę, dlaczego wychowałeś się i grałeś w Belgii?

Igor Grobelny: Mój tata grał w siatkówkę i dostał akurat dobry kontrakt właśnie w Belgii. Z Polski wyjechaliśmy, gdy miałem 4 lata. Początkowo miały to być tylko 2 lata w belgijskiej lidze, ale z czasem pojawiły się kolejne oferty dla taty i w ten sposób spędziłem 17 lat w Belgii.




Skoro pierwsze siatkarskie kroki stawiałeś właśnie w Belgii, to jak one wyglądały i co stamtąd wyniosłeś?
Tata zaraził mnie siatkówką, zabrał na pierwszy trening. W Belgii ten sport nie jest szczególnie popularny. Nauczyłem się tam przede wszystkim podstaw i bardzo się cieszę, że mogłem przez rok grać w najwyższej lidze belgijskiej, ale znacznie więcej nauczyłem się w Polsce. Poziom tutaj jest znacznie wyższy




Jest coś co wyróżnia belgijską siatkówkę?
Raczej nie. Tak jak wspomniałem wcześniej siatkówka w Belgii nie cieszy się dużą popularnością. Nie jest to grecka siatkówka, którą posiada specyficznych kibiców i doping, ani polska, która stoi na bardzo wysokim poziomie.




Mając doświadczenie zarówno w lidze belgijskiej jak i w polskiej, jesteś w stanie wskazać różnice między nimi?
W Polsce wszystko jest lepiej zorganizowane pod względem sprzętowym, czy też dbania o zawodników. W Belgii źle nie było, jednakże w Polsce panuje zdecydowanie większy profesjonalizm. Polscy kibice zupełnie inaczej reagują na spotkanych siatkarzy. Nie trzeba być specjalnie zorientowanym w siatkówce, żeby rozpoznać czołowych zawodników. W Belgii siatkarze są bardziej anonimowi.




Z belgijskim zespołem ( VC Euphony Asse-Lennik) w sezonie 2013/2014 zdobyłeś 4. miejsce w kraju. Opowiedz o swoich występach w tamtejszej lidze?
Ciężko było (śmiech). Przez rok zrobiłem ogromny krok naprzód, bo mając lat 16-17 grałem w IV lidze i nagle przyszła propozycja gry w tej najlepszej. Był to szok psychiczny, ale przede wszystkim fizyczny. Niełatwo było przyzwyczaić się z 3-4 treningów tygodniowo do codziennego wysiłku i to nawet 2 razy dziennie. Miałem też możliwość gry z zawodnikami dużo bardziej doświadczonymi, co także nie było do końca proste. Musiałem dużo więcej pracować na siłowni, choć do dzisiaj efekty są słabe (śmiech), ale zmierzam w dobrym kierunku.




Pomimo takiego sukcesu w Belgii postanowiłeś przyjechać do Polski. Dlaczego?
Od małego marzyłem, żeby grać w Polsce. Dostałem super ofertę gry w Radomiu, więc decyzja dla mnie była prawie oczywista. W Belgii wszystko układało się rewelacyjnie, ale byłem tam już 17 lat i bardzo ciągnęło mnie do Polski.




Decyzja o wyjeździe z Belgii była dla Ciebie łatwa?
Tak, błyskawicznie podjąłem decyzję, bo już na drugi dzień oznajmiłem rodzicom, że wyjeżdżam i nic mnie w Belgii nie zatrzyma. Próbowali mnie jeszcze przekonać, ale wiedzieli jak bardzo mi zależy.




Dużo mówiło się o Twoim powołaniu do reprezentacji belgijskiej. Dostałeś taką propozycję, czy nie?
Tak i nie, ponieważ był problem z moją narodowością, bo w Belgii traktowano mnie jak obcokrajowca. Zmieniło się to dopiero po otrzymaniu belgijskiego paszportu, tamtejszej licencji. Zaczęto traktować mnie jak Belga, ale było już za późno na grę w młodzieżowej reprezentacji i za wcześnie na kadrę seniorską. Nie byłem na nią gotowy fizycznie przede wszystkim. Po dwóch latach pobytu w Polsce dostałem jednak zaproszenie na zgrupowanie II reprezentacji, która przygotowywała się na młodzieżowe Igrzyska Olimpijskie w Baku. Odmówiłem, bo wiedziałem, że jeden występ w kadrze belgijskiej przekreśli moje szanse na grę w polskiej lidze i polskiej reprezentacji.

źródło: www.facebook.pl\ Cuprum Lubin
Urodziłeś się w Radomiu i pierwsza oferta gry przyszła właśnie z tamtejszego klubu - Czarni Radom. Przyznasz, że dość dziwny zbieg okoliczności.
Tak, zdecydowanie. Śmieszne uczucie, że pierwsza propozycja z Polski przyszła właśnie z mojego rodzinnego miasta. Przyznam jednak, że pierwszy rok aklimatyzacji nie należał do prostych. Przez 17 lat mojej nieobecności wiele się zmieniło.




Jeśli już mowa o Radomiu, to jestem bardzo ciekawa jak układała się Twoja współpraca z radomskimi szkoleniowcami?
Jestem bardzo zadowolony ze współpracy z nimi. Ciężko mi się jednak wypowiedzieć, bo w Belgii miałem tylko jednego profesjonalnego trenera i nie mam dużego porównania. W Polsce pierwszym trenerem był Robert Prygiel, ale Raul Lozano był pierwszym zagranicznym szkoleniowcem. Każdy z nich miał inną szkołę, inne metody, ale cieszy mnie możliwość czerpania z doświadczenia ich obu i bardzo to sobie chwalę.




Co Ciebie zaskoczyło w polskiej lidze?
Na pewno profesjonalizm w każdym aspekcie, ale także sam fakt, że tak dużo się dzieje wokół zawodnika. Ogromna ilość fanów i próśb o autografy były dla mnie sporym zaskoczeniem. W Belgii tego nie doświadczyłem na taką skalę. Zobaczyłem jak ludzie uwielbiają siatkówkę w Polsce.




Miałeś problemy z aklimatyzacją w zespole, czy w samym Radomiu?
Kłopot był chyba tylko z językiem, bo mój akcent belgijski, nieznajomość niektórych słów, terminów utrudniały mi trochę funkcjonowanie, ciężko było się szybko dogadać, ale po 2-3 miesiącach wszystko zostało ustabilizowane.




W Radomiu nie miałeś za wiele okazji, aby wykazać się na boisku. Czy to właśnie brak regularnych występów w Czarnych Radom zadecydował o Twoim odejściu?

Tak, ale oprócz tego chciałem spróbować czegoś nowego, zobaczyć jak to wygląda w innych klubach. Miałem świadomość tego kto w Radomiu zostaje, kto przyjdzie i wiedziałem, że walka o miejsce w podstawowej "6" będzie trudna.

źródło: www.facebook.pl/ Cuprum Lubin

Nie pomyślałeś, żeby zostać w Radomiu i w obliczu przebudowy zespołu spróbować zawalczyć o miejsce w składzie?
Myślałem trochę o tym, ale po rozmowach z trenerami doszedłem do wniosku, że korzystniej będzie poszukać innego klubu.




Jak wiele ofert z polskich klubów wpłynęło do Ciebie?
Dużo to nie. Sporym problemem był fakt, że mam belgijski paszport i możliwości transferowe były mocno ograniczone, bo kluby miały już swoich zawodników z zagranicy. Musiałem szukać w klubu, który stawia na polskich siatkarzy lub ma wyjątkowo mało cudzoziemców. Więcej tych propozycji pojawiało się jednak z zagranicznych klubów.




Zdecydowałeś się na Cuprum Lubin. Jak oceniasz współpracę z członkami tego zespołu?
Jestem bardzo zadowolony i nie mówię tego tylko na potrzeby wywiadu (śmiech). Cuprum bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Gianni (Gheorghe Cretu) świetnie skompletował drużynę i ma też wyjątkowe podejście. W jednej z naszych rozmów powiedział mi, że nie potrzebuje indywidualistów. Dzięki temu każdy z zawodników wie, że trenuje, gra, zdobywa punkty dla całego zespołu. Zaskoczyła mnie także pomoc od kolegów z drużyny, bo przychodząc do Lubina byłem świeżo po kontuzji, nie miałem możliwości gry, ani treningu siłowego przez okres wakacji. Początki były trudne i przez to bardzo stresujące, ale okazało się, że niepotrzebnie. Z czasem wszystko się ułożyło.




Dlaczego akurat Cuprum Lubin?

Mocnym argumentem, który wpłynął na podjęcie właśnie takiej decyzji była praca tutejszego trenera. O Giannim bardzo dużo słyszałem, grając jeszcze w Radomiu . Słynie z pracy z zawodnikami, wyjątkowego podejścia i czasu jaki poświęca dla wszystkich. Dla niego nie ma różnicy, czy się gra w podstawowym składzie, czy jest się rezerwowym. Każdy z nas musi ciężko pracować. Ma także ogromną wiedzę o siatkówce, dlatego też kiedy przyjmowałem swoje pierwsze piłki tutaj, miałem wrażenie jakbym był nowicjuszem "świeżakiem". Dopiero z czasem zacząłem poznawać nowe techniki.

źródło: www.sportowefakty.wp.pl

Można przez to rozumieć, że z Belgii przyjechałeś z "małymi brakami"?

Można tak powiedzieć. Nie zdołałem się wszystkiego nauczyć w rok, kiedy grałem w najwyższej lidze belgijskiej. Nie wywiozłem z Belgii dużego doświadczenia, ale też poziom siatkówki w Polsce jest inny, dużo wyższy. Musiałem nadrobić wiele rzeczy, ale także przyswajać nowości.




Myślisz, że w Lubinie znajdziesz to czego zabrakło w Radomiu, czyli szanse na grę?
Miejmy nadzieję, że tak. Sezon jest długi i myślę, że jedna "6" nie jest w stanie utrzymać świetnej dyspozycji przez całe rozgrywki. Oczywiście, życzę chłopakom jak najlepiej. Trener nie wywiera na mnie jak i na innych młodych zawodników jakieś presji, nie stawia nas pod ścianą. Cierpliwie czekam na swoją szansę.


Uważasz, że Cuprum Lubin może być lub już jest dobrym miejscem dla Twojego rozwoju?

Tak, w stu procentach.




Spodziewaliście się tak świetnego początku sezonu?

Nikt chyba nie planuje tak dobrego wejścia w sezon. U nas nic tego nie zapowiadało, tym bardziej, że nie przepracowaliśmy za dobrze sezonu przygotowawczego. Na treningach było nas tylko dziewięciu, ja byłem jedynym przyjmującym. W trakcie spotkań sparingowych sztab miał do dyspozycji praktycznie tylko jedną "6" i nie miało znaczenia, czy się gra dobrze, czy źle. Trzeba było grać. Po powrocie z kadry Grzegorza Łomacza i Estończyków (Roberta Tähta i Keitha Puparta) tydzień przed rozpoczęciem sezonu wszystko zaczęło wracać do normy.




Powrócę do waszego spotkania z początku sezonu z Asseco Resovią, który wygraliście, a Ty w dużej mierze się do tego przyczyniłeś. Wierzyliście, że uda Wam się pokonać wicelidera PlusLigi?
Nie, losy spotkania były dla nas tak samo sporym zaskoczeniem jak i dla kibiców, czy całego środowiska siatkarskiego. Naszym dużym atutem był fakt, że gramy u siebie. W naszej hali rozgrywamy naprawdę dobre mecze.

źródło: www.ks.cuprum.pl

W tym meczu wykorzystaliście wszystkie błędy rzeszowian. Taki był Wasz plan, czy wszystko wyszło w trakcie spotkania?
Przed meczem trener zwrócił nam uwagę na charakterystyczne zagrania drużyny z Rzeszowa. Przygotował nas do tego meczu zarówno mentalnie jak i fizycznie. Dobrze wiedzieliśmy, czego się spodziewać.




Po szczęśliwym meczu z Resovią przyszła pechowa porażka z Treflem Sopot, bo początek zapowiadał się fenomenalnie, ale końcówka nie była już ciekawa z Waszej strony.
Do dzisiaj trochę wspominamy ten mecz, choć dawno powinnyśmy go wymazać z pamięci. Przegraliśmy na własne życzenie.




Cuprum zrobił w PlusLidze ogromną niespodziankę. Wcześniej występował na jej zapleczu, po awansie wiodło się ze zmiennym szczęściem, a dzisiaj uchodzi za prestiżowy klub. Twoim zdaniem skąd taki progres?
Myślę, że praca trenera zaczęła dawać owoce, ale także ciężka praca. Nasz trener nie toleruje lenistwa, oczekuje od każdego 100%, a czasem bywa, że i to go nie zadowala i trzeba dawać 150%. Czasem te treningi są tak ciężkie, że po powrocie idzie się od razu spać, a rano i tak to zmęczenie jest nadal odczuwalne.




Zdobycie Mistrzostwa Polski i gra w europejskich pucharach - dla Was póki co marzenie bardzo odległe, czy coś co może być na wyciągnięcie ręki?
Nie czujemy z żadnej strony jakiegoś ogromnego nacisku na to. Każdy z zawodników czuje, kiedy to jest możliwe i teraz mamy świadomość, że do tej ścisłej czołówki wiele nam nie brakuje. Między innymi meczem z Resovią pokazaliśmy, że można zawalczyć z każdym. Nie ma w naszej lidze żadnego klubu giganta.

źródło: www.facebook.pl\ Cuprum Lubin


Przed rozmową z Tobą prześledziłam Twoje sukcesy w siatkówce, ale także pozostałych członków Twojej rodziny. Można powiedzieć, że u Grobelnych siatkówka jest dziedziczna?
W naszym przypadku tak właśnie wyszło (śmiech). Wszystko się zawsze kręciło wokół siatkówki, bo chodziliśmy na mecze taty, czekaliśmy na powrót taty z treningu. Ja od razu byłem za siatkówką, ale miałem krótkotrwały kryzys. Próbowałem piłki nożnej, koszykówki, ale z czasem rodzice pomogli mi wrócić na właściwe tory. Kaja z kolei w ogóle nie lubiła siatkówki, zawsze wolała ją obchodzić szerokim łukiem. Lubiła gimnastykę i kiedyś tak spontanicznie zechciała poodbijać ze mną i z tatą, ale nic kompletnie jej nie wychodziło. Tata jej powiedział wprost, żeby dała sobie spokój, bo z niej siatkarki nie będzie! (śmiech) Wkurzyła się, zawzięła i ze swoim uporem doszła do tego miejsca, w którym jest, czyli też w Polsce.




Twoja siostra zdecydowała się na grę w reprezentacji belgijskiej. Nie chciała poczekać na szansę z Polski?
Z Kają było trochę inaczej, bo u niej bardzo szybko dało się dostrzec predyspozycje siatkarskie. Poszła do szkoły siatkarskiej, procedura przyznania paszportu też była szybsza i łatwiejsza. Chciałaby grać w kadrze Polski, ale też jest bardzo zadowolona z faktu reprezentowania Belgii.




Klub jednak wybrała w Polsce.
Tak, bo ją tak samo jak mnie ciągnęło do Polski. Gdy ja zaczynałem grać w Polsce, ona grała jeszcze w Belgii. Po moich opowieściach zawsze była wściekła i bardzo mi zazdrościła. Skoro nie mogła grać dla kadry polskiej, to pogra w polskim klubie.




Jako siatkarskie rodzeństwo wymieniacie się uwagami?
Oczywiście, staramy się być na bieżąco. Zawsze po meczu Kai trzeba sprawdzić jaki był wynik i jak jej szło. Wtedy wiadomo - dzwonić, czy nie dzwonić (śmiech). Po zwycięstwach dzwonię od razu, a po porażkach lepiej odczekać.




Na koniec chciałabym zapytać o Mistrzostwa Europy 2017, które będą odbywać się właśnie u nas. Serbia, Estonia i Finlandia. Jak to losowanie wygląda z fachowego punktu widzenia?

U nas w klubie mamy dwóch Estończyków, mamy Grzegorza Łomacza i po losowaniu już się śmiali, dogadywali sobie, żeby lepiej uważać na treningach.(śmiech) Patrząc obiektywnie to Serbia będzie niezwykle trudnym rywalem, bo jest nieprzewidywalna, a pozostałe zespoły, teoretycznie powinny być łatwiejsze, ale sport to jednak sport.


Dziękuję bardzo za rozmowę!
Ja także dziękuję!


Historia powyższego wywiadu jest długa, ale także zabawna. Nim trafił do Was przeszedł bardzo wiele, a ja razem z nim! Od czasu mojej rozmowy z Igorem wiele się zmieniło. Przyjmujący lubińskiego Cuprumu dostał szansę w meczu z Indykpol AZS Olsztyn i BBTS Bielsko-Biała i zaprezentował się bardzo dobrze.

Jako, że jest to pierwszy wywiad w 2017 roku, życzę wszystkim Czytelnikom wszelkiej pomyślności, zdrowia i radości! Dziękuję za pochwały, rady i ogólne wsparcie!
Fot. Justyna Czubata

środa, 30 listopada 2016

Warto gonić za marzeniami!

Od 2008 roku Patryk Dudek podbija serca zielonogórzan, ale nie tylko. W ostatnich latach potwierdza swój talent i umiejętności na arenach międzynarodowych. Rozmową ze zdobywcą Mistrzostwa Świata Juniorów, Drużynowego Mistrzostwa Świata, a od przyszłego sezonu uczestnikiem cyklu Grand Prix - Patrykiem Dudkiem, kończę swój pierwszy cykl wywiadów.
Poniżej efekty spotkania z Patrykiem Dudkiem.



Blondynka o sporcie: Pierwsza Twoja refleksja po zakończonym sezonie: jazda w juniorach, a jazda w seniorach?

Patryk Dudek: Nic się nie zmienia. Dalej wszyscy jeżdżą w lewo, są te same tory i ci sami zawodnicy. Podejście jest trochę inne, większe ciśnienie ze strony mediów, kibiców, ale to tylko w teorii, bo jeśli się dobrze jeździ, to tak się tego nie odczuwa. W moim przypadku właśnie tak było, także nie trzeba się tego bać.




Czyli nie odczułeś dotkliwie tej zmiany?
Nie, nie. Tym bardziej, że będąc juniorem w lidze szwedzkiej, startowałem z numer 1,2,3 jako senior i wcale mi to nie przeszkadzało.




Miałeś problem z dostosowaniem siebie, swojego podejścia jak i sprzętu do tego typu rozgrywek?
Od jakiegoś czasu przygotowuję się tak samo więc byłem pewny swojego dobrego przygotowania, prawidłowo dobranego sprzętu. Ważne było to, że wynik był satysfakcjonujący i nawet nie myślałem, że jadę jako senior, czy jako junior. W ostatnich latach będąc juniorem całkiem dobrze radziłem sobie z seniorami.




Twoja opinia na temat pierwszego sezonu w całości objechanego jako senior?
To był mój drugi sezon w seniorach, tylko pierwszy nie był udany, ponieważ byłem zawieszony, ale dobrze, że mało kto o tym pamięta. Ten sezon udało mi się objechać w całości jako senior i okazał się bardzo udany. Na polskim podwórku zdobyłem chyba wszystko co mogłem: Złoty Kask, finał Mistrzostw Polski, Grand Prix Challenge z maksymalną liczbą punktów, po raz drugi startowałem w Drużynowych Mistrzostwach Świata i zdobyłem tam złoto. Marzenia się jednak spełniają i przy pomocy ciężkiej pracy i odpowiedniej motywacji chyba mogę być wzorem dla dzieciaczków. Nie wolno się poddawać, trzeba walczyć, bo jest możliwość wejścia na najwyższy poziom, ale trzeba bardzo uważać, żeby za szybko z niego nie spaść. Dlatego też cały czas myślę o żużlu, jestem skupiony i skoncentrowany na kolejnych sezonach po to, by utrzymać tę dobrą formę jak najdłużej.




Można stwierdzić, że z poprzedniego sezonu zgarnąłeś całą pulę?
Myślę, że udało mi się zrobić maksa. Na 3 turnieje, które się odbywały w Ostrowie, Lesznie i Gorzowie wygrałem 2, a raz byłem drugi. Do tego wszystkie te imprezy o których mówiłem wcześniej: Złoty Kask, Mistrzostwo Polski, Drużynowe Mistrzostwa Świata. Czego chcieć więcej (śmiech)?! Nie startowałem tylko w Grand Prix, ale cieszę się, że sam ten awans wywalczyłem i to jeszcze na obcym terenie, bo zawody były w Szwecji, a także z maksymalną liczbą punktów. Także jestem mega zadowolony.


źródło: www.sportowefakty.wp.pl

Oprócz startów w polskiej lidze i cyklu Grand Prix, czekają Ciebie starty za granicą. Uda Ci się to wszystko pogodzić?

Teoretycznie tych startów będzie nawet mniej, ponieważ nie jeżdżąc w Grand Prix, startowałem w lidze szwedzkiej, duńskiej, czeskiej, a także w Niemczech były pojedyncze zawody i tych meczów było naprawdę sporo. W przyszłym sezonie będzie ich podobna ilość, bo odpuszczę sobie stary w słabszych ligach zagranicznych jak czeskiej, duńskiej, czy niemieckiej, a w te miejsca przyjdzie Grand Prix. Myślę, że to będzie dobry układ jeżdżąc w niedzielę w Polsce, we wtorek w Szwecji, a soboty na Grand Prix. Jeżeli zdarzy się przerwa w jakiś rozgrywkach wtedy może uda się pojechać gdzie indziej.




Twój awans do Grand Prix, wcześniejszy sukces Bartosza Zmarzlika potwierdza początek "młodzieżowej dominacji" w tym cyklu?
Od jakiegoś czasu tak, ale to jest spowodowane bardziej brakiem kolejnych młodych zawodników, a w konsekwencji brakiem konkurencji dla nas. Możemy praktycznie rywalizować tylko między sobą. Należy tutaj wspomnieć o braciach Pawlickich, czy Maćku Janowskim. Teraz Paweł Przedpełski wkracza do wieku seniora i tych juniorów póki co nie widać. Wyróżnia się młody Maks Drabik, a poza tym jest krucho z młodymi zawodnikami i to sprawia, że póki co my z Bartkiem wojujemy na świecie z Polski. (śmiech)




Porównujesz sukces z 2013 roku i tytuł Mistrza Świata Juniorów do wygranej w Grand Prix Challenge?
Nie, ja nie jestem od tego, żeby porównywać. Myślę, że to trzeba zostawić kibicom i mediom.




Wiesz już jak przygotować się do tego intensywnego sezonu?
Tak wiem. Przygotowuję się od dłuższego czasu tak samo. Wystarczy spojrzeć na mój rozwój, na to jak wyglądałem w wieku 16 kiedy zaczynałem jeździć, a jak prezentuję się dzisiaj. Progres jest widoczny co roku i nie muszę nic nikomu udowadniać. Każdy widzi co robię i wszystkie przygotowania skutkują coraz to lepszą dyspozycją na torze. Mam nadzieję, że noga mi się nie powinie i sezon 2017 będzie równie szczęśliwy.




Jakim startom poświęcasz najwięcej uwagi: indywidualnym, czy drużynowym?
Różnie, bo indywidualnie osiągnąłem już prawie wszystko, poza Mistrzostwem Świata, Mistrzostwem Europy więc teraz będę się jeszcze mocniej koncentrował na Grand Prix. Występy drużynowe także są bardzo istotne dla kibiców, działaczy i mediów, dlatego w tej pracy każdy mecz, każdy bieg jest ważny i nie można tego rozdzielać. Wygrywać chce każdy i idąc do pracy zawsze daję z siebie 100%. Nie zawsze to wychodzi tak jakbym chciał, ale muszę przyznać, że dla mnie nie istnieje podział na zawody gorsze i lepsze, istotne lub mniej istotne. Zawsze jadę na maksa, jednocześnie chcąc zrobić super widowisko i skończyć cało i zdrowo. 




Jeśli już wspomniałeś o występach drużynowych, to chciałabym pozostać przy nich trochę dłużej. Skład Falubazu jest już znany, obyło się bez większych rotacji. Twoim zdaniem to dobre rozwiązanie?
Myślę, że dobre. Znamy się już na torze oraz poza nim. Zdążyliśmy się już dotrzeć przez co będzie nam łatwiej porozumieć się w przyszłym sezonie w parkingu. Nie przeszkadza mi stary skład. Cieszę się, że nie będzie się trzeba na nowo poznawać i decyzja o tym, żeby niczego nie zmieniać, na dzień dzisiejszy jest jak najbardziej trafiona.

źródło: www.falubaz.com

Można mówić o równym sezonie dla wszystkich zawodników?
Sezon dla wszystkich seniorów był równy i dobry, choć wiadomo jakie problemy mieliśmy na początku: kontuzja Jarka Hampela, nikt też nie wiedział jak będzie jechał Jason Doyle, czy ja jako senior. Najważniejsze, że podołaliśmy wszyscy zadaniu i każdy zielonogórski kibic może być z nas zadowolony. Trzech naszych zawodników znalazło się w "10" najlepiej punktujących. Udało nam się zrobić swoje i miejmy nadzieję, że zaczynając w przyszłym sezonie ze wszystkimi, będzie jeszcze lepiej.




Drużynowy brąz z perspektywy całego sezonu był dla zespołu sukcesem, czy lekkim rozczarowaniem?
Każdy medal jest ważny, bo zapisuje się w historii klubu i miasta. Przed sezonem, planem minimalnym był awans do fazy play-off i udało się go w pełni zrealizować, ale jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia i kibice się w środku sezonu trochę podpalili, bo udawało nam się wygrywać mecze, jeden za drugim. Wywieźliśmy też zwycięstwo z Gorzowa po kilku latach i stąd narodziły się nadzieje na złoto. Warto jednak pamiętać, że to jest sport i wszystko może się w nim zdarzyć. Nie wyszły nam mecze półfinałowe przez co musieliśmy walczyć o brązowe medale. Ich zdobycie było dużym osiągnięciem, tym bardziej z perspektywy początku sezonu, kiedy nie jechaliśmy w pełnym składzie, bo mieliśmy sporo problemów kadrowych. Miejmy nadzieję, że w sezonie 2017 będziemy naprawdę mocni.




Barwy Falubazu reprezentujesz od 2008 roku i masz już na koncie 3 drużynowe złota.
Tak, tych medali jest dużo, ale nie tylko drużynowych, bo trzeba także pamiętać o tych trofeach  indywidualnych, które są równie dla mnie bardzo cenne. Każdy sukces dla drużyny jest ważny, bo ma swoją historię. Po to się jeździ na żużlu, by pisać swoją historię jak i drużyny.




Po zakończonym sezonie w mediach pojawiło się dużo informacji o Twoich negocjacjach z innymi klubami. Jest to prawda, czy raczej wymysł mediów?
Owszem były rozmowy. Wielu zawodników, nie tylko ja, w takim okresie rozmawia z innymi klubami. Nie ma czego tutaj ukrywać, bo zawsze trzeba się rozglądać, orientować co się dzieje na rynku.




Nikt sobie nie wyobraża klubu przy Wrocławskiej bez Patryka Dudka. Ty także nie wyobrażasz sobie przyszłości bez Falubazu?
Na dzień dzisiejszy nie, bo mam ważny kontrakt. Przez następne 2 lata jestem związany z Falubazem. Nie mogę obiecać, że zostanę tutaj tak długo jak Andrzej Huszcza, albo do końca życia (śmiech). Często największe sukcesy zawodnicy zdobywają poza rodzimymi klubami. Czas pokaże. Ja z pewnością nie chciałbym odchodzić z Zielonej Góry, ale trzeba pamiętać, że żużel to moja praca i ja z tego żyję. Na emeryturę trzeba coś odkładać, bo wiecznie żużlowcem nie będę. Póki co będę się starał jeździć jak najlepiej w Zielonej Górze.




Będąc już tyle lat w żużlu, zaobserwowałeś jakieś zmiany?
Rosnącą z każdym rokiem "napinkę". Nie ma już takiego luzu jak podczas zawodów w Szwecji. Mam wrażenie, że jest coraz większe ciśnienie tutaj.




Kiedy zaczynałeś jeździć, to myślałeś, że w wieku 24 lat staniesz się jedną z ikon polskiego żużla?
Nie myślałem o tym, ale wiedziałem w wieku 15 lat co chcę robić i od tego momentu zawzięcie dążyłem, żeby być w miejscu, w którym jestem. Mogę powiedzieć młodym sportowcom, ale także wszystkim młodym ludziom, że warto gonić za marzeniami jak najszybciej, czasem niestety po trupach, aby być w dobrym miejscu, tak jak ja. Sam mam 24 lata i moja kariera trwa 8 lat, a już osiągnąłem całkiem sporo.
źródło: www.zielonagora.wyborcza.pl

Co byś szczególnie chciał osiągnąć w swoim życiu?
Teraz brakuje mi już tylko mistrza świata i będę się trochę na tym koncentrował, ale najważniejsze w tym wszystkim są: zdrowie i rozsądek. Chcę przejechać sezon bez większych kontuzji, aby moja rodzina, dziewczyna nie musieli się martwić o to czy wrócę cały i zdrowy.




Z mojej strony to tyle. Dziękuję za rozmowę!

Również dziękuję.





niedziela, 27 listopada 2016

Wiek nie gra roli

Mieszkańcom Zielonej Góry i okolic nie trzeba tłumaczyć czym jest żużel. Innym warto podkreślić, że nie jest to sport, w którym czterech zawodników ściga się na torze, jeżdżąc w lewo. Jak na każdy sport należy spojrzeć szerzej, stąd dwuczęściowy cykl wywiadów z zawodnikami Falubazu Zielona Góra. Pierwszym rozmówcą był Piotr Protasiewicz - kapitan zielonogórskiej ekipy, którego miałam przyjemność spotkać poza torem, bez motocykla w pobliżu.
Serdecznie zapraszam do zapoznania się z wywiadem!



Blondynka o sporcie: Jest Pan w żużlu od 24 lat. Pamięta Pan jeszcze swoje początki w tej dyscyplinie?
Piotr Protasiewicz: Oczywiście, że pamiętam. Takich rzeczy jak pierwszy trening, licencja, czy debiuty w zawodach młodzieżowych się nie zapomina.

Jak one wyglądały?
Z pewnością nie były kolorowe (śmiech). Obserwując wszystko z boku myślałem, że to lżejszy kawałek chleba. Po pierwszych treningach otworzyły mi się oczy i nabrałem dużego respektu, szacunku do motocykla. Jednak wraz z następnymi okrążeniami, zawodami przełamywało się lęki. Na pierwszy trening przyjechałem bardzo dobrze przygotowany organizacyjnie, bo wcześniej jeździłem na wielu rodzajach motorów. Szybko zacząłem jeździć z takim ślizgiem, który nie był do końca kontrolowany, a licencję zdałem po dwóch, trzech miesiącach.


Wpływ Pana ojca był znaczący na wybór dyscypliny?
Sam miałem wpływ na swoją decyzję, a tata mi bardzo pomagał. Był daleki od tego, aby mnie pchać tutaj na siłę i musiałem walczyć o jego zgodę na treningi, a później na starty. Jest osobą, której zawdzięczam najwięcej, bo gdyby nie on, nie byłbym w żużlu, a tym bardziej w takim miejscu.


Kiedy Pana zdaniem zaczęło się dobrze dziać z polskim żużlu?
Był moment, że głównie szło w złym kierunku, gdyby się cofnąć 5-7 lat, to wielokrotnie byłem zażenowany sytuacjami, które miały miejsce. Wszystkie zmiany regulaminowe, style i sposoby ich wprowadzania zostawiały bardzo dużo do myślenia, ale ostatni rok, czy nawet 2 pokazały, że zaczęliśmy nadawać na podobnych falach z ludźmi tworzącymi Ekstraligę. Sam jeszcze wiele bym zmienił, bo jeśli są szanse na kompromis, a z niewolnika nie ma pracownika, to wiele kwestii należałoby wyprostować. Ważne jest to, że jest tendencja zwyżkowa i wszystko idzie w dobrym kierunku.


Wspomniał Pan o zmianach regulaminowych. W Polsce są one wprowadzane nieustannie i prawie każdy sezon przynosi za sobą pewne nowinki.
Kilka lat temu większość zmian wpływały na mnie negatywnie i mocno się przeciwko nim buntowałem. Dzisiaj podchodzę do tego spokojniej. Staram się skupiać na tym co robię i co jest dla mnie najważniejsze. Szczerze powiedziawszy nie do końca orientuję się we wszystkich zmianach na przyszły rok, ale mam kontrakt w klubie, w którym pracują normalni ludzie, którzy chcą pracować więc nawet w kwestii „dziwnego zapisu” można się dogadać. Stąd mój spokój i komfort, że nie muszę się martwić o zmiany regulaminowe.


Wraz z kolejnym sezonem wchodzi zapis ograniczający ilość kontraktów dla zawodników. Popiera Pan ten pomysł?
Jeśli chodzi o mnie, to 3 ligi łącznie z polską to jest optymalny układ dla każdego zawodnika. Wtedy wydaje się to do ogarnięcia czasowo, bo wiadomo, że kalendarz z gumy nie jest i jest to chyba kierunek, który można przełknąć.
źródło: www.falubaz.com

20-30 lat temu polscy zawodnicy marzyli o tym, żeby spróbować startów za granicą. Dzisiaj to Zachód puka do nas, bo polska liga jest jedną z najlepszych. Skąd taki progres?
Piękne stadiony, wspaniali kibice, czyli setki tysięcy ludzi, którzy oglądają mecze. Do tego dochodzą media, super przekaz i zupełnie inne kontrakty niż w ligach zagranicznych. Nie znam zawodnika, który nie chciałby jeździć w dobrym, a nawet najlepszym klubie i walczyć o medale. Przekłada się to na ligę i jej moc.


Pomimo wysokiego poziomu rozgrywek i bardzo dobrych warunków rozwoju, polscy zawodnicy startują w ligach zagranicznych. Dlaczego?
Wynika to ze specyfiki tego sportu, bo żeby utrzymać formę nie wystarczy jeździć raz w tygodniu i to nie zawsze. Sam trening też tego nie da więc trzeba jeździć za granicą. Owszem, utrzymanie teamu, sprzętu i całej logistyki jest na najwyższym poziomie i wymaga dużych pieniędzy, ale żeby być w gazie, mieć wyczucie w sprzęcie to trzeba startować częściej niż raz na 7 dni. „Przepałowanie” na 5 meczy w tygodniu przynosi skutek odwrotny co prawda, ale te 2-3 starty to jest taki standard, który powinien być spełniony.


Jak starty za granicą wpływają na Pana?
W Szwecji reprezentuję tę samą drużynę od 18 lat więc jestem stabilnie poukładany. Dla mnie są to tak samo ważne zawody, ale dzień przed, czy w tym samym dniu człowiek chodzi mniej spięty. Myśli jednak krążą wokół tego meczu, pojawiają się oczekiwania ze strony sponsorów, kibiców, także samego siebie. Dążę do tego, aby do każdych zawodów podchodzić poważnie.


Polscy działacze robią wszystko, aby udoskonalić polskie rozgrywki, ale mimo to nie przekłada się to na wyczekiwane szaleństwo na trybunach, a żużel nadal tkwi w cieniu innych gigantów. Jaki jest tego powód?
Żużel zmierza w naprawdę dobrym kierunku i staje się coraz bardziej popularny. Przykładowo, marka Falubaz nie jest rozpoznawalna tylko tutaj. Sam przebywając np. w Warszawie, nie jestem anonimowy i nie pochodzę z anonimowego klubu. Piłkę nożną jest trudno przebić ze względu na gigantyczny przekaz medialny, ale także łatwiejszy dostęp do treningów. By móc trenować żużel trzeba mieć tor, opiekę medyczną, sprzęt, ubiór, kaski itd. Właśnie z tego tytułu dzieciaczków, które przyjeżdżają tutaj z rodzicami jest mniej. Nie oszukujmy się, bo football jest jeden, ale z innymi dyscyplinami żużel może śmiało konkurować i stanowić razem z siatkówką, czy koszykówką drugą siłę w kraju.


Dzisiaj można mówić, że sytuacja z kibicami jest całkowicie unormowana?
Dzisiaj mamy rewelacyjne relacje z kibicami. Wiadomo, że były lepsze i gorsze momenty. Najczęściej zależały od poziomu sportowego, ale taki jest sport. Rok 2016 pokazał, że klub obrał dobry kierunek, bo frekwencję mieliśmy świetną i oby tak dalej.


Falubaz w tym roku obchodzi 70-lecie. Regularnie od 10 lat występuje w fazie play-off, a mimo to kibicom jest za mało. Trudno jest uszczęśliwić zielonogórskiego kibica?
Nikt nie ma patentu na wygrywanie. My robimy swoje. Przez okres 10 lat wielokrotnie stawaliśmy na podium Mistrzostw Polski, w tym 3 razy wywalczyliśmy złoto. Tylko 2 lata były pechowe i wyeliminowały nas z walki o medale, ale nie zawsze wszystko wychodzi.
źródło: www.pepe.pentel.pl

W tym sezonie wywalczyliście brąz. Czy z perspektywy sezonu mogliście oczekiwać czegoś więcej?
Dla mnie sezon 2016 jest postrzegany w kategorii sukcesu. Mieliśmy wiele dobrych występów choć finalnie mogliśmy zajść dalej, ale równie dobrze mogło nas nie być play-offach, bo tak też się zapowiadało chociażby z powodu problemów kadrowych. Pod względem drużynowym, widowiskowym, a także frekwencji i przekazu medialnego oceniam ostatnią rundę na duży plus.


Dużo pracy wymagała od Pana dobra dyspozycja w minionym sezonie?
Standardowo, jak co roku. Elementem składowym był także sprzęt oraz odrobina szczęścia sportowego.


Pozwolę sobie zadać pytanie od mojego starszego brata. Jaka jest Pana recepta na tak fantastyczną jazdę w takim wieku?
Wiek tutaj nie gra roli. Równie dobrze mogę zadać pytanie zwrotne: kto jest aktualnym Mistrzem Świata? Greg Hancok ma trochę więcej lat ode mnie. Jego dorobek potwierdza, że wiek nie jest za bardzo istotny. Liczy się podejście, sportowy tryb życia i sprzęt. Jeśli to wszystko jest, to nie ma rzeczy niemożliwych.


Wspomniał Pan o wieku. W związku z tym pojawiało się w Panu kiedykolwiek pragnienie potwierdzenia swojej wyższości nad młodymi zawodnikami?
Staram się, żeby zasady przy różnego rodzaju dominacjach były zdrowe i to sport odgrywał główną rolę. Mam jednak świadomość, że mi w niektórych sytuacjach jest trudniej, ale mam doświadczenie, świetnie przygotowany organizm więc nie mam się czego wstydzić. Jeśli chodzi o podejście do żużla, to nie mogę sobie nic zarzucić. Potrafię się dogadać z 18-latkiem, 25-latkiem, czy 45-latkiem zarówno prywatnie jak i zawodowo, na torze lub poza nim. Mam swój styl i nie chcę go zmieniać, dopasowywać do kogoś. Po prostu nie rywalizuję, chcę być tylko jednym z najlepszych zawodników i póki co mi to wychodzi.


W poprzednim sezonie byliśmy świadkami Pana wypadku, który skutkował skomplikowanym złamaniem obojczyka, a mimo to już po kilku dniach pokazał się Pan na torze w świetnej dyspozycji. Skąd ta ekspresowa rekonwalescencja?
Tutaj należy spojrzeć trochę szerzej. Udało mi się stworzyć własny team medyczny. Praktycznie od razu byłem umówiony na badania, operację, a następnie na rehabilitację. Praktycznie przez 9 dni nie wychodziłem z gabinetów zabiegowych, później tylko dom i odpoczynek. Wspomagania farmakologiczne plus zabiegi, ćwiczenia podparte świetną diagnozą i prawidłową operacją, a także moje zaangażowanie i chęć powrotu dały właśnie efekt w postaci jazdy na motorze po 7 dniach. 2 dni po tym pojechałem w meczu ligowym i to nie w byle jakim, bo derbowym i udało mi się wykręcić 11, czy 12 punktów. Medycyna podparta ogromną determinacją zawodnika potrafi zdziałać cuda.
źródło: www.sportowefakty.wp.pl

Żużel kojarzy się ze sportem drużynowym, choć bardzo ważne są także wyniki indywidualne. Po zakończonym sezonie był Pan zadowolony ze swoich startów?
Kontuzja dosyć mocno pokrzyżowała mi plany, bo ominęło mnie wiele prestiżowych zawodów. Taki jest sport! Nigdy nie ma dobrej pory na kontuzje, nie ma znaczenia, czy to początek, środek, czy koniec sezonu. Zawsze się coś pozarywa. Udało mi się pojechać w wielu turniejach ligowych, ale także w indywidualnych, gdzie potrafiłem wygrywać. Podobnie w turniejach kadry, podczas których byłem najlepszym zawodnikiem. Nie byłem żadnym outsiderem. Przejechałem równy sezon, gorzej było w Szwecji, ale to z trochę innych powodów. To co mogłem przejechałem dobrze, bo zawsze byłem w tej czołówce, ale też jest plan na kolejne lata.


W jednym z wywiadów wspomniał Pan, że dopiero niedawno dojrzał do żużla. W czym ta dojrzałość się objawia?
Miałem na myśli ten żużel na najwyższym poziomie, czyli międzynarodowy, kadrowy. Od 6 lat pracuję z psychologiem sportu, bo niby było wszystko, ale wielokrotnie brakowało tej kropki nad „i”, nie wychodziło w tych finałowych momentach. Zacząłem dużo pracować, ale pewnie można jeszcze więcej, dlatego dużo rzeczy poczyniłem, wiele tematów zmieniłem, aby było lepiej. Złożyło się na to doświadczenie, pewna stabilizacja, porządek w rodzinie jak i pomoc z jej strony. Bliscy robią wszystko, abym w trakcie sezonu mógł się odciąć od życia rodzinnego i zająć żużlem.


Co chciałby Pan jeszcze osiągnąć w żużlu?
Ja czuję się spełnionym sportowcem. Mam tytuły drużynowego mistrza świata, mistrza Polski indywidualnie jak i z drużyną. Tych medali mam naprawdę sporą reklamówkę, ale to jest historia. Patrzę przede wszystkim na to co będzie. Jestem na innym etapie kariery niż przykładowo 25-latek. Lata, które pozostały mi w żużlu będę chciał wykorzystać całkowicie i na ile pozwoli zdrowie. Przede wszystkim chciałbym awansować do Grand Prix.

Sportowo osiągnął Pan już wszystko w Zielonej Górze?
Drużynowo na pewno, bo trzykrotnie zdobyliśmy Drużynowe Mistrzostwo Polski. Nie jeździłem jednak przez całą karierę w Zielonej Górze, ale te ostatnie lata tutaj spędzone to z pewnością całe pasmo sukcesów.

W Zielonej Górze znalazł Pan to czego szukał?
Każdy klub, w którym jeździłem i doświadczenia tam zdobyte były dla mnie bardzo ważne i przejścia traktuje jako pozytyw. Wszędzie, gdzie miałem okazję startować, wynosiłem cenne lekcje. Wracając do Falubazu po 12 latach nie byłem już tym samym zawodnikiem. Nie mógłbym dać drużynie tego co daję, gdyby nie występy w innych klubach.


Powrócę ponownie do całego zespołu. W tym sezonie było widać, że stanowicie pewien monolit, zgraną całość. Jakie czynniki miały na to decydujący wpływ?
Trener potrafił nas skonsolidować. Trochę pozmieniane struktury w zarządzie, stabilizacja finansowa, która jest bardzo istotna, ponieważ żużel jest sportem motorowym, nieodzownie połączonym z finansami i to nie małymi. To jest swego rodzaju fundament, bo jeśli zawodnik prywatnie ma spokój w rodzinie, poukładane wszystkie klocki, a do tego w klubie wszystko współgra, wtedy ma czystą głowę i może się skupić na jeździe. Widzieliśmy także jaka jest sytuacja kadrowa. Jarek Hampel – kontuzja, wypadł także Kenni Larsen, a po drodze kontuzje pozostałych zawodników, w tym moja. Mieliśmy świadomość, że jeżeli nie będzie tej spójności i nie będziemy stanowili sportowej rodziny to będzie źle. W maju nikt nie pomyślał, że awansujemy do fazy play-off, a tutaj o błysk szprychy przegraliśmy finał i możliwość walki o złoto. Dzisiaj traktujemy to jak historię i skupiamy się na następnym sezonie.


Jaką rolę odgrywa kapitan w speedwayu?
Ja jestem tylko członkiem drużyny. Tylko i aż. Każdy kto jeździ w naszej ekipie ma identyczne prawa i jest tak samo ważny. Nie ma tu podziałów, hierarchii. Opaska owszem jest i są momenty kiedy chcę dać od siebie znacznie więcej jako kapitan. Przyjęło się, że gdy są problemy to kapitan bierze cały ciężar walki. O dziwo tak się zawsze składało, że potrafiłem wyciągnąć drużynę z kryzysu i pociągnąć ten wynik, czy to w przypadku rezerwy taktycznej czy ZZ (red. zawodnika zastępowanego). Każdy żużlowiec jak i punkty przez niego zdobyte są bardzo ważne, bo nie wygrywa się w pojedynkę, czy dwójką zawodników, ale całą drużyną.


Marek Cieślak jest trenerem zielonogórskiej ekipy, ale także reprezentacji Polski. To sprawia, że w sezonie spędzacie znacznie więcej czasu niż pozostali zawodnicy. Nie macie siebie czasem dosyć?
Aż tak to nie. (śmiech) Nie jesteśmy ze sobą dzień i noc. Rola trenera żużlowego nieco odbiega od roli szkoleniowca w piłce nożnej czy koszykówce. Trzeba to podkreślić, że naszym szefem jest najlepszy trener w Polsce, który czuje sport, czuje zawodników. Możemy się w jakiś kwestiach nie zgodzić, ale jesteśmy zawodowcami i dorosłymi ludźmi.




źródło: www.pepe.pentel.pl