środa, 15 listopada 2017

Dwudziestolatek w ciele 37-latka!

Mnóstwo osób myśli, że w wieku 37 lat nie można już niczego zmienić na dobre i są niestety w błędzie. Zmienić można dużo i mieć z tego ogromne profity, a wie o tym doskonale mój ostatni rozmówca. Filip Dylewicz pomimo tego, że ma za sobą kilkanaście lat zawodowego uprawiania sportu, 600 meczów w polskiej lidze to z całą pewnością ograłby niejednego "młodzieniaszka". Sam podkreśla, że nie czuje swojego wieku, a swoimi występami udowadnia, że jest jak wino - im starszy, tym lepszy.
Zapraszam Was serdecznie do lektury wywiadu!


Blondynka o sporcie: Doświadczenie zdobyte na koszykarskich parkietach wpłynęło na zmianę Pana podejścia?

Filip Dylewicz: Jestem zawodowcem i każdy mecz dla mnie jest czymś nowym i wymaga ode mnie koncentracji, maksymalnego zaangażowania i profesjonalnego podejścia. Bywają gorsze i lepsze dni. Często to one mają znaczący wpływ na postawę w danym dniu. Do każdego meczu podchodzę tak samo i nieważne, czy był to pierwszy rok moich występów, czy dwudziesty. Zawsze chcę dać z siebie 100% i przed każdym meczem powtarzam sobie, że ten dzisiejszy będzie tym przełomowym. Nie doszedłem jeszcze do momentu, w którym stanąłem przed lustrem i stwierdziłem "dzisiaj było 100%". Wszystko przede mną.





Głowa identycznie znosi porażki?
Głowa jest kluczowa zarówno w życiu codziennym jak i w sporcie. Decyduje o tym jak się czujemy, ale także jak pracują mięśnie. Porażki bolą, są nieprzyjemne, ale zawsze towarzyszą dyscyplinom sportowym. Trzeba nauczyć się balansu, aby nie zdołowały nas jako jednostki. Każdy chce wygrywać, ale trzeba zdawać sobie sprawę, że często znajdzie się ktoś kto jest lepszy.





Koszykówka uczy życia?
Każdy sport uczy. W moim przypadku koszykówka jest czymś niezwykłym. Poznaje się mnóstwo ludzi, jest się w wielu miejscach, można być rozpoznawalnym na ulicach. Jest to bardzo przyjemne więc wylewanie potu, męczarnie, a nawet chęć rzucenia sportu, wynagradza wszystko.





Wspomniał Pan o rzucaniu sportu. Ile razy pojawiał się u Pana ten moment?

Raz w życiu miałem taką chwilę. Grałem w Bydgoszczy, gdzie miał miejsce zalążek mojej kariery. Jako to bywa z młodymi, coś mi się nie spodobało i oznajmiłem rodzinie, że nie chcę chodzić na treningi, ale za ich namową zostałem.
źródło: www.polskikosz.pl



Od początku koszykówka była planem na życie?
Zawsze byłem bardzo sportowy. Znajomi, z którymi rozmawiam, powtarzają, że to było wiadome, że zostanę sportowcem. Żadna z dyscyplin nie sprawiała mi problemu, a próbowałem: kajakarstwa, piłki nożnej, tenisa stołowego. Dzięki swojej zmarłej babci trafiłem do koszykówki.





W Pana dyscyplinie jest miejsce dla indywidualistów?

Sportowiec musi być indywidualistą, ale trzeba pamiętać o zbilansowaniu i równowadze. Indywidualizm sprawdza się w sportach, w których na świeczniku jest jednostka, natomiast tam gdzie jesteśmy kolektywem, owszem jest ważny, ale nie najważniejszy. Każdy z nas musi walczyć i rywalizować, ale dla dobra całości. Ja mając 37 lat również stawiam sobie za cel pokazanie, że ktoś jest gorszy ode mnie.





Koszykówka jest nieprzewidywalna?

To jest chyba jej piękno jak i wszystkich dyscyplin sportowych, bo nigdzie nie jesteśmy w stanie przewidzieć rezultatu. Sezon koszykarski jest długi, są drużyny, które wygrywają mecze jako faworyci, ale zdarza się, że liderzy gubią punkty. W play-offach kiedy gramy do czterech wygranych widać wyższość drużyn, które są liderami, ale w innych często decyduje dyspozycja dnia.





W jakiej roli czuje się Pan bardziej komfortowo: jako podstawowy zawodnik, czy rezerwowy?
Dużo się nad tym zastanawiałem. W poprzednim sezonie, kiedy trener Marcin Kloziński zaczął mnie wpuszczać z ławki byłem trochę sfrustrowany. Była to dla mnie niecodzienna sytuacja, bo przez większość kariery wychodziłem w pierwszej "piątce" i  najważniejszym momencie, bo to od nas zależało wejście drużyny w mecz. Sportowa ambicja mówiła mi, że powinienem zaczynać jako podstawowy zawodnik. Musiałem wtedy porozmawiać sam ze sobą i spojrzałem na to z innej perspektywy. Zobaczyłem, że nie docenia się zawodników wchodzących z ławki. Graczom rezerwowym gra się łatwiej, bo na początku spotkania wychodzi "piątka" najlepszych z obu drużyn. Oni walczą między sobą, spinają się, a tego szóstego i siódmego często sobie odpuszczają i na dzień dzisiejszy wolę wchodzić z ławki.





Presja na zawodniku, który wchodzi z ławki i od którego często wymaga się odwrócenia losów meczu, jest większa?

Presja jest na wszystkich: na sztabie, zawodnikach, prezesach, bo występujemy jako drużyna, gramy dla kibiców i to oni nas oceniają. Jest ona nieodłącznym elementem zawodowego uprawiania sportu, zdajemy sobie sprawę z jej obecności, ale nie możemy dopuścić, żeby nas zdominowała. Zawodowstwo nie jest zabawą, przeczy temu wszystkiemu co się o nas mówi: przyjdą sobie na dwie godziny, pobiegają, porzucają i mają za to duże pieniądze. To co innego niż bieganie po plaży dla przyjemności.




To znaczy, że koszykarze są niedoceniani?
Zależy przez kogo, bo opinia publiczna jest różna. Są ludzie, którzy myślą w sposób o jakim wspomniałem. Mój brat powtarzał, że z 10 rzutów za 3 punkty rzuciłby z pewnością 6. Przyjechał na halę, miał możliwość, żeby w przerwie meczu wykonywać rzuty wolne i wszystkie to airball'e [pot. pudła, rzuty, które nie trafiają w obręcz]. Nie jest to takie proste, a dodajmy do tego zmęczenie, presję, fakt, że ktoś ciągle goni i chce udowodnić fakt bycia lepszym. Nie każdy jest zdolny do takich rzeczy.
źródło: www.sport.trojmiasto.pl

Dlaczego celne rzuty są kwestią psychiki?
Jest najważniejsza. Możemy wypracować tylko pewne automatyzmy, robić coś bez namysłu. Jak się myśli to się nie trafia. Im bardziej się chce, tym mniej wychodzi. Sam to przerabiałem wielokrotnie kiedy przychodziłem kryzys. Zażegnać go można cierpliwością i ciężką pracą, nic na siłę.





Chciałabym nawiązać do jednego z udzielonych przez Pana wywiadów na temat zdrowych nawyków. Ile dla zawodowego koszykarza znaczy dobre prowadzenie się?

Temat rzeka, bo w świadomości Polaków zdrowe odżywianie się oznacza "niepalenie papierosów i nie picie alkoholu". Ludzie nie wiedzą, że u sportowca w grę wchodzi: wypoczynek, odpowiednia dieta, suplementacja, treningi z zespołem, indywidualne. Teraz mam świadomość, że dobrze jem, odpowiednio pracuję, świetnie się czuję więc to musi przynieść efekt. Zachorowałem niedawno na profesjonalizm przez Artura Mielczarka. Jestem ogromnym fanem słodyczy. Przed meczem wyjazdowym zawsze musiałem mieć przy sobie torbę słodyczy, dwie litrowe cole i gazety motoryzacyjne. Funkcjonowałem tak przez kilkanaście lat, za to teraz jest zupełnie inaczej.




Co było przełomowym momentem dla wprowadzenia tych zmian?
Moment, w którym Artur Mielczarek zdjął koszulkę! (śmiech) Zdałem sobie sprawę jak my, jako naród mamy niską świadomość wpływu jedzenia na nasze samopoczucie. Uwielbiałem pizzę, słodycze i na tym funkcjonowałem. Nigdy nie miałem problemów z nadwagą i pewnie dlatego nie pomyślałem, że można byłoby zamienić to na coś profesjonalnego. Dzięki Arturowi i jego namowom spróbowałem czegoś innego i żałuję, że nie zrobiłem tego wcześniej.




W mediach pojawiło się sformułowanie: "Dylewicz jak wino".

Nie mnie to oceniać. Robię co mogę, czuję się jak dwudziestolatek i nie patrzę na to, że mam 37 lat. Genetycznie jestem tak uwarunkowany, że trenowanie wyczynowe: 2 razy w tygodniu po dwie godziny, nie jest dla mnie problemem.




Czuję Pan, że sił z wiekiem przybywa?
Szczerze to teraz czuję się tak dobrze jak podczas najlepszych lat mojej kariery. Może nie skaczę już tak wysoko, nie ma już tej dynamiki, ale psychicznie, mentalnie gra sprawia mi ogromną frajdę.
źródło: www.przegladsportowy.pl
Swoją dobrą dyspozycją uciera Pan nosa młodym przeciwnikom. Czerpie Pan z tego szczególną satysfakcję?
Zdecydowanie. To jest ta cecha charakteru, która pozwoliła mi zostać profesjonalnym sportowcem. Moim celem jest pokazanie drugiej osobie, że jestem lepszy.






Doświadczenie zdobywał Pan na polskich parkietach, ale także tych europejskich.

Euroliga to był inny poziom. Jako Polacy od wielu lat staramy się dogonić najlepsze zespoły, które tam występują. Jest to niestety uwarunkowane możliwościami finansowymi klubów, które u nas są dużo niższe. Miałem możliwość gry z wielkimi nazwiskami. Mieliśmy w Trójmieście przez pewien czas namiastkę koszykarzy z europejskiego poziomu i dla mnie była to ogromna przyjemność.






Jest sens oceniać polską ligę przez pryzmat występów reprezentacji na arenie międzynarodowej?

Reprezentację tworzą głównie zawodnicy z naszej ligi. W ostatnich latach to się zmienia, bo coraz więcej zawodników szuka szansy za granicą. Najlepsze lata dla polskiej koszykówki to były występy reprezentacji złożonej z koszykarzy grających w naszej lidze. Należy pamiętać o tym, że czasy się trochę zmieniły. Kiedyś zawodnicy, którzy przyjeżdżali do nas z obcymi paszportami, byli absolutnie klasowymi koszykarzami. Teraz mamy na siłę ściąganych zawodników, którzy nie są wcale lepsi od Polaków.




Zagraniczni koszykarze przyciągają kibiców?
Myślę, że nie. Kibic chce się utożsamiać z zawodnikiem, którego będzie oglądał dłużej niż jeden sezon.




Przyglądając się polskiej młodzieży, chociażby tutaj w Sopocie, wierzy Pan w tłuste, obfite lata dla polskiej koszykówki?
Chciałbym i trzymam mocno kciuki, ale ich sukces jest uzależniony od czynników, na które nie mają wpływu, bo zaczynając od systemu szkolenia, po sympatię trenera. On też nie ma łatwego wyboru.






Co chciałby Pan jeszcze osiągnąć w sporcie?

Chciałbym zagrać jeszcze w finale. Brakuje mi gry w play - offach i te 2 lata bez nich trochę mi doskwierają. Nie mam na myśli fantazji w postaci gry w europejskich pucharach. Jestem u siebie, w domu. Cieszę się, że mogę występować w Sopocie na stare lata, ale chcę, żeby Trefl wrócił na swoje miejsce, dominował w polskiej koszykówce i chcę się do tego przysłużyć.






Absolutnie na koniec chciałabym zapytać o mecz z Turowem Zgorzelec, który dla Pana będzie spotkaniem numer 600 w polskiej lidze. Czuje Pan wybieganie tych sześciuset meczów?

Nie, czuję się bardzo dobrze i oby tak jak najdłużej.

Fot. Justyna Liwocha



Fot. Justyna Czubata


środa, 6 września 2017

O obalaniu stareotypu "babo-chłopa", pójściu na czołg z szabelką i najcenniejszych rzeczach w życiu...

Takie wywiady to ja lubię! Długie, szczere i bez owijania w bawełnę. Każdy sportowiec zaczynając karierę sportową chce, aby była ona udana, szczęśliwa. Życie niestety weryfikuje wyobrażenia i zaczyna się walka z samym sobą, przeciwnościami. Ważne, żeby wyjść z niej z twarzą. Jak to śpiewa zespół Perfect: "Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść". Doskonale wiedziała o tym Monika Pyrek - wielokrotna olimpijka, wicemistrzyni Europy z 2006 roku, medalistka Mistrzostw Świata, a obecnie żona, matka, aktywna działaczka i założycielka Fundacji.
Zapraszam do lektury naszej rozmowy, podczas której nie zabrakło śmiechu, ale i wzruszeń!



Blondynka o sporcie: Z perspektywy tych pięciu lat, które minęły od podjęcia decyzji o końcu kariery, twierdzi Pani, że wybrała najlepszy moment?
Tak, to był najlepszy moment, bo karierę mogła przerwać mi kontuzja albo wydarzenie, które na zawsze odepchnie mnie od sportu. Decyzję podjęłam w sytuacji kiedy już nie szło mi najlepiej, bo byłam po kontuzji,co prawda kwalifikowałam się na Mistrzostwa Świata, czy Igrzyska Olimpijskie, ale głowa pamiętała wyższe skoki, a ciało odmawiało wzbijania się na takie wysokości. Wybrałam moment, w którym wiedziałam, że nadal będę kochać sport, dyscyplinę i odejdę na własnych warunkach.



Kończąc karierę miała Pani w sobie jeszcze chęć wygrywania, czy jednak czuła Pani, że trzeba zejść ze sportowej sceny?
Sportowcy są bardzo ambitni i ja także chciałam dobrze się zaprezentować na swoich ostatnich Igrzyskach Olimpijskich i kończyć karierę na najważniejszej imprezie sportowej. Niestety nie awansowałam tam nawet do finału i trochę to bolało, ale z drugiej strony pamiętam jak podeszłam do męża i poprosiłam, żeby zrobił mi moje ostatnie zdjęcie na stadionie. Byłam wzruszona zarówno wtedy jak i teraz, gdy wspominam to po latach. Poświęciłam na sport większą część mojego życia. Mogłabym trenować dłużej, ale po 18 latach nie ma już takich bodźców treningowych, które pozwalają wzbić się na wysoki poziom. Chciałam uciec przed rozczarowaniem, bo ambicje były. Ostatni rok przepracowałam najciężej, ale to nie zaowocowało. Ludzie z mojego kręgu mówili, że ciężka praca odda dopiero w przyszłym roku. Ale co jeśli by nie oddała? Kolejny rok oczekiwań, nadziei i rozczarowań. Postanowiłam odpocząć, wrócić do działania w sporcie ze zdwojoną siłą i kochać sport. Najbardziej bałam się, że go znienawidzę. Chciałam tego uniknąć i wybrałam ku temu najlepszy moment.




Bała się Pani bardziej tego, że rozczaruje siebie, czy kibiców, których przyzwyczaiła Pani do bardzo wysokich wyników?
Oczekiwania zawsze były i moje należały do największych. Czuć było presję dookoła, ale to jednak człowiek sam wywiera na sobie największą. W gronie najbliższych współpracowników oczekiwań aż takich nie było, bo znali sytuację i jak to w sporcie się układa. Wystarczyło im to, co do tej pory osiągnęłam, ale także wiedzieli, że w sporcie oprócz pracy potrzebne też jest szczęście.

źródło: www.pzla.pl



Co Pani najcieplej wspomina z lat wyczynowego uprawiania sportu?

Kiedy teraz po latach wracam do sportu to przypominają mi się zgrupowania, moja sportowa rodzina. Ostatnio Facebook przypomniał mi wydarzenie z 2011 roku, w Daegu na Mistrzostwach Świata kiedy to dziewczyny na tablicy wypisały mi coś w rodzaju rymowanki, wierszyka. Właśnie tego najbardziej mi brakuje, czyli tej mojej sportowej rodziny, której teraz nie mam codziennie. Wtedy żyliśmy jak na wiecznych koloniach, 250 dni na zgrupowaniach poza domem, ciągle na walizkach. Z czasem się to uprzykrzało, bo dla mnie pod koniec kariery największym marzeniem było całkowite rozpakowanie w domu. Mieć wypakowaną kosmetyczkę, a nie wiecznie wszystko spakowane, bo i tak się zaraz wyjeżdża. Tymczasowość w domu była okropna. Teraz również czuję się chora kiedy mam gdzieś wyjechać na dłużej. Spakuje się w 3 sekundy, ale gdybym nie musiała, to nigdzie bym nie wyjeżdżała




Czuje się Pani spełniona jako sportowiec?
Myślę, że tak. Ważne dla mnie było to, aby patrząc w tył, w przeszłość, móc się uśmiechać do wspomnień, nie żałować niczego i mieć poczucie spełnienia. Część pewnie mi zarzuci, że jak mogę czuć się spełniona skoro nie mam medalu olimpijskiego, ale nie o to tutaj chodzi. Sport to przygoda, nauka, szkolenie charakteru i ja to mam. Fajnie byłoby mieć medal olimpijski, emeryturę olimpijską, ale trzeba sobie na nią zarobić jak normalny człowiek! (śmiech)




Czego nauczyła Panią długoletnia obecność w sporcie?
Sportowcy bardzo intensywnie przeżywają porażki i sukcesy, ale szybko umieją przywyknąć do normalnego życia. Sport uczy pokory zarówno po przegranej jak i po wygranej. Przychodzi moment kiedy każdy następny dzień jest wyzwaniem, niewiadomą, przygotowaniem do wielkiej imprezy jak Mistrzostwa Świata, czy Igrzyska Olimpijskie. Nikt za darmo medalu tam nie przyznaję.Taka świadomość procentuje później w pracy zawodowej. Oprócz pokory sport to też szkoła profesjonalizmu, który ja stosuję absolutnie wszędzie, nie umiem inaczej. Jesteśmy uczeni pracy od najmłodszych lat, bo bez całkowitego poświęcenia nic nie wyjdzie. Przy okazji mojej pracy radiowej dowiedziałam się, że Sławek Szmal ma absolutnie tak samo. Zwykłe mycie okien musi być zrobione idealnie, w najmniejszym kąciku. Mistrzem świata trzeba być we wszystkim, nie umiemy inaczej. Sportowcy szybko uczą się nowych rzeczy, przystosowują się i kiedy pracowałam w radiu usłyszałam, że przez 3 lata nauczyłam się tego co inni w 10.






Co było Pani największą porażką?
W trakcie trwania kariery sądziłam, że było nią 4. miejsce na Igrzyskach Olimpijskich w Atenach, które jednak okazało się moim sukcesem podczas igrzysk. Wyżej nie byłam na żadnych.
źródło: www.sport.pl

Długo rozpamiętywała Pani złe występy?
Nie. Niedawno dyskutowaliśmy o tym z Piotrem Liskiem. Był bardzo niezadowolony ze swojego występu podczas Igrzysk Olimpijskich. Nie patrzył na to, że nie miał udanego sezonu, ale mimo to potrafił wzbić się na wyżyny podczas startu w Igrzyskach i zajął 4. miejsce. Chciał wyżej jak każdy sportowiec. Przytoczyłam mu swoją historię kiedy to po Igrzyskach w Atenach, chciałam kończyć ze sportem, rzucić tyczkę. Pytałam w jakim celu poświęciłam wszystko, łącznie z przerwą w studiach przed samą obroną. Moje wyrzeczenia, poświęcenie jeszcze bardziej spotęgowały złość po tamtym starcie. Piotrowi powiedziałam, że powinnam się z tego cieszyć, bo byłam 4. na Igrzyskach Olimpijskich. Z perspektywy czasu dopiero doceniam to co osiągnęłam. Ambicja jest bardzo ważna, bo potrzeba takiego kopniaka do działania, który będzie motywował, ale nie wolno tego traktować w kategorii końca świata. Trzeba iść dalej, pomimo że 4. miejsce to aż 4.




Świat się nie kończy na braku tego najcenniejszego krążka?
Oprócz korzyści materialnych, sławy to sport powinien dawać dużo przyjemności, kształtować człowieka. Jacek Wszoła powtarzał, że najlepsze są medale, bo nikt go nie zabierze, a rekord ktoś może poprawić. Ze sportu należy umieć czerpać całe spektrum, cieszyć się oraz smucić. Przydaje się to późnej w każdej dziedzinie. Sportowcem się jest tylko przez ułamek życia, nad czym bardzo ubolewam, a później trzeba sobie radzić.





Trudno jest się przywyknąć do życia bez rygoru treningowego?
Szczerze to ja nie widzę zmiany, niestety. (śmiech) Miałam założenie, że się położę, będę leżeć i nic nie robić przez 2 lata, ale okazało się, że trwało to tylko 2 miesiące, a później chciało się coś robić. Do wszystkiego podchodzę profesjonalnie, z tą różnicą, że bardziej stacjonarnie, częściej jestem w domu. Moje życie teraz jest mniej uporządkowane niż przy sporcie, bo tam wiedziałam na początku roku co będę robić we wrześniu. Byłam pewna, że będę na zgrupowaniu w takim czy innym miejscu, albo na konkretnych zawodach. Teraz jest więcej szaleństwa co bardzo mnie cieszy, bo ja nie jestem osobą, która marzy o świętym spokoju, bo jak go mam to nie potrafię z niego korzystać. Zawsze znajdę sobie zajęcie. Mój mąż nazywa mnie "fabryka pomysłów", bo wie, ze zawsze coś wymyślę. Każe jedynie podać hasło. Tej kreatywności i kształtowania siebie uczy właśnie sport.





Zaczynała Pani jako 13-latka więc dużo rzeczy typowych dla nastolatków siłą rzeczy Panią ominęło. Nigdy Pani nie żałowała?
W liceum miałam zawirowania pt: "nie znam swojej klasy". Wiecznie mnie nie było i pamiętam, że nie miałam serca przytrzymywać swojej przyjaciółki bez przerwy samej w ławce. Nie byłam na swojej studniówce, na wycieczkach szkolnych, ale za to była moja mama. Jako członek Rady Rodziców organizowała wyjazdy dla klasy, była też na studniówce. W tamtym czasie byłam na halowych Mistrzostwach Świata i część klasy pewnie marzyła i zazdrościła mi wizyty w Japonii. W sporcie także znalazłam czas na zabawę. My nie siedzimy podczas zgrupowań jak w klasztorze. Reset jest potrzebny, trzeba się wytańczyć, zabawić. Oczywiście wszystko w granicach zdrowego rozsądku więc nie mówię tutaj o alkoholu, czy niebezpiecznych zabawach. Wszystko robiliśmy z głową, w odpowiednim czasie.






Kiedy w młodym człowieku, początkującym sportowcu zaczynają rodzić się wątpliwości: korzystać z życia, czy poświęcić się całkowicie karierze sportowej, kto powinien stanąć na wysokości zadania: zawodnik, trener?
Zależy od osobowości każdego. Trener jest bardzo ważny, bo to on jest przewodnikiem i wyznacza sposób działania, ale sportowiec musi mieć własną świadomość, być odpowiedzialny. Może spróbować raz i stwierdzić, że był to pierwszy i zaraz ostatni tego typu czyn. Zdarzają się wyjątki od reguły, w sporcie jak i w życiu. Sportowcy są jednak odpowiedzialni. Wiedzą, że z każdego roku są rozliczani. Sport jest idealnym sposobem, żeby łączyć pasję z pracą i przez to odpowiedzialność jest ogromna, bo trzeba być w ósemce czołowych imprez, w przeciwnym razie nie otrzymuje się stypendium i brakuje środków na utrzymanie rodziny, płacenie kredytu. Udany start to nie jest tylko zasługa sportowca, bo nad nim czuwa cały sztab, którego los w dużej mierze zależy od występu i zawodnik musi mieć tego świadomość.
źródło: www.wprost.pl



Pani początki w sporcie przypadają na okres kiedy Polska nie była bogatym krajem. Trudności finansowe i organizacyjne podcinały skrzydła, czy raczej mobilizowały?
Trener Szymczak, który był stricte od treningu tyczkarskiego miał ogromny zmysł organizacyjny. Jedni mu zarzucali, że bardzo dużo kombinował, ale ja postrzegam to jako mega zaradność i przez to nigdy nie odczuwaliśmy przykładowo braku sprzętu. Fakt, że zaczynając miałam do dyspozycji dwie tyczki, z czego jedna była za miękka, a druga za twarda, ale te przygody po wielu latach wspominam z sentymentem. Kształtowało to charakter. Teraz dzieciaki mają cały arsenał sprzętu i muszą gdzieś indziej szukać motywacji. Nie było tak, że nie było środków na buty lub dresy, bo to było dostępne dzięki dobrym ludziom, wsparciu rodziców, czy fundacji, których byłam stypendystką. Pomimo niełatwych początków to jednak byłyśmy pionierkami w damskim skoku o tyczce. Wśród kobiet nie było w Polsce tradycji tyczkarskich więc początkowo trochę dziwnie na nas patrzono. Panowały stereotypy, że "to męski sport i co te dziewczyny chcą z tym kijem zrobić?" Teraz jesteśmy traktowani na równi, nikt już nie pamięta, że skok o tyczce był typowo męską konkurencją. Podczas ostatnich Mistrzostw Świata dostawałam wiele wiadomości, głównie od mężczyzn "Jak miło popatrzeć na te lekkoatletyki". Miło słyszeć, bo patrząc jak my musiałyśmy walczyć z stereotypem "babo-chłopa" to teraz w tyczce są atrakcyjne dziewczyny.






Obecnie w polskiej lekkiej atletyce wszystko działa jak należy?
Fundusze są, bo Polski Związek Lekkoatletyczny jest w bardzo dobrej kondycji finansowej. Trudności pojawiają się w konkretnych regionach lub małych klubach, gdzie trenerzy działają dla dzieciaków z czystej przyjemności i nie ma tam wysokich wynagrodzeń. Lekkoatletyka odbiega organizacją szkolenia od sportów drużynowych, ale dzieciaków i tak jest bardzo wiele. W Szczecinie dla grup początkujących, najmłodszych jest lista oczekujących. Nie ma obiektów, który zimą pomieści takie grupy, bo jest zwyczajnie za mały, choć i tak jesteśmy jednym z niewielu miast, które mają halę lekkoatletyczną. Lekka zawsze "produkowała" grupy fajnych, ciekawych ludzi. Może dlatego, że jest tak szerokie spektrum konkurencji? Pewne jest to, że zawodnicy z najwyższej półki mają wszystko zapewnione, nie mają na co narzekać. Kuleje trochę praca u podstaw, chociaż to tam powinno być najwięcej pracy.



Patrząc na ubiegłoroczne Mistrzostwa Europy i niedawno zakończone Mistrzostwa Świata to oprócz tego, że nie zawiedli faworyci to pokazało się wielu młodych, jeszcze nieznanych zawodników. Jest to dowód na to, że w lekkiej atletyce nie ma przepaści.
Dokładnie tak. Bardzo fajne jest to, że nie ma żadnej wyrwy pokoleniowej. Teraz mogę powiedzieć, że za moich czasów (kilka lat temu bardzo mnie denerwowało kiedy pani Irena Szewińska na zebraniach używała zwrotu "za moich czasów") ta zmiana pokoleniowa była widoczna. Nie było takiej ciągłości szkolenia, bo kiedy trenowałam, byłam najmłodsza i w kadrze miałam kolegów starszych o kilkanaście lat. Teraz jest fajna grupa, która wspina się po szczeblach "od juniora do młodzieżowca, od młodzieżowca do seniora". Przez to co chwila pojawia się ktoś nowy.



Co taka duża liczba trenujących oznacza dla sportowca?
Zawodnik musi bardziej wychodzić do kibiców, uczestniczyć w otoczce telewizyjnej, medialnej. Nagania to później młodych zawodników, bo szukają wzorców, idoli dla siebie. Chcą być jak pokazywani w telewizji bohaterowie. Fajna jest świadomość zawodników, że muszą być obecni w social media. Dzięki temu bardziej pokazują siebie. Teraz to już nie są tylko zawody, wynik i pierwszy entuzjazm lub zawód. Obecnie dają z siebie znacznie więcej.



Dzięki temu kibice mają szansę poznać drogę zawodnika do osiągniętego wyniku.

Kiedyś sport był przedstawiany jako katorżnicza praca, setki wyrzeczeń i będąc rodzicem nie posłałabym swojego dziecka na treningi. Dzięki temu, że sama wiem czym jest sport i coraz więcej widać radości z jego uprawiania, nie będę miała wątpliwości. Teraz sport pokazują z pozytywnej strony, widać w nim zabawę i to jest najważniejsze.


źródło: facebook/Oficjalna strona Moniki Pyrek
Bliska relacja zawodnika z kibicami sprawia, że zaczynamy patrzeć na niego bardziej podmiotowo, a nie przedmiotowo?
Coraz częściej sportowcy śmiało mówią o porażkach na swoich profilach. Paweł Fajdek po nieudanych dla niego Igrzyskach Olimpijskich nagrał filmik, na którym był absolutnie szczery. Sama się popłakałam gdy to oglądałam, bo mówił co czuł. Dziennikarze oceniają i nie każdy chce się otworzyć przed kamerą telewizyjną. Inaczej jest kiedy usiądziesz w swoim pokoju, przed własnym telefonem, otworzysz fanpage, zrobisz nagranie, którego nikt nie zmanipuluje, nie potnie i nie wyciągnie słów z kontekstu.




Są w Europie i na świecie kraje bardziej zamożne i przeznaczają większe środki na sport niż Polska, a mimo to nie osiągają takich wyników jak Polacy. Jest to wpływ polskiej charyzmy i chartu ducha?
Pamiętam jak trener Jeleny Isinbajewy mówił o mnie "ta Pyrek to jak wszyscy Polacy - z szabelką na czołg". Takie mamy charaktery, nawet wtedy gdy nie mamy zaplecza, to idziemy śmiało, walczymy i potrafimy wygrać.To cecha narodowa, choć nie demonizowałabym z tym, że mamy mniejsze nakłady. Wiem, że mówią o tym głównie statystki, ale na sport nigdy nie żałowano. Obecny Minister Sportu - Witold Bańka pozwolił zainwestować ogromne pieniądze na infrastrukturę sportową. Czasy, w których ja miałam do dyspozycji dwie tyczki, a Robert Lewandowski kopał piłkę na jakimś klepisku, dawno minęły. Teraz dzieciaki widzą w jakich super ośrodkach trenują piłkarze i jakie mają warunki.



W tak licznym gronie trenujących dzieci i młodzieży trudno jest znaleźć sportowy diament?

To złożony proces, ale wszystko zależy od charakteru i podejścia. Talent w sporcie to jest jedynie 10% sukcesu i żeby dojść do czegoś to trzeba się napracować. 



Łatwiej jest znaleźć niż oszlifować ten diament?

Tak i utrzymać dziecko przy sporcie kiedy jest tyle pokus dookoła. Marzy mi się system szkolenia obecny w Wielkiej Brytanii, który opiera się na porozumieniu między dyscyplinami. Przykładowo prawie cała sztafeta sprinterska, męska to byli piłkarze, którzy nie nadawali się do gry zespołowej. Może byli indywidualistami, czyli standardowo "nie chcieli podawać kolegom"! Nie nadawali się do piłki nożnej, ale ich potencjał był na tyle dostrzeżony, że postanowiono wykorzystać ich potencjał w innej dyscyplinie. Piłka nożna zawsze będzie przewyższała inne sporty zespołowe i nie ma się o co obrażać, bo ludzie na całym świecie kochają football. Dzieciaki garną się do szkółek piłkarskich, ale nie oszukujmy się - nie każdy będzie Robertem Lewandowskim. Dobrze byłoby, gdyby trenerzy zamiast odsyłać dziecko do domu, albo przytrzymywać bezsensownie w jednej dyscyplinie pokazali mu miejsce, w którym będą mogli się bardziej spełniać. Dla wielu będzie to degradacja, bo zamiast Robertem Lewandowskim będą mogli być Pawłem Fajdkiem lub Piotrem Liskiem, ale wielu się z tego ucieszy. W końcu to Mistrz i Wicemistrz Świata. Wszystko jest kwestią podejścia.





Jeśli już jesteśmy przy szkoleniu dzieci i młodzieży, to Pani jest jedną z tych sportowców, którzy chcą zachęcić dzieci do aktywności fizycznej. Razem z innymi osobami stoicie Państwo przed trudnym zadaniem kiedy wokół tyle bodźców, które odciągają dzieciaki od sportu.
Zależy do jakiej grupy wiekowej mówimy, bo widzę po swoim dziecku, czterolatku, który jak każdy uwielbia bajki, ale kiedy pojawia się alternatywa pod tytułem: idziemy na rower, pobiegać albo na basen to wybór jest oczywisty. Od nas rodziców zależy to, czy damy mu szansę wykorzystać potencjał, podtrzymywać w nim jak najdłużej tą aktywność. Dziecko w wieku 4-8 lat ma duży zapas energii i musi mieć gdzie ją spożytkować. Problem pojawia się w wieku nastoletnim, kiedy człowiek ma świadomość, że dużo umie i to czym jako dziecko mógł zaimponować z czasem staje się zwykłym obowiązkiem.



W jaki sposób obecnie można zachęcić młodzież sportu?

Młodych trzeba wziąć trochę podstępem. W Fundacji obecnie mamy projekt skierowany do młodzieży gimnazjalnej, czyli po reformie także uczniów ostatnich klas szkoły podstawowej. Przygotowujemy alternatywne lekcje wychowania fizycznego oparte na technologii, symulatorach i interaktywnym świecie. Wybieramy takie rozwiązania, które wymagają od uczestników aktywności fizycznej, ćwiczeń. Posiadanie technologii wcale nie oznacza siedzenia na kanapie. Za pomocą aplikacji w telefonie można również ćwiczyć. Włącza się Endomondo i oprócz tego, że robisz coś dla siebie to można pomóc innym poprzez akcję "Pomoc mierzona kilometrami". Trzeba znaleźć na młodych sposób. Na mnie także wielokrotnie było to konieczne. 
źródło: www.olimpiadyspecjalnne.pl


Zechce Pani powiedzieć więcej o nowym projekcie?

Będziemy w 11 miastach w całej Polsce. Jest to projekt pilotażowy, wspierany przez Ministerstwo Sportu i Turystki. Chcemy pokazać młodzieży atrakcyjność w zwykłej aktywności fizycznej, ale wzbogaconej o wirtualny świat, nowe technologie. Mamy piłki, które mierzą prędkość z jaką się uderza, będziemy mogli zaoferować bieg sprinterski przy użyciu fotokomórki. Na zwykłej lekcji wychowania fizycznego będzie można zobaczyć wynik jak Usain Bolt podczas zawodów. Sprawdzamy zainteresowanie, które póki co jest duże, ale zobaczymy jak to wyjdzie w praktyce.



Jest Pani także ambasadorką Olimpiad Specjalnych. Zawody organizowane dla ludzi z niepełnosprawnością intelektualną mają zapewnić im rozwój sportowy, ale także pomóc zaadaptować się w społeczeństwie. W jaki sposób przez sport można aklimatyzować się społecznie?

Sport wyrównuje, bo my trenujemy na tych samych obiektach sportowych. Dla mnie spotkanie z niepełnosprawnością ruchową, czy intelektualną jest normalne, bo ja tych ludzi mam wokół siebie na co dzień, ale wśród tych, którzy nie mają takiej styczności, wzbudzają lęk i niepokój. Dzięki Olimpiadom Specjalnym uświadamiamy, że są takimi samymi sportowcami jak inni, mają podobne cele. Dla wielu jest to także start w nowe życie. W przypadku osób z niepełnosprawnością ruchową właśnie przez sport wkraczają w nowe życie i to on staje się dla nich nowym rozdaniem. Olimpiady Specjalne dają szansę na realizacje marzeń i jestem całym sercem za wspieraniem tego typu inicjatyw. Jaki oni mieli wpływ na to, że tacy są? Żaden. Większość ludzi już to rozumie co bardzo cieszy, ale nadal są tacy, którzy się boją. Sama wybrałam przedszkole dla swojego dziecka z oddziałami integracyjnymi i dla niego nie ma problemu, że ma kolegę z zespołem Downa, czy z niepełnosprawnością ruchową. Kończyłam liceum w klasie integracyjnej gdzie wpajano nam cenne wartości społeczne, bo często trzeba było pomóc koledze, mieliśmy dyżury związane z zanoszeniem tornistra. Pamiętam, że gdy robiłam osiemnastkę, zaprosiłam niepełnosprawnego kolegę, którego pomimo trudności z transportem przywiozła mama. Do tej pory przypominam sobie jej wzruszanie z racji tego, że ktoś zaprosił syna na imprezę. Zawsze powtarzam przy każdej akcji typu: Olimpiady Specjalne, DKMS, że świadomość pomagania drugiemu człowiekowi to jest coś absolutnie najcenniejszego.


Działalność Fundacji Moniki Pyrek

Olimpiady Specjalne
źródło: www.wyborcza.pl
Pewnie wielu z Was zadziwi obszerność powyższego wywiadu, ale nie miałam serca wycinać czegokolwiek. Jestem usatysfakcjonowana tym wywiadem wtedy, kiedy jest absolutnie w całości. Czwartkowa rozmowa w Szczecinie z Moniką Pyrek była dla mnie tym bardziej szczególna, że Pani Monika pracowała w Radiu Szczecin. Trudne wyzwanie, ale chyba podołałam!
Fot. Justyna Liwocha/ Yesforphotos



czwartek, 24 sierpnia 2017

Piszemy własny rozdział, czyli gen zwycięstwa we krwi Jagiełłów

Kilka lat temu, jeśli chcielibyśmy wspomnieć jakieś zwycięstwo nad Niemcami najpewniej pomyślelibyśmy o sukcesie Władysława Jagiełły pod Grunwaldem z 1410 roku. Całe szczęście, obecnie w piłce nożnej jesteśmy poważnym konkurentem dla naszego zachodniego sąsiada. Najpierw zwycięstwo w Warszawie w eliminacjach o Euro 2016, a nieco później ostry cios od reprezentacji U-20. Strzelcem jednej z bramek jest pomocnik Zagłębia Lubin - Filip Jagiełło, czyli doskonały dowód na to, że nazwisko zobowiązuje!
Zapraszam do lektury wywiadu z Filipem.



Blondynka o sporcie: Zacznę od tego co najbardziej aktualne, czyli od ligi. Wczoraj okazałe zwycięstwo 3:0 nad Wisłą Kraków i do następnej kolejki lider zostaje w Lubinie. Póki co wykonujecie wszystkie założenia?
Filip Jagiełło: Dokładnie, wszystko idzie zgodnie z planem, chociaż przed sezonem nikt nie zakładał, że tak dobrze wejdziemy w ligę i nikt od nas nie wymaga bycia liderem przez cały sezon. My chcemy przede wszystkim wygrywać mecze, a jeśli się nie uda, to zrobić wszystko, żeby nie przegrać i zremisować. Wczoraj wygraliśmy z Wisłą - dotychczasowym liderem i to dosyć wysoko, bo aż 3:0. Teraz skupiamy się już tylko na Legii.




Zwycięstwo bardzo okazałe, dzięki któremu lider zostaje w Lubinie co najmniej do piątku. Mogłoby się wydawać, że wczoraj to był dla Was spacer, ale Ty wielokrotnie leżałeś na murawie.
Wynik mógłby właśnie wskazywać, że to było łatwe spotkanie, a moim zdaniem było odwrotnie. Wczoraj zagraliśmy najcięższy mecz w porównaniu z poprzednimi. Wisła Kraków to bardzo ciężki zespół, co pokazywała tabela, ale nasza postawa pozwoliła ją pokonać.




Co z Twoją postawą?
Nie był to najlepszy mecz w moim wykonaniu. Parę razy po głowie dostałem, ale na szczęście wszystko jest okay.




Właśnie te faule, ostre zagrania były krakowskim sposobem na łatanie dziury w defensywie?

Nie wiem jaką Wisła miała koncepcję gry. Piłka nożna należy do gier kontaktowych. Każdy może kogoś lekko poturbować, czy przypadkowo albo specjalnie. Poza tym w Lotto Ekstraklasie zazwyczaj gra się agresywnie.
źródło: www.facebook.com/ Zagłębie Lubin

Kiedy kończył się poprzedni sezon eksperci piłkarscy jako jedną z przyczyn złego wyniku w lidze wskazali brak rotacji w składzie. Co Twoim zdaniem sprawiło, że zamiast pięknej przygody z europejskimi pucharami mieliście mało przyjemną walkę o utrzymanie?
W tamtym sezonie mieliśmy mniejszą kadrę niż w obecnym. Teraz trener ma dużo lepszą sytuację, bo ma z czego wybierać. Kiedy jeden wypada drugi jest gotowy, żeby go zastąpić. W poprzedniej rundzie tego komfortu nie było i jeszcze pojawiały się kontuzje. Nie tylko nam zdarzyła się walka o utrzymanie po walce w pucharach. Nie łatwo wejść na ten wysoki poziom, ale łatwo z niego szybko spaść. W tym sezonie mamy dobrą, szeroką kadrę i trener z pewnością będzie rotował składem, by zrealizować to minimum, czyli miejsce w pierwszej ósemce.




Kiedy przyszło Wam walczyć o ''być albo nie być,, w Ekstraklasie duch walki osłabł?
Nie, bo Piotr Stokowiec jest trenerem, który dba o umiejętności zawodników, ale także o mentalność. Walki nigdy nam, jako Zagłębiu nie brakowało. Piłkarze, który słyną z dobrego stylu chcą go zachować, a młodzi walczą o to, aby zaistnieć. Ja też nie mam jeszcze ogromnego doświadczenia w lidze, chcę się pokazać i walczyć swoje.



W jednym z wywiadów powiedziałeś, że chcesz zerwać z etykietą młodego zawodnika i wziąć odpowiedzialność za zespół. Pomimo Twoich 20 lat takie słowa mogą świadczyć o ogromnej dojrzałości piłkarskiej.
2 lata temu jeszcze można było mnie określić młodym zawodnikiem. Teraz z kolei mam 20 lat i mam świadomość, że sporo moich rówieśników robi świetne transfery, grają w topowych ligach jako podstawowi zawodnicy. Chciałbym mieć coraz większy wpływ na grę zespołu. Jeśli ja będę się dobrze prezentował na boisku to Zagłębiu wyjdzie to na dobre.
źródło: www.facebook.com/ Filip Jagiełło

Gra z nożem na gardle, której doświadczyliście w poprzedniej rundzie bardziej Was napędzała, czy utrudniała?

Wiosną mieliśmy kryzys. Była szansa na znalezienie w topowej ósemce, ale wszystko rozstrzygnęło się w ostatnim meczu przed podziałem tabeli. Szkoda, że na naszą niekorzyść, ale to już przeszłość. Całe szczęście szybko zapewniliśmy sobie utrzymanie i nie musieliśmy drżeć o wynik do ostatnich kolejek. Granie z takim luzem było dużo przyjemniejsze.



Powiedziałeś, że szybko zapewniliście sobie utrzymanie. Dzięki temu właśnie sporo spotkań zagraliście o przysłowiową marchewkę albo jak ktoś woli o honor. To był czas wielu debiutów w Zagłębiu Lubin.
Trener Stokowiec stara się dawać młodym, trochę młodszym ode mnie szansę. Ciężko się wchodzi do pierwszej drużyny. Mój debiut był zły, bo zostałem zdjęty przez Oresta Leńczyka w 32.minucie. Wiem jak to na mnie zadziałało i mogę zdradzić, że wcale nie było łatwo. Teraz chłopaki mają łatwiej, bo nasz szkoleniowiec umie wybrać do debiutu odpowiedni moment. Młodzi prezentują się bardzo dobrze i życzę im, żeby dalej trzymali poziom.





Jeśli wspomniałeś już o swoim gorzkim debiucie to powiedz, czy dalej myślisz o nim z goryczą, żalem?
Teraz już się z tego śmieję. Nie można ciągle rozpamiętywać, że zostałem zdjęty w 32.minucie. Wbrew pozorom sporo mnie to nauczyło. Wyciągnąłem z tego odpowiednie wnioski, umocniło mnie to i wiedziałem jak należy podchodzić do porażek.



Dostałeś od Oresta Leńczyka dużą, piłkarską szkołę życia?
Tak, można tak powiedzieć. Stałem się silniejszy psychiczne, oswoiłem się z presją. Wiem także, żeby za dużo od siebie na początek nie oczekiwać i podchodzić do wielu spraw na luzie.




Czym dla osiemnastolatka, dziewiętnastolatka jest możliwość gry lub nawet samego trenowania u boku ikony lubińskiej drużyny jaką z pewnością jest Filip Starzyński?
Dla młodych to z pewnością super sprawa, ale ja już zdążyłem się przyzwyczaić, bo od blisko pięciu lat trenuję z takimi zawodnikami. Nie robi już na mnie takiego wrażenia przyjście nowego, doświadczonego piłkarza. Jako piłkarz Figo (Filip Starzyński) to świetny zawodnik i wiele można się od niego nauczyć. Jest kadrowiczem choć obecnie nie jest powoływany, ale to nie zmienia faktu, że jest jednym z najlepszych piłkarzy w lidze.




Patrząc właśnie na debiutującą młodzież widzisz w ich poczynaniach siebie z przeszłości?

Kiedy przychodzą do nas zawodnicy z rezerw to widzę jakie błędy robią i przypominam sobie, że moje były identyczne. Z biegiem czasu sporo wyeliminowałem, popełniam ich coraz mniej. Oni muszą się sporo uczyć, nabrać doświadczenia, ale to jak każdy.
źródło: www.facebook.com/ Filip Jagiełło


Dostrzegając w ich błędach swoje, to jako starszy lub bardziej doświadczony kolega zwracasz im uwagę, uczulasz ich?
Jeśli popełniają proste błędy to próbuję im pomóc, naprostować, ale każdy swoim życiu popełnia błędy, ale ważne by wyciągać z nich lekcje i tego się trzymam. Co mogę to podpowiem, ale często sami muszą dojść do wielu rzeczy i pracować nad sobą.




Twój proces aklimatyzacji do pierwszego zespołu trwał 3 lata. Masz poczucie, że zrobiłeś absolutnie wszystko, aby trwał on możliwie jak najkrócej?
Tak miało po prostu być. Śmiało mogę powiedzieć, że do tego miejsca, w którym jestem obecnie, doszedłem ciężką pracą. Chociaż to też jest dziwne określenie. Robiłem tylko swoje i wielu rzeczy musiałem się wyrzec. Nie mogłem się odżywiać jak wszyscy lub chodzić po klubach, ale dzięki temu jestem tu gdzie jestem i nie zamierzam na tym poprzestać.




Tyle o Zagłębiu Lubin. Po następnej kolejce zaczyna się przerwa reprezentacyjna. U-21 zaczyna walkę o Euro 2019, a przed Twoją formacją U-20 Puchar Ośmiu Narodów.
Dokładnie. Nie dostałem powołania do U-21 i nie pomogę chłopakom w Gruzji, ale jestem w stałym kontakcie z asystentem trenera Czesława Michniewicza i wiem, że jeśli będę dobrze grał w klubie to będę w niej grał. Ja czuję się gotowy do gry w U-21.

źródło: www.facebook.com/ Zagłębie Lubin


Jesteś mocno zawiedziony brakiem powołania do U-21?
Liczyłem na to powołanie. W kadrze U-20 zagrałem sporo spotkań, dobrze się w nich prezentowałem. Trochę to boli, ale cóż? Trzeba robić swoje.




Po zakończonym Euro U-21 w Polsce Marcina Dornę zastąpił wspomniany przez Ciebie Czesław Michniewicz, ale zmiany czekają także U-20, bo funkcję trenera przejął Dariusz Gęsior po Macieju Stolarczyku, który zrezygnował. Was też czeka sporo niewiadoma?
To jest kadra, w której zawodnicy mają się ogrywać, aby trafić do seniorskiej reprezentacji w następnych latach. Trener Michniewicz nie uwzględnił mnie na mecz z Gruzją i ja szanuję jego decyzję. Zagram w Turnieju Ośmiu Narodów, w którym będzie sporo dobrych drużyn, wiele skautów będzie nas obserwować więc chcemy się pokazać z jak najlepszej strony.




W Turnieju Ośmiu Narodów pierwszymi przeciwnikami będą Szwajcaria i Włochy. W rozgrywanym wiosną Pucharze Czterech Narodów pechowo zremisowaliście ze Szwajcarią, zaś Włochów pokonaliście 3:1. Przeciwnicy jak widać do przejścia?

Przeciwnik bardzo dobrze znany, jednak każdy mecz jest niewiadomą. My za to jedziemy tam po to, żeby wygrać.




Będziecie chcieli udowodnić w czasie tej przerwy na reprezentacje, że eksperci piłkarscy nie powinni wrzucać wszystkich młodych do jednego worka?

Tak, każdy z nas pracuje na swoją kartę. Nie chcę się wypowiadać na temat chłopaków, którzy grali na turnieju w czerwcu. Oni sami wiedzą co poszło nie tak. My chcemy pisać własny rozdział i udowodnić, że potrafimy grać w piłkę.
źródło: www.facebook.com/ Filip Jagiełło

Powiedz mi, czy jako młody zawodnik masz dystans do siebie?
Jasne, że tak.




W szkole lepiej szła Ci historia, czy niemiecki?
Ani jedno, ani drugie. Historia to był najgorszy przedmiot dla mnie, tuż obok chemii i fizyki, a niemiecki miałem krótko.




Pytam o to, bo nie mogę nie nawiązać do Twojej bramki w meczu z Niemcami i Twojego nazwiska. Nie przeszkadzają Ci porównania do historycznego króla Polski i jego wyczynu pod Grunwaldem?
Absolutnie nie mam z tym żadnego problemu. W kadrze miałem nawet ksywkę Władek (śmiech).
źródło: Instagram/ Filip Jagiełło



Do czego Ty chcesz dojść w swojej karierze?
Do grania w poważnym footballu. Chcę pograć jeszcze w Zagłębiu, wykorzystać ten czas na rozwój i wyjechać do mocniejszego klubu, a nawet za granicę. Najważniejsza jest walka o trofea. Chciałbym zmienić coś w swoim i życiu i wierzę, że dobrą grą zasłużę sobie na to.



Dziękuję Ci bardzo za rozmowę!Proszę bardzo.






piątek, 23 czerwca 2017

[EURO U-21] Wiara i serce to zdecydowanie za mało...

Wczoraj Polacy zagrali jak się okazało ostatni mecz na Młodzieżowych Mistrzostwach Europy U-21. Podopieczni Marcina Dorny przegrali wysoko, bo aż 0:3 z reprezentacją Anglii i tym samym pożegnali się z polskim turniejem. Czy dyspozycja Polaków daje na powody do obaw?




źródło: www.laczynaspiłka.pl
 
Mecz w Kielcach obejrzało ponad 13 tysięcy ludzi. Wielokrotnie bywałam na Kolpolter Arenie, ale tak wypełnionej i rozentuzjazmowanej jej jeszcze nie widziałam. Spotkanie nie zaczęło się dobrze dla naszej reprezentacji. W dwóch wcześniejszych meczach to Polacy otwierali wynik, jednak tym razem w 6. minucie rolę przejął Demarai Gray i asystujący mu Ben Chilwell.



Czy były szanse do wyrównania? Z perspektywy trybuny bardzo nikłe. Anglicy szaleli w ataku, rozgrywali bardzo groźne piłki. Gdyby nie dobra dyspozycja Jakuba Wrąbla w tym meczu wynik byłby dużo gorszy. Bramkarz reprezentacji w wielu momentach bronił bardzo mocne strzały Anglików, stał na bramce niemalże ze stoickim spokojem. Przypomnę, że po meczach ze Szwecją i Słowacją wielu oceniło go bardzo surowo, a on mimo krytyki wspiął się na wyżyny swoich umiejętności.
źródło: www.laczynaspilka.pl

Pierwsza połowa w wykonaniu naszej ofensywy wyglądała dobrze przez pierwsze 20 minut. Ożywienie wprowadzał Krzysztof Piątek - napastnik Cracovii, który po raz pierwszy w tym turnieju znalazł się w wyjściowej "11". Nie było tego dużo, ale dobre i to. Łatwego życia nie miała obrona gospodarzy turnieju. Anglicy grali agresywnie, ale Premier League z tego słynie. Wiele takich "groźnych" ataków było przerywanych przez polskich defensorów m.in. Jarosława Jacha, Jana Bednarka.



Druga połowa to także popis siły i umiejętności zawodników angielskich. Udowodnili, że są dużo lepsi. W 69. minucie była okazja, żeby zagrozić golkiperowi Anglii, ale niewykorzystana. Na dodatek goście przejęli piłkę, błyskawicznie poprowadzili ją w kierunku naszego pola karnego i podwyższyli swoje prowadzenie dzięki strzale Jacoba Murphy'ego. Kontra poszła tak szybko, że wielu kibiców na stadionie nie widziało co się dzieje.
źródło: www.laczynaspilka.pl

Szansę na wyjście z grupy zostały zburzone jak domek z kart. Przysłowiowym gwoździem był także wynik meczu Szwedów ze Słowakami, w którym także było 2:0 dla reprezentacji Słowacji.
Po zmianie stron wraz z drugą połową miałam lepszy widok na nasze pole karne. Widziałam w zawodnikach dobre chęci, ale nimi niestety jest piekło wybrukowane. Doszło do sytuacji, w której Polacy musieli faulować w polu karnym czego skutkiem było: podyktowanie rzutu karnego i druga żółta kartka, a w konsekwencji czerwona dla Jana Bednarka. Mecz kończyliśmy w 10 przy stanie 0:3.Karnego pewnie wykorzystał Lewis Baker w 82. minucie. Jedynym momentem tego meczu, kiedy cały stadion się poderwał była sytuacja z 73. minuty i akcja, której prowodyrami byli Mariusz Stępiński i Przemysław Frankowski. Wynik do końca nie uległ zmianie. Po końcowym gwizdku na tablicy widniało duże, widoczne 0:3 co oznaczało pożegnanie się Polaków z turnieju.
źródło: www.laczynaspilka.pl



Polska - Anglia        0:3
Szwecja - Słowacja 0:3

___________________________________________



W powyższej relacji czuć chyba dużo subiektywizmu z mojej strony, ale w obliczu strumieni krytyki dla tej kadry, którą znalazłam w transmisjach telewizyjnych, internecie i prasie,  nie mogę być obojętna. Fakt, to nie był dobry turniej w wykonaniu podopiecznych Marcina Dorny, ale to nie jest powód, żeby skazywać tych młodych, wciąż się rozwijających piłkarzy na klęskę. Może jesteśmy zbyt gościnni, że nie wychodzimy z grupy jako gospodarz, albo pierwsze koty za płoty?! Nie sposób nie znaleźć analogii do turnieju Euro 2012. Kadra prowadzona przez Franciszka Smudę także nie wyszła z grupy, pomimo wielkich nazwisk w kadrze.


Następne Młodzieżowe Euro już za 2 lata. Zawodnicy z roczników 1996-1998 będą mieli szansę na rehabilitację.  Zanim jednak Włochy i San Marino w 2019 roku to eliminacje, które startują już 1 września w Gruzji. Trzonem przyszłej kadry U-21 będą Ci, którzy dzisiaj grają w formacji U-20. Pragnę przypomnieć, że wiosną właśnie ta kadra wygrała  Turniej Czterech Narodów, pokonując  Włochów i Niemców i pechowo remisując w końcówce ze Szwajcarią. Nie warto skreślać polskiej młodzieży, być typowym kibicem sukcesu. Trzeba po prostu odnaleźć kogoś kto będzie w stanie oszlifować te diamenty, zgrać ich w podobny sposób co Adam Nawałka. Pokażą jeszcze na co ich stać, uwierzcie.



Na meczach fazy grupowej turniej się nie kończy. W polskich miastach nadal będą gościć kibice z państw europejskich. Póki co wielu zachwala Polskę i miejmy nadzieję, że tak zostanie i wyjadą stąd chwaląc naszą gościnność i otwartość!

Ja wracam z tego turnieju bardzo szczęśliwa. Po raz pierwszy uniosłam szalik na meczu reprezentacji i odśpiewałam hymn. Już ten moment bardzo mnie wzruszył. Czekałam na ten turniej od chwili kiedy się o nim dowiedziałam, czyli od maja 2016. Pytałam o niego już Jarosława Jacha w wywiadzie (http://blondynkaosporcie.blogspot.com/2016/05/o-celu-grania-w-pike-nozna.html). Spełniłam swoje marzenie poprzez udział w EURO U-21, wywożę z Kielc masę wspomnień, zdjęć i troszkę doświadczenia, które w przyszłości pomoże mi stać się dziennikarką sportową.



Ogromne podziękowania należą się hurtownisportowej.net za pomoc przy organizacji wyjazdu. Koszulka, w której mogłam się dumnie prezentować na kieleckiej arenie również jest od nich. Z całego serca Wam dziękuję!


PS. Do Zielonej Góry wracałam pociągiem, którym podróżowali do swoich domów podopieczni Marcina Dorny. Takiego końca pobytu na Euro sobie nie wyobrażałam! ;)
#Eurooczamiblondynki

wtorek, 20 czerwca 2017

[Euro U-21] Dobry start i finisz to mało na Szwedów?!

Zakończyło się drugie spotkanie Polaków w fazie grupowej Młodzieżowych Mistrzostw Europy U-21. W poniedziałek podopieczni Marcina Dorny zmierzyli się z obrońcą tytułu sprzed dwóch lat - Szwecją. Tym razem skończyło się podziałem punktów i wynikiem 2:2. Dla reprezentacji Polski miał to być mecz o życie. Wygrać się nie udało, ale szanse na awans są!
Fot. Justyna Liwocha

Fot. www.facebook.pl/ Łączy nas piłka


W spotkaniu przeciwko Szwedom nie zobaczyliśmy Bartosza Kapustki - pomocnika reprezentacji Polski. Już piątkowe spotkanie musiał wcześniej zakończyć z powodu kontuzji. Jego miejsce zajął Łukasz Moneta. Do składu wskoczył także Dawid Kownacki. (Pauzował w meczu ze Słowacją z powodu żółtych kartek)




Początek był niezły. Widać, że przegrane spotkanie ze Szwecją było wiadrem zimnej wody na głowy kadrowiczów. Bramka wpadła także szybko, bo już w 6. minucie zawodnik Ruchu Chorzów - Łukasz Moneta wykorzystał podanie Dawida Kownackiego. Po golu Monety obie drużyny długo walczyły w środku pola pokazując Europie jak szybko można stracić piłkę. Groźną kontrę wyprowadził Jaroszyński w 13. minucie, ale nie sięgnął do niej Kownacki.




Piłkarze radzili sobie do 32. minuty ze zmiennym szczęściem. Akcje wyprowadzali: Stępiński, Frankowski, ale także bardzo aktywni byli przeciwnicy: Paweł Cibicki i Carlos Strandberg. Szwedzi wywalczyli rzut rożny, który Jacob Larsson zmienił na gola w 36. minucie. Zawodnicy Marcina Dorny popełnili w defensywie szereg błędów, który kosztował ich utratę bramki. Na przerwę zawodnicy mogli schodzić wściekli, ale tylko na siebie, ponieważ rywale perfekcyjnie wykorzystali słabsze momenty w grze.


                                      Fot. www.facebook.pl/ Łączy nas piłka

W drugiej połowie wróciła agresywność, determinacja i walka. Znalazło się miejsce na dokładność, ale także i faule. W 46. minucie żółtą kartkę otrzymał napastnik Lecha Poznań - Dawid Kownacki. Szansa na zmianę wyniku pojawiła się w 53. minucie. Piłkę wywalczył Mariusz Stępiński, który mocno uderzył z 18 metrów. Jego intencje odczytał bramkarz gości. 3 minuty bliżej ponownie Stępiński w duecie z Karollem Linettym, którego także przeczytał Anton Cajtoft.




W 58. minucie Marcin Dorna dokonał pierwszej zmiany. Za Mariusza Stępińskiego wszedł Jarosław Niezgoda, który wszedł w mecz dosyć brutalnie, bo już 7 minut później dostał żółtą kartkę za brutalny faul. Nie był to koniec zmian w szeregach reprezentacji Polski. Strzelca bramki - Łukasza Monetę zmienił strzelec z piątku - Patryk Lipski. 
Fot. www.facebook.pl/ Łączy nas piłka

Polska obrona zaczęła popełniać coraz więcej błędów w defensywie i jest niewidoczna w ofensywie. Jedna z takich gaf mogła dobić Polaków i skończyć się golem na 3:1. Dobrą grą popisali się w końcówce. Po upłynięciu 90 minut, wynik 2:1 oznaczał brak wyjścia z grupy. Nadzieja wróciła za sprawą Dawida Kownackiego, który pewnie wykorzystał rzut karny. Sędzia podyktował "9" po faulu na Krzysztofie Piątku. (Pojawił się w 88. minucie) Remis dawał jeszcze nadzieje, ale w ostatniej akcji strzał z wolnego Dawida Kownackiego został zablokowany.

Polska - Szwecja 2:2
Anglia - Słowacja 2:1

______________________________________________________________________________

Mecz ze Słowacją miał być tylko wypadkiem przy pracy. Szwecja potrafiła wykorzystać wszystkie mankamenty naszej kadry. Pomimo szybko strzelonej bramki oddaliśmy pole rywalowi. Przyglądając się zawodnikom przed Euro wielu z nich wyglądało bardzo pewnie.Wyglądali pewnie w grze, to dodatkowo byli bardzo pewni swojej siły i potencjału. W ostatnim spotkaniu tej pewności wielu zawodnikom zabrakło po golu na 1:0 dla Polaków. Jeśli mogę być szczera to nie widziałam w poniedziałkowym meczu walki na miarę "meczu o życie". Często gra była chaotyczna, brakowało zgrania. Podkreślić należy, że w meczu ze Szwedami kibic mógł zobaczyć wiele ciekawych akcji, szkoda, że nie zamienionych na gole.
Naszą sytuację w grupie poprawiło zwycięstwo Anglii nad Słowacją 2:1. Awans wciąż jest możliwy, jednak nie wszystko zależy od reprezentacji Polski. Wcześniej to Słowacja musi zremisować ze Szwecją. Los reprezentacji Polski U-21 nie jest w nogach Polaków. Nie ma innej możliwości jak mocno trzymać kciuki!
Moje zdanie: ten mecz wyglądał zdecydowanie lepiej od poprzedniego, a dodatkowo cieszy mnie dobra postawa zawodników z Ekstraklasy: Łukasza Monety, Dawida Kownackiego

#Eurooczamiblondynki

                                                                                             Fot. Justyna Czubata