piątek, 9 lutego 2018

O celach się nie opowiada tylko się je realizuje

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Słuszność tego stwierdzenia już wiosną będzie mógł zweryfikować Grzegorz Zengota - wychowanek Falubazu Zielona Góra, który wraca do rodzinnego miasta po pięcioletniej przerwie. Zarówno klub jak i kibice chcą powrotu na podium, a eksperci nie widzą tam zielonogórskich żużlowców. Zengiemu takie opinie nie przeszkadzają. W poniższym wywiadzie przeczytacie o tym, ale także o powrocie na stare śmieci, wychodzeniu z opresji i działalności publicystycznej. Zapraszam Was serdecznie do lektury!


Blondynka o sporcie: Nie mogę zacząć inaczej niż "witaj w domu"! Odczuwasz coś w rodzaju wyjątkowego wyczekiwania na nadchodzący sezon? 
Człowiek na co dzień jest zbyt mocno pochłonięty różnymi obowiązkami i przygotowaniami. Jesteśmy w okresie kiedy słońce wychodzi, dzień robi się dłuższy i cieplejszy, więc czuć nadchodzący  sezon. Obowiązki też nie robią się z niczego. Czasu jest coraz mniej i trzeba wszystko dopinać na ostatni guzik, by w trakcie sezonu mieć czystą głowę i skupić się na tym co ważne, czyli wyniki sportowe.



Fakt powrotu do macierzystego klubu nie zmienia Twojego podejścia?
Wracam do Zielonej Góry, miasta, które utożsamiam z domem, wspomnieniami początku moich startów, więc dodatkowe emocje w związku z tym również się udzielają, ale trochę w swoim życiu już przeżyłem i podchodzę do tego ze spokojem.




Wracasz do Zielonej Góry starszy, bogatszy o lata doświadczeń. Myślisz, że to wystarczy, aby stać się liderem Falubazu?
Zrobię wszystko, aby się stać liderem, a także podołać tej funkcji. Trudno jest przewidzieć co wydarzy się w trakcie sezonu. Jestem daleki od deklaracji typu "będzie cudownie". To jest przyszłość. O ile będzie zdrówko, kontuzje będą omijały to myślę, że jest dobra pozycja wyjściowa, a efekty końcowe później ocenią kibice, dziennikarze.


Decyzja o wyjeździe z Leszna była trudna do podjęcia?
Nie było łatwo wyjechać z Leszna, bo spędziłem tam dużo czasu, zżyłem się z ludźmi, ale patrząc perspektywicznie, na aspekty sportowe była to decyzja konieczna do podjęcia. Jazda na torze, czyli realizowanie się w tym co jest moją pasją i jednocześnie zarabianie tym na życie, jest dla mnie najważniejsze i nie mogę tego zaniedbać.
źródło: Facebook/ Zengi Racing 

Mostów za sobą jednak w Lesznie nie spaliłeś?
Nie, odchodziłem z Leszna w przyjaznej atmosferze. Miałem dobre relacje zarówno z klubem jak i z kibicami.



Zielonogórscy kibice z niecierpliwością czekali aż Twój transfer zostanie oficjalnie potwierdzony. Oczekiwania względem Twojej osoby są duże.
Sezon pokaże jak to będzie wyglądało. Chcę, żeby wszystko szło po mojej myśli, a także kibiców. Życie jednak pisze własne scenariusze. Mógłbym powiedzieć, że będę robił komplety, ale co w sytuacji kiedy nie uda się tego zrealizować? Wtedy będę postrzegany jako ten, który naopowiadał, ale nic z tego nie zrealizował. Wolę robić swoje, wykonywać swoją pracę należycie i nie skupiać się na deklaracjach słownych.



Nie rzucasz słów na wiatr?
Chcę mieć czyste sumienie przed samym sobą. Kiedyś zdeklarowałem się, że będę jeździć w Falubazie do końca kariery i zostanę drugim Andrzejem Huszczą. Życie zweryfikowało to na swój sposób.



Jeśli chodzi o drużynę to przed Wami sezon, w którym zdaniem ekspertów nie będziecie występować w roli faworyta.
Cieszę się z tego powodu. Nie ma żadnej spirali nakręcanej wokół nas. Motywuje nas także do tego, żeby pokazać niedowiarkom naszą wartość. Mówi się, że w Falubazie nazwiska zawodników nie robią wrażenia, ale ja z doświadczenia wiem, że nazwiska nie jeżdżą. Każdy sezon rządzi się swoimi prawami. To co było w poprzednim jest już historią. A media jak to media. Muszą mieć o czym pisać.



Chcecie zaskoczyć środowisko żużlowe?
Jeśli uda się zrealizować to co sami sobie założyliśmy, radość będzie ogromna. Dla nas każda pozycja medalowa, a nawet udział w fazie play-off będzie dużym sukcesem i będziemy się z tego cieszyć.



Jesień w Falubazie była okresem zmian zarówno jeśli chodzi o zawodników, ale także sztab trenerski. Tobie postać Adama Skórnickiego nie jest obca?
Z Adamem pracowaliśmy w ubiegłym roku indywidualnie. Pomagał mi wyjść z trudnej sytuacji, w której się znalazłem i sądzę, że nam się to udało. Można nas nazwać mistrzami świata w wychodzeniu z opresji, więc dołożymy wszelkich starań, aby nadchodzący sezon zakończyć z jak najlepszym wynikiem.
źródło: Facebook/ Zengi Racing

Niedawno zakończyliście obóz w Szklarskiej Porębie. Wspólnie spędzony czas pozwolił drużynie na integrację?
Spędziliśmy ze sobą kilka dni. Z niektórymi zawodnikami nie było wystarczającego kontaktu w parku maszyn, więc nadrobiliśmy to właśnie w trakcie pobytu w górach. Jesteśmy też zespołem zbudowanym diametralnie inaczej i potrzebowaliśmy czasu, który mogliśmy spożytkować na wspólne treningi, a także na czas wolny w pokojach, gdzie można było rozmawiać do woli.



Myślisz, że uda się Wam stworzyć monolit podobny do tego z sezonu 2016 kiedy drużyna zajęła 3. miejsce, pomimo wielu przeszkód w trakcie trwania sezonu?
Oczywiście, że jest szansa i do tego dążymy. Każdy z nas wie jakie są oczekiwania, a atmosfera zdecydowanie bardziej pomoże niż zaszkodzi w uzyskiwaniu dobrych wyników sportowych. Nie ma wśród nas rywalizacji, która mogłaby wprowadzać zły klimat w drużynie. Myślę, że daje nam to coś w rodzaju przewagi nad innymi zespołami, bo charakterologicznie drużyna jest ścięta na miarę.



Zazwyczaj mówi się, że rywalizacja podnosi poziom rozgrywek.
Mamy taki system funkcjonowania jako drużyna żużlowa. Czym innym jest rywalizacja w piłce nożnej. Można powiedzieć, że piłkarze są spokojni o swój byt. Inaczej wygląda to w żużlu, gdzie zawodnicy wszystko pakują w sprzęt, muszą opłacać mechaników i wiele innych zobowiązań. Jeśli nie robi się punktów lub wypada się ze składu to sytuacja bardzo się komplikuje, tworzy się nerwówka, która nie służy całej drużynie. Ciężko robić dobrą minę do złej gry. Na początku poprzedniego sezonu sam znalazłem się na dosyć ostrym zakręcie, ale nie obwiniałem w żaden sposób drużyny, wręcz przeciwnie. Spierałem ją jak tylko mogłem i cieszę się, że udało się kryzys pokonać.


Zdołałeś zażegnać kryzys, przyczynić się do mistrzostwa dla Unii Leszno i niedawno otrzymałeś nominację do kadry. Można powiedzieć, że wróciłeś z tarczą.
Udało się wyjść z opresji i mam nadzieję, że nigdy nie znajdę się w tak trudnej sytuacji, nie będę musiał ponownie tego przeżywać. Chciałbym zrewanżować się za zaufanie, którym obdarzono mnie w Zielonej Górze i stać się liderem drużyny. Wszystko jest w moich rękach.



Żużlowa reprezentacja w minionym sezonie była nie do zatrzymania. Sądzisz, że może być jeszcze lepiej?
Jeśli chodzi o nasze, krajowe podwórko to poziom sportowy jest bardzo wysoki. Teraz Drużynowego Pucharu Świata nie będzie, zastąpiony zostanie mistrzostwami świata par, więc ta rywalizacja się jeszcze bardziej zawęzi. Jednak dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych.



Wspomniałeś o decyzji federacji w sprawie zastąpienia DPŚ mistrzostwami świata par. Uważasz, że to słuszne rozwiązanie?
Najlepszym wyjściem byłaby sytuacja kiedy te dwie imprezy się przeplatały. W jednym roku Puchar Świata, a w drugim mistrzostwa świata par. Obie imprezy mogłyby być bardzo prestiżowe, przyciągnęłyby rzeszę kibiców. W ubiegłym roku Puchar Świata w Lesznie był fantastycznym przedsięwzięciem organizacyjnym i widowiskiem sportowym. Mieliśmy komplet publiczności. Jeżeli wszędzie ta impreza wyglądałaby tak jak rok temu w Lesznie to nie dyskutowalibyśmy o tym, czy jest sens jej organizacji. Może forma konkursu nie była do końca właściwa. Wypadałoby wciągnąć w to większą liczbę nacji, wtedy kibic byłby bardziej zaciekawiony. Brakuje też tego, że zawody nie są pokazywane w otwartym kanale. Żużel jest na tyle emocjonujący i ciekawy, że ludziom by się to mogło spodobać.



Wróćmy jeszcze do Twojej osoby. Jakie cele stawiasz sobie na nadchodzący sezon?
Cele zawsze stawiam sam przed sobą, bo opowiadanie o nich nie przyniesie niczego dobrego. Wiem co robić, na czym się skupiać i nie czuję  potrzeby opowiadania o tym. Wychodzę z założenia, że o celach się nie mówi, tylko się je realizuje.

źródło: Facebook/ Zengi Racing



Twoje poczynania nie ograniczają się wyłącznie do roli zawodnika. Działalność publicystyczna również nie jest Ci obca?
Nie jest mi obca, ale ciężko mi usiąść i opracować dany materiał. W wolnej chwili staram się przykładać do tego, bo dla mnie jest to dodatkowy kontakt z kibicami. Wszystkie opinie, spostrzeżenie płyną głęboko ode mnie. Ludzie mogą poznać moje opinie na dane tematy, więc jeśli to nie koliduje z terminarzem to staram się przykładać do pisania.


A komentowanie?
Komentowanie jest nowym zajęciem, w które się zaangażowałem. Po kilku wystąpieniach przed kamerą zebrałem nawet dobre opinie. Nie zapominam jednak o tym co jest dla mnie najważniejsze, ale opowiadanie o tym również jest dla mnie świetną zabawą. Cieszę się, że mogę brać udział w tych fantastycznych widowiskach, być ich częścią. Grand Prix jest szczytem naszych rozgrywek, więc jeśli nie mogę występować jako zawodnik to cieszę się, że uczestniczę w tym właśnie w takiej formie. Mam jednak nadzieję, że doczekam startów w GP jako zawodnik. Zawsze mogę sobie tłumaczyć, że nie jadę oglądać meczu, a jadę do pracy. Moim marzeniem zawsze będzie występ jako zawodnik GP.



Czyli po wieloletniej, bogatej w trofea karierze nie będziesz mógł narzekać na nudę?Żeby kariera była bogata to jeszcze dużo pracy przede mną. Wierzę, że uda mi się zrealizować to co sobie założyłem i będę mógł być dumny ze swoich osiągnięć. 


Fot. Justyna Liwocha - Yesforphotos


wtorek, 19 grudnia 2017

Wszystko co dobre, szybko się kończy. Ekstraklasa również!

Mam świadomość, że wielu sympatyków footballu ma niechętny stosunek do Lotto Ekstraklasy. Nie mam z tym problemu, ale także proszę o akceptację mojej fascynacji polską ligą. Najbliższe weekendy będą okropnie nudne i przede wszystkim przewidywalne.
Fot. Justyna Liwocha

Kolejna runda naszej ligi dobiegła końca. Zawodnicy zakończyli rozgrywki i rozjechali się do domów po całym świecie. Dla obserwatorów rozgrywek oznacza to brak emocji aż do 9. lutego, czyli startu "rundy wiosennej", która niestety długo nie będzie miała z wiosną dużo wspólnego. W naszym klimacie mecze bez chłodu, wiatru i śniegu zaczynają się chyba w maju, a nawet później.



Od lipca mogliśmy obserwować ciekawe widowiska. Piłkarze konstruowali akcje, strzelali bramki, walczyli z nadzieją, że zadowoli to zebranych na stadionie, ale także przed ekranami telewizorów kibiców. Piłka nożna jak każda dyscyplina charakteryzuje się ogromną nieprzewidywalnością. Ameryki w tym aspekcie nie odkryję. Każdy to wie, ale Lotto Ekstraklasa ma to opanowane do perfekcji. Liderzy, faworyci wielokrotnie schodzili z boiska ze spuszczonymi głowami i świadomością straconych bramek.
Idealnie zilustrował to ostatni mecz w 2017 roku. Górnik Zabrze podejmował u siebie Cracovię. Co "Górnicy" wyprawiają w tym roku każdy widział i podejrzewam, że nikt nie obstawił ich porażki 0:4.



Najlepszą wizytówką tego co czeka kibiców w sezonie 2017/2018 był już mecz I kolejki Górnik Zabrze - Legia Warszawa. Zabrzanie występowali jako beniaminek z zawodnikami, młodymi, debiutantami, którzy znani byli w Nice I lidze, ale za to mieli wsparcie wypełnionego po brzegi stadionu  i świadomość, że niemożliwe nie istnieje. Pozornie mogłoby się wydawać, że to za mało, żeby powstrzymać Mistrza Polski, drużynę walczącą o Ligę Mistrzów. A jednak! Górnik wygrał 3:1 z Legią w dobrym stylu. Sama pomyślałam, że w tym przypadku remis będzie cudem, a tutaj okazałe zwycięstwo. W późniejszych tygodniach emocji i niespodzianek nie brakowało.

źródło: www.eurosport.interia.pl

Kolejnym objawieniem rundy dla mnie to zdecydowanie Korona Kielce. Czytając doniesienia dotyczące okresu przygotowawczego myślałam, że w takich warunkach trudno będzie o utrzymanie. Ku zdziwieniu wielu na boisko wychodziła drużyna niebojąca się dostawić nogę, walcząca, silna. Dzisiaj Korona zajmuje 7. miejsce w tabeli, jest w półfinale Pucharu Polski. Zdołała zagrać na nosie Legii Warszawa (3:2), strzelić 3 bramki dla Śląska Wrocław, czy  pokonać w Gdańsku Lechię aż 0:5. W końcówce zderzyła się co prawda mocno z rzeczywistością, bo przegrała 0:3 z Arką i aż 5:1 z Jagiellonią, ale trzeba przyznać, że dobrze sobie radzi z permanentną łatką "kandydata do spadku". Dzisiaj ma bliżej do podium niż do I ligi.



Imponuje mi wspomniany wcześniej Górnik Zabrze. Uwielbiam oglądać ich mecze, a jednym z głównych powodów są występy młodych zawodników. Polityka klubu lub trenera Brosza bardzo się opłaciła, bo tacy piłkarze jak Tomasz Loska, Szymon Żubrowski, czy Mateusz Wieteska stanowią porządną siłę napędową. Nie można pominąć absolutnych objawień jakimi są: Damian Kądzior i Rafał Kurzawa. Subiektywnie przyznam, że ekipy z Zabrza nie da się nie lubić. No chyba, że ktoś jest z Katowic albo Chorzowa, ale to już inna sprawa. Podium dla Górnika? Dla mnie rewelacja i trzymam kciuki nawet za mistrzostwo.



Myślę, że plusem tych rozgrywek jest Jagiellonia Białystok. Zaskoczyła mnie nominacja na trenera Ireneusza Mamrota. W mediach pojawiały się dyskusje, czy sprosta, czy będzie w stanie godnie zastąpić Michała Probierza. Widać, nie ma ludzi niezastąpionych, bo Jaga daje sobie radę na polskich boiskach. Stawia się faworytom, walczy i dobrze wygląda. Ireneusz Mamrot jako szkoleniowiec, który w Lotto Ekstraklasie debiutuje chyba może być z siebie zadowolony.



Wspomniałam o Michale Probierzu i chciałabym rozwinąć ten wątek, ale w kategorii rozczarowań, bo gdy obejmował fotel trenera "Pasów" sądziłam, że będzie to początek wędrówki na podium i walki o europejskie puchary. Póki co jest to wyłącznie walka o utrzymanie. Praca Michała Probierza w Krakowie ma się nijak do tego, co działo się w Białymstoku. Patrząc na kadrę, jej potencjał, a także doświadczenie obecnego szkoleniowca, nie powinno to tak wyglądać.


źródło: www.gol24.pl

Podobnie z Pogonią Szczecin, którą po Kazimierzu Moskalu przejął Maciej Skorża. Solidny trener w połączeniu z młodym, perspektywicznym zespołem powinien oznaczać miejsce zdecydowanie wyższe niż 16. Kibicuję Dumie Pomorza, ponieważ lubi postawić na młodych piłkarzy i niektórzy bardzo szybko stawali się topowymi zawodnikami. W poprzednim sezonie trzymałam kciuki za miejsce w pierwszej ósemce, dzisiaj zaś o rychłe wydostanie się ze strefy spadkowej.


Po ostatniej kolejce w roku 2017 upewniłam się w swoim postanowieniu, że nigdy nie będę obstawiać wyników meczów! Absolutnym zaskoczeniem była porażka Górnika Zabrze z Cracovią i to aż 0:4. Cieszy mnie jednak odrabianie strat Pogoni Szczecin. Nie wiem jak Wy, ale ja liczę na emocjonującą rundę!
_______________________________________________________

Całkowicie na koniec chciałabym złożyć wszystkim Czytelnikom najserdeczniejsze życzenia świąteczne. Przede wszystkim zdrowych, spokojnych i rodzinnych świąt, zaś w nowym roku wszelkiej pomyślności, sukcesów i radości! Ściskam wszystkich bardzo mocno!
Fot. Justyna Liwocha



Fot. Justyna Liwocha

czwartek, 7 grudnia 2017

Kobieta w sporcie jako absurd?!

Miałam tego nie robić, ale cóż... Wywiady to jedna sprawa, ale nie tylko one wchodzą w skład dziennikarstwa sportowego. Czas zająć się na poważnie swoim warsztatem, bo konkurencja nie śpi, a droga do Warszawy jeszcze długa. Zapraszam Was serdecznie do lektury mojego felietonu. Może komuś się spodoba?       
Fot. Justyna Liwocha/ Yesforphotos

              Każde stulecie charakteryzuje co innego. Wejście w nowy wiek wiąże się z innowacyjnością, łamaniem stereotypów. Do XXI wieku przeszło niestety wiele z nich. Moim zdaniem większość dotyczy kobiet.
        Prawie nikogo nie dziwi fakt, że szefem kuchni w prestiżowej i znanej restauracji zostaje mężczyzna, chociaż owo królestwo zazwyczaj przypisuje się kobietom. Podobnie jest z modą. Pomimo, że nie znam się na modzie, nawet będąc kobietą, to jestem w stanie wymienić więcej nazwisk męskich projektantów. W kwestii projektantek mody musiałbym długo pomyśleć lub zasięgnąć informacji w różnych źródłach. Wniosek z tego jest taki, że mężczyźni do perfekcji opanowali umiejętności, które w przeszłości były zarezerwowane wyłącznie dla kobiet.
        A co w przypadku kiedy kobieta chce "wejść w męskie buty"? W większości przypadków podnosi się larum i słychać wyłącznie: "nie da sobie rady", "nie zna się na tym". To jest to co mnie najbardziej denerwuje, jest największym mankamentem naszych czasów. Mężczyźni pewnie podbijają teren zarezerwowany wcześniej dla kobiet, ale jeśli one chcą wkroczyć w świat piłki nożnej, żużla, czy motoryzacji to muszą się wiele nasłuchać. Skąd o tym wiem? Z życia. Jeśli spojrzeć na stacje, które transmitują wydarzenia sportowe to w grupie dziesięciu osób jest tylko jedna kobieta, ewentualnie dwie.
        Dziennikarstwo sportowe wydaje się być bardzo hermetyczne i za wszelką cenę zdominowane przez mężczyzn. Pozostaje zadać pytanie: dlaczego? Moim zdaniem ze strachu, że reprezentantki płci pięknej okażą się lepsze. Nie mam pretensji do komentatorów, bo oni są od obiektywnych, bardzo fachowych uwag, suchego przedstawiania faktów, ale jeśli chodzi o wywiady pomeczowe to sądzę, że kobiety są zdecydowanie lepsze od mężczyzn. Po przegranym meczu zawodnicy pragną jedynie znaleźć się jak najszybciej w szatni, ale mają jeszcze obowiązki medialne. Dziennikarz zadający pytania często zapomina o emocjach przegranych i potrafi sformułować pytanie w taki sposób, że nie można się dziwić, że odpowiedzi są lakoniczne i sarkastyczne. Reporter się zdenerwuje, a widzowie przypną zawodnikowi miano "ignoranta", "gwiazdora". Można by tego uniknąć i pozwolić przeprowadzać takie wywiady kobietom, które są bardziej empatyczne i wyrozumiałe, ale w męskim światopoglądzie przecież nie znają się na piłce.
        W ostatnim czasie sama doświadczyłam tego jak mężczyźni chcą "zagarnąć" piłkę nożną wyłącznie dla siebie. W tramwaju rozmawiałam przez telefon o jednej z zakończonych kolejek Ekstraklasy. Z rozmówcą analizowaliśmy wyniki, miejsce drużyn w tabeli i postawę niektórych zawodników. Kiedy skończyłam, stojący obok mężczyzna spojrzał na mnie z politowaniem i powiedział: "Kobieto, co Ty wiesz o footballu?!" Na co ja odpowiedziałam, że z przyjemnością podyskutuję, ale rozmówca musiał wysiąść, niestety. Gdyby na moim miejscu był mężczyzna, prowadził bloga o sporcie tak samo jak ja, to jestem pewna, że nie musiałby odpowiadać na tyle dziwnych pytań. Lubię odpowiadać na pytania dotyczące mojej działalności, ale nie kiedy pytający skazuje mnie na porażkę i radzi zająć się czymś "babskim". Zamiast się cieszyć jak bardzo zróżnicowane są zainteresowania Polek, jak ich obecność w mediach sportowych wzbogaci widowisko to część preferuje wylewać swoje ubolewania w internecie w postaci hejtów, złośliwości i uprzedzeń.
        
         XXI wiek ma w tej kwestii dużo do poprawy, ale mam też nadzieję, że nie przeciągnie się ten proces na następne stulecia.


Fot. Justyna Czubata

Fot. Justyna Liwocha / Yesforphotos
                                       

niedziela, 19 listopada 2017

Mam świadomość, że Lechia wiąże ze mną przyszłość

O tym jak bardzo stronnicze są media wiemy z życia codziennego. Wszyscy wskazują w tym miejscu politykę, zapominając, że zdarza się to także w sporcie. Warto zapoznać się z dwiema stronami, bo tylko to pozwoli nam na obiektywizm. Jego brak w ostatnich miesiącach odczuł nowy zawodnik Lechii Gdańsk - Patryk Lipski, którego kariera w ostatnich miesiącach doświadczyła wielu turbulencji. Macie okazję dowiedzieć się o kulisach jego odejścia z Ruchu i ich skutkach. Zapraszam serdecznie do lektury!


Blondynka o sporcie: Na samym początku chciałabym się dowiedzieć, czy jesteś człowiekiem cierpliwym?

Patryk Lipski: Tak, bo nie denerwuję się w sytuacjach, gdy coś nie wychodzi, albo jest nie po mojej myśli. Moje późne początki w Ekstraklasie pokazują, że spokojnie i cierpliwie czekałem na swoją szansę.




Obecnie także cierpliwie czekasz na zaufanie obecnego szkoleniowca Lechii - Adama Owena?
Można tak powiedzieć. U obecnego trenera nie jestem wyborem numer 1, do tej pory zagrałem jeden mecz. Muszę czekać i nie denerwować się. Wykorzystuję ten czas do tego, aby jeszcze ciężej pracować.




Trener jako powód Twojej abstynencji na boisku wskazuje zaległości fizyczne. Sam czujesz po sobie brak przygotowania w przerwie między sezonami?

Akurat z tym nie mogę się zgodzić. Czuję się dobrze fizycznie. Jedyne czego mi brakuje to zrozumienia i zgrania z drużyną. Czułem się dobrze w meczach, które rozegrałem w trwającym sezonie. Nie zgadzam się z tą oceną, ale ona mnie motywuje do tego, żeby udowodnić trenerowi, że się myli i tym samym zaczął na mnie stawiać.

źródło: www.przegladsportowy.pl


Za kadencji Piotra Nowaka byłeś zawodnikiem numer 1. W jednym z wywiadów stwierdziłeś, że piłka jest po Twojej stronie. Obecnie tego samego powiedzieć już nie możesz?

Dokładnie. Muszę czekać na swoją szansę i dobrze ja wykorzystać. Polega to na tym, żeby zdobyć miejsce w składzie i już go nie oddać. Trener Nowak zaufał mi od początku, bo zaraz po przyjściu grałem. Po zmianie trenera wyniki również nie były zadowalające i nie odwdzięczyłem się trenerowi za zaufanie więc muszę o nie ponownie powalczyć.




W Lechii Gdańsk znalazłeś to czego w końcówce poprzedniego sezonu w Ruchu tak bardzo Ci brakowało, czyli stabilizacji?
Ostatnie miesiące było mocno zwariowane. Rozwiązanie kontraktu z Ruchem Chorzów, przygotowania do Młodzieżowych Mistrzostw Europy bez klubu, oczekiwania na propozycje transferu, więc kiedy podpisałem kontrakt z Lechią czułem wielką ulgę. Szukanie klubu jako wolny zawodnik jest bardzo stresujące, bo nie wiedziałem gdzie trafię. W Gdańsku podpisałem kontrakt na 4 lata i dzięki temu odczuwam spokój i komfort.




Nie obawiasz się, że tak długoletni kontrakt może zamknąć Ci drogę do wyjazdu za granicę?

Teoretycznie zagraniczny klub może mnie kupić. Z drugiej strony mam ogromny komfort i świadomość, że Lechia wiąże ze mną przyszłość. Tylko ode mnie zależy mój wyjazd za granicę i jeśli tak się stanie to klub będzie mógł na mnie zarobić i nie będę miał nic przeciwko temu.
źródło: www.katowickisport.pl

Wrócę do Twoich przejść z Ruchem Chorzów. Wszystkie nieprzyjemne sytuacje ze śląskim klubem, odbiły się na Twojej psychice?
Stałem się jeszcze silniejszy psychicznie, bo zamieszanie wokół tej sprawy było duże. Nie dotknęło mnie to aż tak mocno, bo widziałem jak wszystko wyglądało od środka. Nie mam do siebie zarzutów, bo kiedy grałem, dawałem z siebie wszystko. Kibice zareagowali nerwowo, bo są zżyci z drużyną, ale wiadomo, że nie wiedzą wszystkiego. Bazują tylko na tym co przeczytają w mediach.




Z Twojej perspektywy kto bardziej zawinił?
Ludzie rządzący klubem nie wywiązywali się z obietnic. Do tej pory mam wypłacone pieniądze za styczeń, pomimo, że w Ruchu grałem do połowy maja. Jest to dowód na to, że nie jest tam kolorowo.




Opuszczając Ruch Chorzów miałeś poczucie, że uciekasz z tonącego statku?

Chciałem pomóc drużynie w walce o utrzymanie. Spotkałem się z prezesem i zaproponowałem, że jeśli będę miał wpisane w kontrakt kwotę odstępnego, czyli gwarancję, że po sezonie będę mógł odejść to zostanę i zrobię wszystko co w mojej mocy.  Prezesi jednak się nie dogadali między sobą i nie doszło do porozumienia. Zdecydowałem, że jeśli nie chcą tego, abym został, to rozwiąże kontrakt. Później żałowałem, że nie mogłem uczestniczyć w ostatnich meczach sezonu i przeżywałem fakt spadku mojej drużyny. Czuję się współwinny tej sytuacji. Miałem poczucie, że zostawiłem drużynę samą sobie.





Myślisz, że kibice zrozumieją słuszność Twojej decyzji o odejściu?

Po rozwiązaniu kontraktu byłem jeszcze przez tydzień w Chorzowie. Kilku kibiców mnie spotkało i chciało wiedzieć jak to naprawdę wyglądało, ale większość czerpie informacje na ten temat ze strony internetowej Ruchu, wywiadów z prezesem. Wiadomo, że oni zdania nie zamienią. Szkoda jednak, bo grałem w Chorzowie ponad 5 lat i zależało mi na tym, aby być dobrze postrzegany przez kibiców. Gdybym był im obojętny pewnie nie zachowywaliby się w ten sposób więc to pokazuje, że byłem ważnym ogniwem drużyny.
źródło: www.sport.se.pl

Jakie są skutki decyzji II instancji ds. Orzekania Sporów Sportowych?
Decyzja II instancji była przyczyną drobnych błędów formalnych, bo początkowo daje się wezwanie do zapłaty jeżeli klub zalega więcej niż 2 miesiące i mają na regulację 2 tygodnie. Ruch nie zapłacił mi w tym okresie i mogłem rozwiązać kontrakt z winy klubu. II instancja doszukała się w tym wezwaniu  braku zastrzeżenia, które powinienem zawrzeć, że w przypadku kiedy nie zostaną wypłacone pieniądze to wtedy rozwiąże kontrakt. Z kolei ja zamiast tego napisałem, że w takiej sytuacji skieruje sprawę do odpowiednich organów PZPN. Izba przyznała tutaj rację klubowi, ale w związku z tym, że nie uregulowali zaległości, to nie mają prawa do odszkodowania.Ten błąd nic zmienia w mojej sprawie. Dało to tylko ludziom z Ruchu powód do tego, żeby się pochwalić w internecie.




Pochwalili się, ale nie wytłumaczyli o co naprawdę chodzi.
Dokładnie. Kibice zaczęli myśleć, że zaległości zostały uregulowane, a ja mimo to rozwiązałem kontrakt.



Przewidujesz szybki koniec sagi pt: "Ruch Chorzów - Patryk Lipski"?
Myślałem, że cała sprawa jest już zakończona, a teraz był wyrok II instancji. Można się jeszcze odwoływać do Lozanny, ale to po dostarczeniu uzasadnienia, którego jeszcze nie mam. Liczę jednak na to, że to będzie już definitywny koniec.




Wielu myślało, a nawet pisało, że możesz wrócić do Ruchu.

Tak, widziałem, ale przez te ostatnie miesiące jestem rozeznany w przepisach. Wiem, że statusu zawodnika to nie zmienia. Jestem zawodnikiem Lechii, grałem w meczach więc było to tylko niepotrzebne zamieszanie.
źródło: www.katowickisport.pl

Miałeś obawy jak Twoja sytuacja klubowa wpłynie na decyzję Marcina Dorny o powołaniu Ciebie na Mistrzostwa U-21?
Obawy były, bo przez siedem kolejek nie grałem spotkań. Zwróciłem się do Pogoni Szczecin z prośbą o możliwość trenowania z drużyną, bo wiedziałem, że tylko tak zdołam podtrzymać formę. Byłem w stałym kontakcie z trenerem i cieszyłem się kiedy zostałem powołany do szerokiej kadry. Miałem dwa tygodnie zgrupowania, żeby udowodnić, że nie jest ze mną źle. Wyszedłem w podstawowym składzie na pierwszy mecz, ale moja forma jak i całej drużyny podczas mistrzostw nie była najwyższa.




Swoją bramką otwierającą wynik w meczu ze Słowacją pokazałeś, że wybór Marcina Dorny był słuszny.
Początek był wymarzony i szkoda, że ta bramka nam nic nie dała, bo przegraliśmy 2:1. Nikt nie odbierze mi satysfakcji ze strzelonego gola, tym szczególnie, że wielu zastanawiało się jak zawodnik bez klubu może grać w reprezentacji. Wspomnienia zostały, szkoda że wyniki nie były zadowalające.




Na filmach z Waszego zgrupowania było można zobaczyć, że fakt iż byłeś wolnym zawodnikiem był obiektem wielu żartów. Podchodziłeś do tego z dystansem?
Żartowaliśmy z sytuacji, kiedy trenerzy przeciwnych drużyn dostaną listy z zawodnikami i ich klubami, a ja tam będę widniał jako wolny zawodnik.

źródło: www.u21poland.com

Nie chciałeś podejmować decyzji o transferze przed MME?
Myślałem, że po mistrzostwach szybciej uda mi się znaleźć klub, a musiały minąć dwa miesiące zanim podpisałem kontrakt z Lechią.




Zawirowań z Twoim udziałem w trakcie letniego okna transferowego było mnóstwo.
Nastawilem się na wyjazd za granicę, ale nie było jasnych deklaracji. Z kolei Lechia Gdańsk od początku wykazywała ogromne zainteresowanie moja osobą. Chcieli, abym został ich zawodnikiem jeszcze w trakcie mojej gry w Ruchu oraz gdy byłem wolnym zawodnikiem.




Okres Twojego pobytu tutaj w Gdańsku jest dobrze przepracowywany przez Ciebie, pomimo faktu, że nie łapiesz się do podstawowego składu?
Tutaj zmienił się sposób prowadzenia drużyny i jest to coś nowego dla mnie. Warto czasem zobaczyć coś innego, czy usłyszeć inne wskazówki. Takie dostawałem od Piotra Nowaka, który był świetnym środkowym pomocnikiem. Jestem tutaj dopiero od trzech miesięcy. Wiadomo, że chciałbym grać, ale w Lechii jest większa konkurencja niż w Ruchu.




Konkurencja o miejsce w składzie mocno Cię mobilizuje?

Wiem, że w tych najlepszych klubach jest zawsze. W Ruchu bardzo długo byłem podstawowym zawodnikiem i musiałem narzucać sobie presję, mobilizować się. W Gdańsku mam świadomość, że jeden gorszy mecz może mnie kosztować miejsce w składzie.
źrodło: www.sport.trojmiasto.pl

Jesteście po okazałej wygranej z Wisłą Płock, a przed przerwa reprezentacyjna wybraliście derby. To są spotkania, którymi próbujecie zamazać blamaż w meczu z Koroną Kielce?

Przedostatni mecz u siebie to porażka 5:0. Ja wszedłem przy tym wyniku więc dużo zrobić nie mogłem. Taki wynik nie może się zdarzyć. Wygranymi derbami i sobotnim meczem, ale także w kolejnymi spotkaniami chcemy poprawić swoją sytuację w tabeli. Całe szczęście, że derby były szybko po meczu z Koroną i kibice chyba zapomnieli o tej wysokiej porażce, bo przyszli po meczu i cieszyli się razem z nami.




Zlekceważyliście Koronę jako rywala, czy ona Was zwyczajnie zaskoczyła?

Mecz ułożył się w taki sposób, że to Korona strzeliła pierwszą bramkę i po niej każdy z nas zapomniał o założeniach przedmeczowych i rzucił się do odrabiania strat. W taki sposób wpadł drugi gol, trzeci i tak dalej. Koledzy z drużyny opowiadali, że po raz pierwszy grali taki mecz. Nic nam się nie udawało, a Koronie wszystko. Obym takiego meczu już nigdy doświadczył.




Atmosfera podczas derbów Pomorza różni się od tej panującej na Śląsku? Nienawiść kibiców Arki dało się odczuć w sposób szczególny?
Wcześniej grałem dwa razy w derbach z Górnikiem Zabrze i dwa razy wygraliśmy. Podczas meczu z Arką byłem na ławce, ale tą nienawiść odczułem, bo wychodząc na rozgrzewkę,  nasłuchałem się  wyzwisk. Tym piękniejsze było to, że w ostatniej minucie cały stadion nagle ucichł i to my wyjechaliśmy z Gdyni z kompletem punktów.



Na koniec czego Ci życzyć na nadchodzące dni, miesiące?

Przede wszystkim miejsca w podstawowym składzie Lechii. Moim celem są także występ w reprezentacji Polski, a wywalczyć je mogę poprzez regularną i dobrą grę w klubie. Jestem cierpliwy i oby tylko bez kontuzji, a wiem, że sobie poradzę.
Fot. Justyna Liwocha

Jest kolejny powód do radości, ale także mobilizacja do pracy. Przed wyjściem na wywiad z Patrykiem w statystykach blogach pojawiła się liczba 30 tysięcy odsłon. Może powinno ich być więcej, ale z każdym następnym wywiadem będzie rosnąć. Dziękuję Wam za każde kliknięcie i udostępnienie. Dla mnie to wielka sprawa! Pozdrawiam wszystkich Czytelników! <3






środa, 15 listopada 2017

Dwudziestolatek w ciele 37-latka!

Mnóstwo osób myśli, że w wieku 37 lat nie można już niczego zmienić na dobre i są niestety w błędzie. Zmienić można dużo i mieć z tego ogromne profity, a wie o tym doskonale mój ostatni rozmówca. Filip Dylewicz pomimo tego, że ma za sobą kilkanaście lat zawodowego uprawiania sportu, 600 meczów w polskiej lidze to z całą pewnością ograłby niejednego "młodzieniaszka". Sam podkreśla, że nie czuje swojego wieku, a swoimi występami udowadnia, że jest jak wino - im starszy, tym lepszy.
Zapraszam Was serdecznie do lektury wywiadu!


Blondynka o sporcie: Doświadczenie zdobyte na koszykarskich parkietach wpłynęło na zmianę Pana podejścia?

Filip Dylewicz: Jestem zawodowcem i każdy mecz dla mnie jest czymś nowym i wymaga ode mnie koncentracji, maksymalnego zaangażowania i profesjonalnego podejścia. Bywają gorsze i lepsze dni. Często to one mają znaczący wpływ na postawę w danym dniu. Do każdego meczu podchodzę tak samo i nieważne, czy był to pierwszy rok moich występów, czy dwudziesty. Zawsze chcę dać z siebie 100% i przed każdym meczem powtarzam sobie, że ten dzisiejszy będzie tym przełomowym. Nie doszedłem jeszcze do momentu, w którym stanąłem przed lustrem i stwierdziłem "dzisiaj było 100%". Wszystko przede mną.





Głowa identycznie znosi porażki?
Głowa jest kluczowa zarówno w życiu codziennym jak i w sporcie. Decyduje o tym jak się czujemy, ale także jak pracują mięśnie. Porażki bolą, są nieprzyjemne, ale zawsze towarzyszą dyscyplinom sportowym. Trzeba nauczyć się balansu, aby nie zdołowały nas jako jednostki. Każdy chce wygrywać, ale trzeba zdawać sobie sprawę, że często znajdzie się ktoś kto jest lepszy.





Koszykówka uczy życia?
Każdy sport uczy. W moim przypadku koszykówka jest czymś niezwykłym. Poznaje się mnóstwo ludzi, jest się w wielu miejscach, można być rozpoznawalnym na ulicach. Jest to bardzo przyjemne więc wylewanie potu, męczarnie, a nawet chęć rzucenia sportu, wynagradza wszystko.





Wspomniał Pan o rzucaniu sportu. Ile razy pojawiał się u Pana ten moment?

Raz w życiu miałem taką chwilę. Grałem w Bydgoszczy, gdzie miał miejsce zalążek mojej kariery. Jako to bywa z młodymi, coś mi się nie spodobało i oznajmiłem rodzinie, że nie chcę chodzić na treningi, ale za ich namową zostałem.
źródło: www.polskikosz.pl



Od początku koszykówka była planem na życie?
Zawsze byłem bardzo sportowy. Znajomi, z którymi rozmawiam, powtarzają, że to było wiadome, że zostanę sportowcem. Żadna z dyscyplin nie sprawiała mi problemu, a próbowałem: kajakarstwa, piłki nożnej, tenisa stołowego. Dzięki swojej zmarłej babci trafiłem do koszykówki.





W Pana dyscyplinie jest miejsce dla indywidualistów?

Sportowiec musi być indywidualistą, ale trzeba pamiętać o zbilansowaniu i równowadze. Indywidualizm sprawdza się w sportach, w których na świeczniku jest jednostka, natomiast tam gdzie jesteśmy kolektywem, owszem jest ważny, ale nie najważniejszy. Każdy z nas musi walczyć i rywalizować, ale dla dobra całości. Ja mając 37 lat również stawiam sobie za cel pokazanie, że ktoś jest gorszy ode mnie.





Koszykówka jest nieprzewidywalna?

To jest chyba jej piękno jak i wszystkich dyscyplin sportowych, bo nigdzie nie jesteśmy w stanie przewidzieć rezultatu. Sezon koszykarski jest długi, są drużyny, które wygrywają mecze jako faworyci, ale zdarza się, że liderzy gubią punkty. W play-offach kiedy gramy do czterech wygranych widać wyższość drużyn, które są liderami, ale w innych często decyduje dyspozycja dnia.





W jakiej roli czuje się Pan bardziej komfortowo: jako podstawowy zawodnik, czy rezerwowy?
Dużo się nad tym zastanawiałem. W poprzednim sezonie, kiedy trener Marcin Kloziński zaczął mnie wpuszczać z ławki byłem trochę sfrustrowany. Była to dla mnie niecodzienna sytuacja, bo przez większość kariery wychodziłem w pierwszej "piątce" i  najważniejszym momencie, bo to od nas zależało wejście drużyny w mecz. Sportowa ambicja mówiła mi, że powinienem zaczynać jako podstawowy zawodnik. Musiałem wtedy porozmawiać sam ze sobą i spojrzałem na to z innej perspektywy. Zobaczyłem, że nie docenia się zawodników wchodzących z ławki. Graczom rezerwowym gra się łatwiej, bo na początku spotkania wychodzi "piątka" najlepszych z obu drużyn. Oni walczą między sobą, spinają się, a tego szóstego i siódmego często sobie odpuszczają i na dzień dzisiejszy wolę wchodzić z ławki.





Presja na zawodniku, który wchodzi z ławki i od którego często wymaga się odwrócenia losów meczu, jest większa?

Presja jest na wszystkich: na sztabie, zawodnikach, prezesach, bo występujemy jako drużyna, gramy dla kibiców i to oni nas oceniają. Jest ona nieodłącznym elementem zawodowego uprawiania sportu, zdajemy sobie sprawę z jej obecności, ale nie możemy dopuścić, żeby nas zdominowała. Zawodowstwo nie jest zabawą, przeczy temu wszystkiemu co się o nas mówi: przyjdą sobie na dwie godziny, pobiegają, porzucają i mają za to duże pieniądze. To co innego niż bieganie po plaży dla przyjemności.




To znaczy, że koszykarze są niedoceniani?
Zależy przez kogo, bo opinia publiczna jest różna. Są ludzie, którzy myślą w sposób o jakim wspomniałem. Mój brat powtarzał, że z 10 rzutów za 3 punkty rzuciłby z pewnością 6. Przyjechał na halę, miał możliwość, żeby w przerwie meczu wykonywać rzuty wolne i wszystkie to airball'e [pot. pudła, rzuty, które nie trafiają w obręcz]. Nie jest to takie proste, a dodajmy do tego zmęczenie, presję, fakt, że ktoś ciągle goni i chce udowodnić fakt bycia lepszym. Nie każdy jest zdolny do takich rzeczy.
źródło: www.sport.trojmiasto.pl

Dlaczego celne rzuty są kwestią psychiki?
Jest najważniejsza. Możemy wypracować tylko pewne automatyzmy, robić coś bez namysłu. Jak się myśli to się nie trafia. Im bardziej się chce, tym mniej wychodzi. Sam to przerabiałem wielokrotnie kiedy przychodziłem kryzys. Zażegnać go można cierpliwością i ciężką pracą, nic na siłę.





Chciałabym nawiązać do jednego z udzielonych przez Pana wywiadów na temat zdrowych nawyków. Ile dla zawodowego koszykarza znaczy dobre prowadzenie się?

Temat rzeka, bo w świadomości Polaków zdrowe odżywianie się oznacza "niepalenie papierosów i nie picie alkoholu". Ludzie nie wiedzą, że u sportowca w grę wchodzi: wypoczynek, odpowiednia dieta, suplementacja, treningi z zespołem, indywidualne. Teraz mam świadomość, że dobrze jem, odpowiednio pracuję, świetnie się czuję więc to musi przynieść efekt. Zachorowałem niedawno na profesjonalizm przez Artura Mielczarka. Jestem ogromnym fanem słodyczy. Przed meczem wyjazdowym zawsze musiałem mieć przy sobie torbę słodyczy, dwie litrowe cole i gazety motoryzacyjne. Funkcjonowałem tak przez kilkanaście lat, za to teraz jest zupełnie inaczej.




Co było przełomowym momentem dla wprowadzenia tych zmian?
Moment, w którym Artur Mielczarek zdjął koszulkę! (śmiech) Zdałem sobie sprawę jak my, jako naród mamy niską świadomość wpływu jedzenia na nasze samopoczucie. Uwielbiałem pizzę, słodycze i na tym funkcjonowałem. Nigdy nie miałem problemów z nadwagą i pewnie dlatego nie pomyślałem, że można byłoby zamienić to na coś profesjonalnego. Dzięki Arturowi i jego namowom spróbowałem czegoś innego i żałuję, że nie zrobiłem tego wcześniej.




W mediach pojawiło się sformułowanie: "Dylewicz jak wino".

Nie mnie to oceniać. Robię co mogę, czuję się jak dwudziestolatek i nie patrzę na to, że mam 37 lat. Genetycznie jestem tak uwarunkowany, że trenowanie wyczynowe: 2 razy w tygodniu po dwie godziny, nie jest dla mnie problemem.




Czuję Pan, że sił z wiekiem przybywa?
Szczerze to teraz czuję się tak dobrze jak podczas najlepszych lat mojej kariery. Może nie skaczę już tak wysoko, nie ma już tej dynamiki, ale psychicznie, mentalnie gra sprawia mi ogromną frajdę.
źródło: www.przegladsportowy.pl
Swoją dobrą dyspozycją uciera Pan nosa młodym przeciwnikom. Czerpie Pan z tego szczególną satysfakcję?
Zdecydowanie. To jest ta cecha charakteru, która pozwoliła mi zostać profesjonalnym sportowcem. Moim celem jest pokazanie drugiej osobie, że jestem lepszy.






Doświadczenie zdobywał Pan na polskich parkietach, ale także tych europejskich.

Euroliga to był inny poziom. Jako Polacy od wielu lat staramy się dogonić najlepsze zespoły, które tam występują. Jest to niestety uwarunkowane możliwościami finansowymi klubów, które u nas są dużo niższe. Miałem możliwość gry z wielkimi nazwiskami. Mieliśmy w Trójmieście przez pewien czas namiastkę koszykarzy z europejskiego poziomu i dla mnie była to ogromna przyjemność.






Jest sens oceniać polską ligę przez pryzmat występów reprezentacji na arenie międzynarodowej?

Reprezentację tworzą głównie zawodnicy z naszej ligi. W ostatnich latach to się zmienia, bo coraz więcej zawodników szuka szansy za granicą. Najlepsze lata dla polskiej koszykówki to były występy reprezentacji złożonej z koszykarzy grających w naszej lidze. Należy pamiętać o tym, że czasy się trochę zmieniły. Kiedyś zawodnicy, którzy przyjeżdżali do nas z obcymi paszportami, byli absolutnie klasowymi koszykarzami. Teraz mamy na siłę ściąganych zawodników, którzy nie są wcale lepsi od Polaków.




Zagraniczni koszykarze przyciągają kibiców?
Myślę, że nie. Kibic chce się utożsamiać z zawodnikiem, którego będzie oglądał dłużej niż jeden sezon.




Przyglądając się polskiej młodzieży, chociażby tutaj w Sopocie, wierzy Pan w tłuste, obfite lata dla polskiej koszykówki?
Chciałbym i trzymam mocno kciuki, ale ich sukces jest uzależniony od czynników, na które nie mają wpływu, bo zaczynając od systemu szkolenia, po sympatię trenera. On też nie ma łatwego wyboru.






Co chciałby Pan jeszcze osiągnąć w sporcie?

Chciałbym zagrać jeszcze w finale. Brakuje mi gry w play - offach i te 2 lata bez nich trochę mi doskwierają. Nie mam na myśli fantazji w postaci gry w europejskich pucharach. Jestem u siebie, w domu. Cieszę się, że mogę występować w Sopocie na stare lata, ale chcę, żeby Trefl wrócił na swoje miejsce, dominował w polskiej koszykówce i chcę się do tego przysłużyć.






Absolutnie na koniec chciałabym zapytać o mecz z Turowem Zgorzelec, który dla Pana będzie spotkaniem numer 600 w polskiej lidze. Czuje Pan wybieganie tych sześciuset meczów?

Nie, czuję się bardzo dobrze i oby tak jak najdłużej.

Fot. Justyna Liwocha



Fot. Justyna Czubata


środa, 6 września 2017

O obalaniu stareotypu "babo-chłopa", pójściu na czołg z szabelką i najcenniejszych rzeczach w życiu...

Takie wywiady to ja lubię! Długie, szczere i bez owijania w bawełnę. Każdy sportowiec zaczynając karierę sportową chce, aby była ona udana, szczęśliwa. Życie niestety weryfikuje wyobrażenia i zaczyna się walka z samym sobą, przeciwnościami. Ważne, żeby wyjść z niej z twarzą. Jak to śpiewa zespół Perfect: "Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść". Doskonale wiedziała o tym Monika Pyrek - wielokrotna olimpijka, wicemistrzyni Europy z 2006 roku, medalistka Mistrzostw Świata, a obecnie żona, matka, aktywna działaczka i założycielka Fundacji.
Zapraszam do lektury naszej rozmowy, podczas której nie zabrakło śmiechu, ale i wzruszeń!



Blondynka o sporcie: Z perspektywy tych pięciu lat, które minęły od podjęcia decyzji o końcu kariery, twierdzi Pani, że wybrała najlepszy moment?
Tak, to był najlepszy moment, bo karierę mogła przerwać mi kontuzja albo wydarzenie, które na zawsze odepchnie mnie od sportu. Decyzję podjęłam w sytuacji kiedy już nie szło mi najlepiej, bo byłam po kontuzji,co prawda kwalifikowałam się na Mistrzostwa Świata, czy Igrzyska Olimpijskie, ale głowa pamiętała wyższe skoki, a ciało odmawiało wzbijania się na takie wysokości. Wybrałam moment, w którym wiedziałam, że nadal będę kochać sport, dyscyplinę i odejdę na własnych warunkach.



Kończąc karierę miała Pani w sobie jeszcze chęć wygrywania, czy jednak czuła Pani, że trzeba zejść ze sportowej sceny?
Sportowcy są bardzo ambitni i ja także chciałam dobrze się zaprezentować na swoich ostatnich Igrzyskach Olimpijskich i kończyć karierę na najważniejszej imprezie sportowej. Niestety nie awansowałam tam nawet do finału i trochę to bolało, ale z drugiej strony pamiętam jak podeszłam do męża i poprosiłam, żeby zrobił mi moje ostatnie zdjęcie na stadionie. Byłam wzruszona zarówno wtedy jak i teraz, gdy wspominam to po latach. Poświęciłam na sport większą część mojego życia. Mogłabym trenować dłużej, ale po 18 latach nie ma już takich bodźców treningowych, które pozwalają wzbić się na wysoki poziom. Chciałam uciec przed rozczarowaniem, bo ambicje były. Ostatni rok przepracowałam najciężej, ale to nie zaowocowało. Ludzie z mojego kręgu mówili, że ciężka praca odda dopiero w przyszłym roku. Ale co jeśli by nie oddała? Kolejny rok oczekiwań, nadziei i rozczarowań. Postanowiłam odpocząć, wrócić do działania w sporcie ze zdwojoną siłą i kochać sport. Najbardziej bałam się, że go znienawidzę. Chciałam tego uniknąć i wybrałam ku temu najlepszy moment.




Bała się Pani bardziej tego, że rozczaruje siebie, czy kibiców, których przyzwyczaiła Pani do bardzo wysokich wyników?
Oczekiwania zawsze były i moje należały do największych. Czuć było presję dookoła, ale to jednak człowiek sam wywiera na sobie największą. W gronie najbliższych współpracowników oczekiwań aż takich nie było, bo znali sytuację i jak to w sporcie się układa. Wystarczyło im to, co do tej pory osiągnęłam, ale także wiedzieli, że w sporcie oprócz pracy potrzebne też jest szczęście.

źródło: www.pzla.pl



Co Pani najcieplej wspomina z lat wyczynowego uprawiania sportu?

Kiedy teraz po latach wracam do sportu to przypominają mi się zgrupowania, moja sportowa rodzina. Ostatnio Facebook przypomniał mi wydarzenie z 2011 roku, w Daegu na Mistrzostwach Świata kiedy to dziewczyny na tablicy wypisały mi coś w rodzaju rymowanki, wierszyka. Właśnie tego najbardziej mi brakuje, czyli tej mojej sportowej rodziny, której teraz nie mam codziennie. Wtedy żyliśmy jak na wiecznych koloniach, 250 dni na zgrupowaniach poza domem, ciągle na walizkach. Z czasem się to uprzykrzało, bo dla mnie pod koniec kariery największym marzeniem było całkowite rozpakowanie w domu. Mieć wypakowaną kosmetyczkę, a nie wiecznie wszystko spakowane, bo i tak się zaraz wyjeżdża. Tymczasowość w domu była okropna. Teraz również czuję się chora kiedy mam gdzieś wyjechać na dłużej. Spakuje się w 3 sekundy, ale gdybym nie musiała, to nigdzie bym nie wyjeżdżała




Czuje się Pani spełniona jako sportowiec?
Myślę, że tak. Ważne dla mnie było to, aby patrząc w tył, w przeszłość, móc się uśmiechać do wspomnień, nie żałować niczego i mieć poczucie spełnienia. Część pewnie mi zarzuci, że jak mogę czuć się spełniona skoro nie mam medalu olimpijskiego, ale nie o to tutaj chodzi. Sport to przygoda, nauka, szkolenie charakteru i ja to mam. Fajnie byłoby mieć medal olimpijski, emeryturę olimpijską, ale trzeba sobie na nią zarobić jak normalny człowiek! (śmiech)




Czego nauczyła Panią długoletnia obecność w sporcie?
Sportowcy bardzo intensywnie przeżywają porażki i sukcesy, ale szybko umieją przywyknąć do normalnego życia. Sport uczy pokory zarówno po przegranej jak i po wygranej. Przychodzi moment kiedy każdy następny dzień jest wyzwaniem, niewiadomą, przygotowaniem do wielkiej imprezy jak Mistrzostwa Świata, czy Igrzyska Olimpijskie. Nikt za darmo medalu tam nie przyznaję.Taka świadomość procentuje później w pracy zawodowej. Oprócz pokory sport to też szkoła profesjonalizmu, który ja stosuję absolutnie wszędzie, nie umiem inaczej. Jesteśmy uczeni pracy od najmłodszych lat, bo bez całkowitego poświęcenia nic nie wyjdzie. Przy okazji mojej pracy radiowej dowiedziałam się, że Sławek Szmal ma absolutnie tak samo. Zwykłe mycie okien musi być zrobione idealnie, w najmniejszym kąciku. Mistrzem świata trzeba być we wszystkim, nie umiemy inaczej. Sportowcy szybko uczą się nowych rzeczy, przystosowują się i kiedy pracowałam w radiu usłyszałam, że przez 3 lata nauczyłam się tego co inni w 10.






Co było Pani największą porażką?
W trakcie trwania kariery sądziłam, że było nią 4. miejsce na Igrzyskach Olimpijskich w Atenach, które jednak okazało się moim sukcesem podczas igrzysk. Wyżej nie byłam na żadnych.
źródło: www.sport.pl

Długo rozpamiętywała Pani złe występy?
Nie. Niedawno dyskutowaliśmy o tym z Piotrem Liskiem. Był bardzo niezadowolony ze swojego występu podczas Igrzysk Olimpijskich. Nie patrzył na to, że nie miał udanego sezonu, ale mimo to potrafił wzbić się na wyżyny podczas startu w Igrzyskach i zajął 4. miejsce. Chciał wyżej jak każdy sportowiec. Przytoczyłam mu swoją historię kiedy to po Igrzyskach w Atenach, chciałam kończyć ze sportem, rzucić tyczkę. Pytałam w jakim celu poświęciłam wszystko, łącznie z przerwą w studiach przed samą obroną. Moje wyrzeczenia, poświęcenie jeszcze bardziej spotęgowały złość po tamtym starcie. Piotrowi powiedziałam, że powinnam się z tego cieszyć, bo byłam 4. na Igrzyskach Olimpijskich. Z perspektywy czasu dopiero doceniam to co osiągnęłam. Ambicja jest bardzo ważna, bo potrzeba takiego kopniaka do działania, który będzie motywował, ale nie wolno tego traktować w kategorii końca świata. Trzeba iść dalej, pomimo że 4. miejsce to aż 4.




Świat się nie kończy na braku tego najcenniejszego krążka?
Oprócz korzyści materialnych, sławy to sport powinien dawać dużo przyjemności, kształtować człowieka. Jacek Wszoła powtarzał, że najlepsze są medale, bo nikt go nie zabierze, a rekord ktoś może poprawić. Ze sportu należy umieć czerpać całe spektrum, cieszyć się oraz smucić. Przydaje się to późnej w każdej dziedzinie. Sportowcem się jest tylko przez ułamek życia, nad czym bardzo ubolewam, a później trzeba sobie radzić.





Trudno jest się przywyknąć do życia bez rygoru treningowego?
Szczerze to ja nie widzę zmiany, niestety. (śmiech) Miałam założenie, że się położę, będę leżeć i nic nie robić przez 2 lata, ale okazało się, że trwało to tylko 2 miesiące, a później chciało się coś robić. Do wszystkiego podchodzę profesjonalnie, z tą różnicą, że bardziej stacjonarnie, częściej jestem w domu. Moje życie teraz jest mniej uporządkowane niż przy sporcie, bo tam wiedziałam na początku roku co będę robić we wrześniu. Byłam pewna, że będę na zgrupowaniu w takim czy innym miejscu, albo na konkretnych zawodach. Teraz jest więcej szaleństwa co bardzo mnie cieszy, bo ja nie jestem osobą, która marzy o świętym spokoju, bo jak go mam to nie potrafię z niego korzystać. Zawsze znajdę sobie zajęcie. Mój mąż nazywa mnie "fabryka pomysłów", bo wie, ze zawsze coś wymyślę. Każe jedynie podać hasło. Tej kreatywności i kształtowania siebie uczy właśnie sport.





Zaczynała Pani jako 13-latka więc dużo rzeczy typowych dla nastolatków siłą rzeczy Panią ominęło. Nigdy Pani nie żałowała?
W liceum miałam zawirowania pt: "nie znam swojej klasy". Wiecznie mnie nie było i pamiętam, że nie miałam serca przytrzymywać swojej przyjaciółki bez przerwy samej w ławce. Nie byłam na swojej studniówce, na wycieczkach szkolnych, ale za to była moja mama. Jako członek Rady Rodziców organizowała wyjazdy dla klasy, była też na studniówce. W tamtym czasie byłam na halowych Mistrzostwach Świata i część klasy pewnie marzyła i zazdrościła mi wizyty w Japonii. W sporcie także znalazłam czas na zabawę. My nie siedzimy podczas zgrupowań jak w klasztorze. Reset jest potrzebny, trzeba się wytańczyć, zabawić. Oczywiście wszystko w granicach zdrowego rozsądku więc nie mówię tutaj o alkoholu, czy niebezpiecznych zabawach. Wszystko robiliśmy z głową, w odpowiednim czasie.






Kiedy w młodym człowieku, początkującym sportowcu zaczynają rodzić się wątpliwości: korzystać z życia, czy poświęcić się całkowicie karierze sportowej, kto powinien stanąć na wysokości zadania: zawodnik, trener?
Zależy od osobowości każdego. Trener jest bardzo ważny, bo to on jest przewodnikiem i wyznacza sposób działania, ale sportowiec musi mieć własną świadomość, być odpowiedzialny. Może spróbować raz i stwierdzić, że był to pierwszy i zaraz ostatni tego typu czyn. Zdarzają się wyjątki od reguły, w sporcie jak i w życiu. Sportowcy są jednak odpowiedzialni. Wiedzą, że z każdego roku są rozliczani. Sport jest idealnym sposobem, żeby łączyć pasję z pracą i przez to odpowiedzialność jest ogromna, bo trzeba być w ósemce czołowych imprez, w przeciwnym razie nie otrzymuje się stypendium i brakuje środków na utrzymanie rodziny, płacenie kredytu. Udany start to nie jest tylko zasługa sportowca, bo nad nim czuwa cały sztab, którego los w dużej mierze zależy od występu i zawodnik musi mieć tego świadomość.
źródło: www.wprost.pl



Pani początki w sporcie przypadają na okres kiedy Polska nie była bogatym krajem. Trudności finansowe i organizacyjne podcinały skrzydła, czy raczej mobilizowały?
Trener Szymczak, który był stricte od treningu tyczkarskiego miał ogromny zmysł organizacyjny. Jedni mu zarzucali, że bardzo dużo kombinował, ale ja postrzegam to jako mega zaradność i przez to nigdy nie odczuwaliśmy przykładowo braku sprzętu. Fakt, że zaczynając miałam do dyspozycji dwie tyczki, z czego jedna była za miękka, a druga za twarda, ale te przygody po wielu latach wspominam z sentymentem. Kształtowało to charakter. Teraz dzieciaki mają cały arsenał sprzętu i muszą gdzieś indziej szukać motywacji. Nie było tak, że nie było środków na buty lub dresy, bo to było dostępne dzięki dobrym ludziom, wsparciu rodziców, czy fundacji, których byłam stypendystką. Pomimo niełatwych początków to jednak byłyśmy pionierkami w damskim skoku o tyczce. Wśród kobiet nie było w Polsce tradycji tyczkarskich więc początkowo trochę dziwnie na nas patrzono. Panowały stereotypy, że "to męski sport i co te dziewczyny chcą z tym kijem zrobić?" Teraz jesteśmy traktowani na równi, nikt już nie pamięta, że skok o tyczce był typowo męską konkurencją. Podczas ostatnich Mistrzostw Świata dostawałam wiele wiadomości, głównie od mężczyzn "Jak miło popatrzeć na te lekkoatletyki". Miło słyszeć, bo patrząc jak my musiałyśmy walczyć z stereotypem "babo-chłopa" to teraz w tyczce są atrakcyjne dziewczyny.






Obecnie w polskiej lekkiej atletyce wszystko działa jak należy?
Fundusze są, bo Polski Związek Lekkoatletyczny jest w bardzo dobrej kondycji finansowej. Trudności pojawiają się w konkretnych regionach lub małych klubach, gdzie trenerzy działają dla dzieciaków z czystej przyjemności i nie ma tam wysokich wynagrodzeń. Lekkoatletyka odbiega organizacją szkolenia od sportów drużynowych, ale dzieciaków i tak jest bardzo wiele. W Szczecinie dla grup początkujących, najmłodszych jest lista oczekujących. Nie ma obiektów, który zimą pomieści takie grupy, bo jest zwyczajnie za mały, choć i tak jesteśmy jednym z niewielu miast, które mają halę lekkoatletyczną. Lekka zawsze "produkowała" grupy fajnych, ciekawych ludzi. Może dlatego, że jest tak szerokie spektrum konkurencji? Pewne jest to, że zawodnicy z najwyższej półki mają wszystko zapewnione, nie mają na co narzekać. Kuleje trochę praca u podstaw, chociaż to tam powinno być najwięcej pracy.



Patrząc na ubiegłoroczne Mistrzostwa Europy i niedawno zakończone Mistrzostwa Świata to oprócz tego, że nie zawiedli faworyci to pokazało się wielu młodych, jeszcze nieznanych zawodników. Jest to dowód na to, że w lekkiej atletyce nie ma przepaści.
Dokładnie tak. Bardzo fajne jest to, że nie ma żadnej wyrwy pokoleniowej. Teraz mogę powiedzieć, że za moich czasów (kilka lat temu bardzo mnie denerwowało kiedy pani Irena Szewińska na zebraniach używała zwrotu "za moich czasów") ta zmiana pokoleniowa była widoczna. Nie było takiej ciągłości szkolenia, bo kiedy trenowałam, byłam najmłodsza i w kadrze miałam kolegów starszych o kilkanaście lat. Teraz jest fajna grupa, która wspina się po szczeblach "od juniora do młodzieżowca, od młodzieżowca do seniora". Przez to co chwila pojawia się ktoś nowy.



Co taka duża liczba trenujących oznacza dla sportowca?
Zawodnik musi bardziej wychodzić do kibiców, uczestniczyć w otoczce telewizyjnej, medialnej. Nagania to później młodych zawodników, bo szukają wzorców, idoli dla siebie. Chcą być jak pokazywani w telewizji bohaterowie. Fajna jest świadomość zawodników, że muszą być obecni w social media. Dzięki temu bardziej pokazują siebie. Teraz to już nie są tylko zawody, wynik i pierwszy entuzjazm lub zawód. Obecnie dają z siebie znacznie więcej.



Dzięki temu kibice mają szansę poznać drogę zawodnika do osiągniętego wyniku.

Kiedyś sport był przedstawiany jako katorżnicza praca, setki wyrzeczeń i będąc rodzicem nie posłałabym swojego dziecka na treningi. Dzięki temu, że sama wiem czym jest sport i coraz więcej widać radości z jego uprawiania, nie będę miała wątpliwości. Teraz sport pokazują z pozytywnej strony, widać w nim zabawę i to jest najważniejsze.


źródło: facebook/Oficjalna strona Moniki Pyrek
Bliska relacja zawodnika z kibicami sprawia, że zaczynamy patrzeć na niego bardziej podmiotowo, a nie przedmiotowo?
Coraz częściej sportowcy śmiało mówią o porażkach na swoich profilach. Paweł Fajdek po nieudanych dla niego Igrzyskach Olimpijskich nagrał filmik, na którym był absolutnie szczery. Sama się popłakałam gdy to oglądałam, bo mówił co czuł. Dziennikarze oceniają i nie każdy chce się otworzyć przed kamerą telewizyjną. Inaczej jest kiedy usiądziesz w swoim pokoju, przed własnym telefonem, otworzysz fanpage, zrobisz nagranie, którego nikt nie zmanipuluje, nie potnie i nie wyciągnie słów z kontekstu.




Są w Europie i na świecie kraje bardziej zamożne i przeznaczają większe środki na sport niż Polska, a mimo to nie osiągają takich wyników jak Polacy. Jest to wpływ polskiej charyzmy i chartu ducha?
Pamiętam jak trener Jeleny Isinbajewy mówił o mnie "ta Pyrek to jak wszyscy Polacy - z szabelką na czołg". Takie mamy charaktery, nawet wtedy gdy nie mamy zaplecza, to idziemy śmiało, walczymy i potrafimy wygrać.To cecha narodowa, choć nie demonizowałabym z tym, że mamy mniejsze nakłady. Wiem, że mówią o tym głównie statystki, ale na sport nigdy nie żałowano. Obecny Minister Sportu - Witold Bańka pozwolił zainwestować ogromne pieniądze na infrastrukturę sportową. Czasy, w których ja miałam do dyspozycji dwie tyczki, a Robert Lewandowski kopał piłkę na jakimś klepisku, dawno minęły. Teraz dzieciaki widzą w jakich super ośrodkach trenują piłkarze i jakie mają warunki.



W tak licznym gronie trenujących dzieci i młodzieży trudno jest znaleźć sportowy diament?

To złożony proces, ale wszystko zależy od charakteru i podejścia. Talent w sporcie to jest jedynie 10% sukcesu i żeby dojść do czegoś to trzeba się napracować. 



Łatwiej jest znaleźć niż oszlifować ten diament?

Tak i utrzymać dziecko przy sporcie kiedy jest tyle pokus dookoła. Marzy mi się system szkolenia obecny w Wielkiej Brytanii, który opiera się na porozumieniu między dyscyplinami. Przykładowo prawie cała sztafeta sprinterska, męska to byli piłkarze, którzy nie nadawali się do gry zespołowej. Może byli indywidualistami, czyli standardowo "nie chcieli podawać kolegom"! Nie nadawali się do piłki nożnej, ale ich potencjał był na tyle dostrzeżony, że postanowiono wykorzystać ich potencjał w innej dyscyplinie. Piłka nożna zawsze będzie przewyższała inne sporty zespołowe i nie ma się o co obrażać, bo ludzie na całym świecie kochają football. Dzieciaki garną się do szkółek piłkarskich, ale nie oszukujmy się - nie każdy będzie Robertem Lewandowskim. Dobrze byłoby, gdyby trenerzy zamiast odsyłać dziecko do domu, albo przytrzymywać bezsensownie w jednej dyscyplinie pokazali mu miejsce, w którym będą mogli się bardziej spełniać. Dla wielu będzie to degradacja, bo zamiast Robertem Lewandowskim będą mogli być Pawłem Fajdkiem lub Piotrem Liskiem, ale wielu się z tego ucieszy. W końcu to Mistrz i Wicemistrz Świata. Wszystko jest kwestią podejścia.





Jeśli już jesteśmy przy szkoleniu dzieci i młodzieży, to Pani jest jedną z tych sportowców, którzy chcą zachęcić dzieci do aktywności fizycznej. Razem z innymi osobami stoicie Państwo przed trudnym zadaniem kiedy wokół tyle bodźców, które odciągają dzieciaki od sportu.
Zależy do jakiej grupy wiekowej mówimy, bo widzę po swoim dziecku, czterolatku, który jak każdy uwielbia bajki, ale kiedy pojawia się alternatywa pod tytułem: idziemy na rower, pobiegać albo na basen to wybór jest oczywisty. Od nas rodziców zależy to, czy damy mu szansę wykorzystać potencjał, podtrzymywać w nim jak najdłużej tą aktywność. Dziecko w wieku 4-8 lat ma duży zapas energii i musi mieć gdzie ją spożytkować. Problem pojawia się w wieku nastoletnim, kiedy człowiek ma świadomość, że dużo umie i to czym jako dziecko mógł zaimponować z czasem staje się zwykłym obowiązkiem.



W jaki sposób obecnie można zachęcić młodzież sportu?

Młodych trzeba wziąć trochę podstępem. W Fundacji obecnie mamy projekt skierowany do młodzieży gimnazjalnej, czyli po reformie także uczniów ostatnich klas szkoły podstawowej. Przygotowujemy alternatywne lekcje wychowania fizycznego oparte na technologii, symulatorach i interaktywnym świecie. Wybieramy takie rozwiązania, które wymagają od uczestników aktywności fizycznej, ćwiczeń. Posiadanie technologii wcale nie oznacza siedzenia na kanapie. Za pomocą aplikacji w telefonie można również ćwiczyć. Włącza się Endomondo i oprócz tego, że robisz coś dla siebie to można pomóc innym poprzez akcję "Pomoc mierzona kilometrami". Trzeba znaleźć na młodych sposób. Na mnie także wielokrotnie było to konieczne. 
źródło: www.olimpiadyspecjalnne.pl


Zechce Pani powiedzieć więcej o nowym projekcie?

Będziemy w 11 miastach w całej Polsce. Jest to projekt pilotażowy, wspierany przez Ministerstwo Sportu i Turystki. Chcemy pokazać młodzieży atrakcyjność w zwykłej aktywności fizycznej, ale wzbogaconej o wirtualny świat, nowe technologie. Mamy piłki, które mierzą prędkość z jaką się uderza, będziemy mogli zaoferować bieg sprinterski przy użyciu fotokomórki. Na zwykłej lekcji wychowania fizycznego będzie można zobaczyć wynik jak Usain Bolt podczas zawodów. Sprawdzamy zainteresowanie, które póki co jest duże, ale zobaczymy jak to wyjdzie w praktyce.



Jest Pani także ambasadorką Olimpiad Specjalnych. Zawody organizowane dla ludzi z niepełnosprawnością intelektualną mają zapewnić im rozwój sportowy, ale także pomóc zaadaptować się w społeczeństwie. W jaki sposób przez sport można aklimatyzować się społecznie?

Sport wyrównuje, bo my trenujemy na tych samych obiektach sportowych. Dla mnie spotkanie z niepełnosprawnością ruchową, czy intelektualną jest normalne, bo ja tych ludzi mam wokół siebie na co dzień, ale wśród tych, którzy nie mają takiej styczności, wzbudzają lęk i niepokój. Dzięki Olimpiadom Specjalnym uświadamiamy, że są takimi samymi sportowcami jak inni, mają podobne cele. Dla wielu jest to także start w nowe życie. W przypadku osób z niepełnosprawnością ruchową właśnie przez sport wkraczają w nowe życie i to on staje się dla nich nowym rozdaniem. Olimpiady Specjalne dają szansę na realizacje marzeń i jestem całym sercem za wspieraniem tego typu inicjatyw. Jaki oni mieli wpływ na to, że tacy są? Żaden. Większość ludzi już to rozumie co bardzo cieszy, ale nadal są tacy, którzy się boją. Sama wybrałam przedszkole dla swojego dziecka z oddziałami integracyjnymi i dla niego nie ma problemu, że ma kolegę z zespołem Downa, czy z niepełnosprawnością ruchową. Kończyłam liceum w klasie integracyjnej gdzie wpajano nam cenne wartości społeczne, bo często trzeba było pomóc koledze, mieliśmy dyżury związane z zanoszeniem tornistra. Pamiętam, że gdy robiłam osiemnastkę, zaprosiłam niepełnosprawnego kolegę, którego pomimo trudności z transportem przywiozła mama. Do tej pory przypominam sobie jej wzruszanie z racji tego, że ktoś zaprosił syna na imprezę. Zawsze powtarzam przy każdej akcji typu: Olimpiady Specjalne, DKMS, że świadomość pomagania drugiemu człowiekowi to jest coś absolutnie najcenniejszego.


Działalność Fundacji Moniki Pyrek

Olimpiady Specjalne
źródło: www.wyborcza.pl
Pewnie wielu z Was zadziwi obszerność powyższego wywiadu, ale nie miałam serca wycinać czegokolwiek. Jestem usatysfakcjonowana tym wywiadem wtedy, kiedy jest absolutnie w całości. Czwartkowa rozmowa w Szczecinie z Moniką Pyrek była dla mnie tym bardziej szczególna, że Pani Monika pracowała w Radiu Szczecin. Trudne wyzwanie, ale chyba podołałam!
Fot. Justyna Liwocha/ Yesforphotos